Kapadocja, kraina wróżek.

Zanim zacząłem planować podróż do Turcji nie za bardzo wiedziałem co to jest ta cała Kapadocja, czy to miasto, czy region czy jaki czort. Nazwa co prawda obiła mi się o uszy, ale nie potrafiłem skojarzyć z nią konkretnego obrazu. Dziś wiem, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, a już na pewno jedno z najbardziej niesamowitych jakie w życiu widziałem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kapadocja to kraina znajdująca się pomiędzy trzema wygasłymi wulkanami. Każdy z nich przez setki lat wyrzucał z siebie tony pyłów i popiołu, które nawarstwiały się i nawarstwiały, aż pokryły grubą warstwą całą okolicę. W połączeniu z piaskiem powstała miękka skała zwana tufem. Przez miliony lat natura procesem erozji ukształtowała bajkowy krajobraz, który możemy podziwiać dzisiaj. Jakby tego było mało ludzie wpadli na pomysł by drążyć w miękkiej skale jaskinie. Właściwie słowo jaskinia nie jest na miejscu bo są to raczej mieszkania a nawet całe miasta wydrążone w gigantycznych skałach, jak i pod ziemią. Takich obiektów są tu tysiące, przy czym spora część z nich pamięta jeszcze pierwszych Chrześcijan, którzy szukali schronienia przed prześladowcami. Właściwie wszędzie gdzie tylko wzrokiem sięgnąć, wszystko dziurawe jak ser szwajcarski. Setki skalnych kościółków i kapliczek z malowidłami z różnych epok. Najbardziej wyraziste średniowieczne polichromie objęte są ochroną i skupione w muzeach na otwartym powietrzu. Starsze i bardziej prymitywne malowidła, głównie czerwone kreski uformowane w symbole, można zobaczyć prawie wszędzie i nie są strzeżone.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Śniadanie po turecku…

Wstajemy (podróżowałem wtedy z koleżanką Agnieszką) o świcie po nocy pod chmurką gdzieś w drodze z Amasyi. Szybka poranna toaleta na przydrożnej ławce i już czekamy z wystawionym kciukiem na pierwszą okazję. Zatrzymuje się ciężarówka. Zabawny kierowca, próbujemy gadać po Turecku. Dojeżdżamy do Tokatu, przechodzimy przez miasteczko i w herbaciarni spotykamy tego samego kierowcę, dostajemy herbatę, a potem wiezie nas do skrzyżowania z drogą Ankara – Sivas. Jest wesoło. Kolejne 10km przemierzamy w żółwim tempie z jakimś staruszkiem, który zatrzymuje się obok swojego domu przy głównej drodze w stronę Kapadocji. Przebieramy się, bo zrobiło się już gorąco i zaczynamy łapać. Z okna domu woła nas starsza pani i zaprasza na śniadanie. Cała rodzinka dziadkowie, trzech synów żona i dzieci schodzą się do stołu żeby na nas popatrzeć. Większość z nich mówi po niemiecku z racji tego że byli kiedyś na saksach. Same smakołyki, konfitury wiśniowe, ser biały, miód, jajka, suszone mięso, ogórek, pomidor, oliwki, świeży chleb i oczywiście herbatka, wszystko domowej roboty i z przydomowego ogródka. Okazuje się że jej syn właśnie jedzie w naszą stronę i podwozi nas do Sorgun. Tam łapiemy ciężarówkę i jedziemy do trasy Keiseri – Ankara, kolejną ciężarówką 10km. Potem Jeep’em do Avanos i dalej fajną klimatyzowaną furą z młodym koleżką do Göreme. Opowiada nam jak to dorobił się na balonowym interesie i ochajtał z Japonką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Prowadzi nas do agencji turystycznej, gdzie dostajemy kawkę i zapoznajemy się z opcjami wycieczek. Poszukali dla nas hostel bo Erkut (koleś z którym umówiliśmy się na CouchSurfing’u) nie odpowiadał. Poszliśmy do hotelu Kose (12.5TL) dorm na 20 osób na dachu z zadaszeniem. Niezwykle barwne miejsce prowadzone przez Brytyjkę czy Nowozelandkę, gdzie spotkać można backpackers’ów z różnych stron świata. W końcu prysznic! Poznaliśmy Izraelczyka i Czecha. Z tym pierwszym poszliśmy na nargile (turecka shisha). Nauczyliśmy się grać w backgamam (takie ichniejsze warcaby). Poszliśmy spotkać się z Erkutem i umówić się na jutro.

