Dyiarbakir, nieoficjalna stolica Tureckich Kurdów.

Potężny mur z czarnego bazaltu, o długości sześciu kilometrów, otacza starą część miasta. Wzniesiony w IV w. n. e. pamięta czasy Bizancjum. Z niedużej odległości, od setek lat, spogląda na miasto dziesięć oczu tygrysa. Od jakiegoś czasu spoglądają również setki oczu okien slumsów powstałych przy zewnętrznej ścianie obwarowań.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejny raz uśmiecha się do nas szczęście. Ledwo stanęliśmy przy drodze, ledwo wystawiliśmy kciuka, a już jedziemy z dziadkiem i wnukiem zmierzającymi na wycieczkę z Mardin do Diyarbakiru. Autostop w Turcji jest lepszy niż taksówka, czeka się krócej i nic nie płaci, a jeszcze coś można dostać w prezencie.

Po dojeździe na miejsce skierowaliśmy się do „starego” miasta. Pierwsze wrażenie to spore rozczarowanie. Jesteśmy w Turcji już ponad dwa tygodnie więc meczety i bazary lekko nam się przejadły. Co prawda tutejsza świątynia jest dość specyficzna bo z układanego na przemian warstwami białego i czarnego kamienia, ale bazar i stare miasto dupy nie urywa. Wielki mur z ciemno-grafitowego kamienia robi jednak wrażenie. Otacza całe miasto. Jak się później przekonamy zaletą tego miasta nie są zabytki lecz atmosfera jaka tu panuje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest dopiero 12-sta. Sabahattin, którego znaleźliśmy na CouchSurfingu umówił się z nami dopiero na 15-stą. Co tu robić, plecaki ciężkie, upał niemiłosierny, czuję jak pot spływa mi po plecach. Na szczęście mur miejski otoczony jest pasem zieleni i można schować się w jego cieniu leżąc na trawce. Wielu miejscowych wpadło na ten sam pomysł, a właściwie to my podpatrzyliśmy od nich:P Większość zalegających w cieniu mężczyzn wygląda jakby leżeli tu codziennie i to po wiele godzin. Nic nie robią tylko leżą. Taka turecka/kurdyjska wersja polskiego menela, tylko że oni są trzeźwi. Gdzieniegdzie widać też kobiety z grupkami dzieci. To zapewne bezrobotni ludzie ze slumsów przylegających do zewnętrznej ściany murów. Faceci wylegują się bezczynnie na trawnikach, a kobiety zajmują się dziećmi, sprzątają dom, gotują. Życie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dostaliśmy sms’a od Sabahattina, który prosi byśmy spotkali się z nim na Ofis. Jak się niebawem okazało Ofis to rozrywkowa dzielnica z deptakiem i rzędem ogródków herbacianych, które wyglądają jak nasze ogródki piwne. Siedzi tu sporo ludzi, jest miło. W końcu udaje nam się odnaleźć naszego człowieka. Sabahattin jest około 30-sto letnim Turkiem, nauczycielem, chodzi w Ramazan w krótkich spodenkach, a angielskiego nauczył się z amerykańskich filmów. Niezwykle sympatyczny człowiek, Prowadzi nas do swoich znajomych i wszyscy siadamy przy stoliku by za chwilę delektować się smakiem wyśmienitej tureckiej herbaty.

Kolega Sabahattina zawozi nas do mieszkania co byśmy mogli odświeżyć się po podróży. Dojeżdżamy do nowego osiedla, niestety poza centrum, ale za to bezpiecznie bo mieszka tu dużo wojskowych. Szybki prysznic i wskakujemy w samochód.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wdrapujemy się na południową część muru. Z góry rozpościera się widok na wielki zielony ogród ciągnący się aż do oddalonej o dwa kilometry rzeki Tygrys. Przyznam szczerze, że po tygrysie spodziewałem się czegoś więcej, niż brązowej wąskiej wstążki przypominającej Bóbr (dopływ Odry). Z oddali spogląda na nas ponad 1000-letni most z kamiennymi łukami zwany mostem dziesięciu oczu tygrysa.