Foto 4.

Göreme, ze względu na umiejscowienie w pobliżu najciekawszych do odwiedzenia atrakcji, jest niepisaną stolicą Kapadocji i ulubionym miejscem wizyt turystów i włóczęgów z plecakami, takich jak my. W czasie dnia zatrzymuje się tu wiele busów z turystami, ale wieczorem uliczki są prawie puste i ta spokojna atmosfera dodaje jeszcze uroku. Wszystkie domy zbudowane są z białego kamienia lub częściowo wykute w skale. Tutaj właśnie znajduje się najwięcej formacji skalnych w kształcie stożków, które anglojęzyczni turyści nazywają „fairy chimneys”. Dni są tu bardzo gorące, noce zaś dość chłodne, a zimą po prostu leży śnieg.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wycieczka busem…

Następnego dnia pobudka jak zwykle koło 8:00.  Przenieśliśmy plecaki do kolegi Erkuta, który wypożyczał w mieście skutery i quady. Zdecydowaliśmy się na jedną z całodniowych wycieczek busem do miejsc bardziej oddalonych od Göreme. Z pobliskiego wzgórza rozciąga się piękny widok na całe miasteczko, gdzie wciąż zjeżdżają busy z turystami. Po kilkudziesięciu minutach jazdy dotarliśmy do największego podziemnego miasta w Turcji – Kaymakli. Podobno jest ono tak duże, że można by w nim zmieścić nawet 20 tys. ludzi! Wąskie korytarze, schodki w górę, schodki w dół i jakoś udało nam się wydostać z powrotem na powierzchnię.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalej udaliśmy się do kanionu Ihlara, który wije się jak wielki zielony wąż na skalistym pustkowiu. Strome skaliste zbocza, rzeka i bogata roślinność są w tej okolicy jak oaza na pustyni. Można spotkać tu żółwia, a miejscowi wieśniacy uprawiają małe poletka i hodują dynie. Doszliśmy w końcu do klimatycznej drewnianej restauracyjki stojącej na palach przy rzece. Niektóre stoły i stoliki stały właściwie w rzece, gdzie można było się ochłodzić mocząc nogi w wartkim nurcie. Podano nam kilkudaniowy obiad zupa, sałatka, wołowina z warzywami zapiekana w glinianym naczyniu, a na koniec arbuz i chleb – wszystko bardzo smaczne. Na koniec zwiedziliśmy bajkowy monastyr wykuty w skale, a ostatnim i obowiązkowym punktem programu była wizyta w sklepie z onyksem gdzie uczestniczyliśmy w pokazie obróbki tegoż kamienia. Cała wycieczka kosztowała nas 60TL i szczerze polecam bo warto!

Foto 7.

Poszliśmy spotkać się z Erkutem. Chcieliśmy iść z kolegą z Izraela na nargile, ale nie było go w hostelu. Szwendaliśmy się po uliczkach, a potem poszliśmy na faję (5TL) jabłkowa, fajny klimatyczny lokal. Właściciel dawał każdemu z gości gliniany dzbanek lub garnek by ten napisał coś ciekawego na jego skorupie. Miał już pokaźną kolekcję wpisów z całego świata. Erkut zamknął wreszcie swoją kawiarnię i pojechaliśmy do jego „mieszkania”, jakieś 400m. Okazało się, że mieszka w Fairy Chimney (skalnym stożku). Oczom nie wierzę, mega klimatyczne i piękne miejsce. Widok na dwa inne skalne „domy” i na miasto. Do 2:20 gadamy z Erkutem. Okzało się, że pochodzi z Istambułu i właśnie skończył dwuletnią służbę wojskową (obowiązkowa w Turcji) i za pieniądze rodziców prowadzi tu kawiarenkę i wynajmuje „jaskinię”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Spacerek po okolicy…

Następnego ranka Erkut zostawia nam klucz i jedzie otworzyć kawiarnię. Idziemy do muzeum na otwartym powietrzu (15TL) naprawdę warto, mimo że spodziewałem się że będzie większy. Skalne kościoły i domy barwnie ozdobione malowidłami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem spacer po okolicy i wycieczka na pobliskie wzgórze zamkowe twierdzy Uchisar, oczywiście również wykutej w skale. Góra jest dość wysoka, a z jej szczytu rozpościera się najlepszy widok na Kapadocję jaki tylko można zobaczyć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wszystko jak na dłoni, różne rodzaje i kolory skał ,różne formacje skalne aż po horyzont. Wracamy na piechotę, żeby jeszcze bardziej chłonąć atmosferę, a po drodze wciągnęliśmy  durum (zawijany kebab).  Po zamknięciu kawiarni pojechaliśmy z Erkutem do Urgup, gdzie znajduj się jedna z bardziej znanych formacji o nazwie „Trzy piękności”. Zrobiliśmy kilka nocnych zdjęć.

Turcja balonowa…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To już nasz ostatni dzień. Wstaję o 6:00 by zobaczyć latające balony i zrobić fotki. Każdego ranka, między 6:00 a 7:30 około 40 balonów wzbija się w powietrze, niesamowity widok. Jest to jedna z większych atrakcji turystycznych, zarówno dla ludzi lecących balonem jak i dla obserwujących z ziemi. Zrobiłem chyba z 80 zdjęć. W każdym balonowym koszu mieści się ok. 20 osób a każda z nich płaci ok. 150 euro za lot i tak przez cały sezon… świetny business. Dzisiaj mieliśmy opuścić Kapadocję i jechać do Mersin, już pożegnaliśmy się z Erkutem. Dostałem jednak wiadomość, że w Avanos jest Marta Krysiak, moja znajoma z Wrocławia. Postanowiliśmy więc zaprosić ją do Göreme i zostać tu jeszcze jedną noc. Erkut się ucieszył, naprawdę spoko z niego koleś. Marta przyjechała stopem już za godzinę, a wraz z nią przezabawny Macedończyk Joco. Postanowili wybrać się do kanionu Ihlara, a my w tym czasie wypożyczyliśmy skuter (35TL/4h).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pojechaliśmy do doliny Zelve, wspaniałego muzeum na otwartym powietrzu, troszkę nam już się opatrzyły malowidła więc nie weszliśmy do środka (8TL). Pojechaliśmy do Avanos słynącego z wyrobu charakterystycznych rudoczerwonych glinianych garnków. Niewiele jest tam do zwiedzania, choć Marta opowiadała, że jest tam muzeum włosów… Potem do jakiejś wiochy, tam znowu góra z wydrążonymi korytarzami.

Wcześniej przeszliśmy się na piechtę ale było zbyt gorąco, wróciliśmy na stopa. Byliśmy w świetnym miasteczku wykutym w skale 1h marszu od Göreme.

Wieczorem wraz z Martą i Joko poszliśmy na taras naszego domu w skale i browarki poszły w ruch Marta i Joko spali na górze, byli zachwyceni.

W sumie spędziliśmy tam 4 dni, jednak ja miałem wrażenie jakbym spędził tam całe życie. Kraina nie do zapomnienia. Na pewno jeszcze tam wrócę.

Data wizyty 2009r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s