Starczy tego zwiedzania, bo wszystkim już burczy w brzuchu. Sabahattin prowadzi nas do restauracyjki, wszystkie miejsca w ogródku zajęte. Dopiero co wybrzmiał głos muezina i zgodnie z tradycją Ramazanu wszyscy udali się na posiłek. Musimy poczekać, aż zwolni się miejsce. Jedzenie wyśmienite, uwielbiam tutejszą kuchnię. Zajadamy pide, cienki owalny placek coś jakby pizza skrzyżowana z podpłomykiem, z owczym mięsem, ziołami i jakimś sosem; sałatkę i jakiś ryż z czymś dziwnym i na ostro do tego tradycyjnie chleb i herbatka na koniec. Wyśmienite!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To jeszcze nie koniec wieczoru, mimo że jest już 23-cia. Jedziemy do ogródka herbacianego, gdzie czeka na nas spora grupka przyjaciół Sabahattin. Cała restauracja to właściwie wielki trawnik i drzewa, pomiędzy którymi rozłożone są wzorzyste dywany a na nich kolorowe poduchy do siedzenia. Ludzie siedzą w kręgach i palą jabłkowe nargile. Ktoś z naszej gromadki zamawia herbatę. Po chwili na tacach przyniesiono zestaw małych tureckich szklaneczek i dwa czajniki wraz z gustownym stojakiem. Duży czajnik z wodą, mały z esencją. Zrobiło się dziwnie magicznie. Sabahattin przedstawił nam swoją koleżankę, która jest nauczycielką angielskiego, uczy dzieci. Niezwykle urocza dziewczyna, ale jak się okazało sklecenie zdania po angielsku nastręczało jej wiele trudności.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Kolejny dzień upływa nam na przechadzkach po mieście. Odwiedzamy Ulu Camii, czyli wielki meczet, a następnie wdrapujemy się na mury. Ciekawy widok. Od wewnętrznej strony muru ciągnął się zadbane tereny zielone z alejkami i latarniami, a po zewnętrznej rozciąga się pas prowizorycznie skleconych, aczkolwiek ceglanych slumsów. Rozrost tego typu ubogich osiedl związany jest z migracją ludności z terenów wiejskich do miasta. Przyczyną tego jest słaba kondycja gospodarczo-ekonomiczna tego regionu, który jest mocno niedofinansowany ze względu na mieszkającą tutaj mniejszość kurdyjską. Turcy nie kochają się z Kurdami. Zrobiło się naprawdę gorąco, więc zalegliśmy na godzinkę w cieniu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po południu dołączył do nas Sabahattin i wybraliśmy się na lemoniadę do zabytkowego zajazdu. Duży dziedziniec, a wokół antresola z kolumnami. Zamiast dachu rozwieszone były płachty materiału, wyglądające trochę jak pożółkłe prześcieradła, chroniące przed słońcem. Dla ochłody rozpylano wodną mgiełkę. To miejsce, w można się spokojnie zrelaksować.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poprosiliśmy Sabahattin by oprowadził nas po wąskich uliczkach najstarszej części miasta. Przyznam, że wcześniej obawiając się o bezpieczeństwo, nie zapuściliśmy się w ten rejon. Weszliśmy w ciasne uliczki, w zakamarki. Wokół sporo śmieci i biegających dzieci. Odwiedzamy ruiny kościoła, po którym zostały już tylko filary. Jedną z ciekawostek jest minaret stojący na czterech nogach. Zapukaliśmy również do chrześcijańskiego kościoła asyryjskiego i choć był już zamknięty pozwolono nam zwiedzić zabudowania. Uliczki szare, pokręcone, łatwo tu zabłądzić. Wszystkie domostwa oddzielone są od uliczek murami, albo zabudowaniami. Bardzo chcieliśmy zobaczyć jak to wygląda od wewnątrz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poprosiliśmy Sabahattin żeby zapytał gospodarza o pozwolenie obejrzenia jego domu. Udało się. Drzwi od uliczki prowadzą na coś w rodzaju dziedzińca. Dalej po schodkach na górę, zaglądamy do pokoi, niewiele mebli raczej dywany a na nich poduszki do siedzenia. Na ścianie zdjęcie brata gospodarza, który zginął na wojnie. Na koniec udanego dnia wybieramy się do restauracji. Zamawiamy wspólnie z Sabahattin polecony przez niego gulasz jagnięcy, z której ten region słynie. Genialne. Ayran podano nam w miseczkach z chochelką, na wierzchu unosiła się mleczna pianka. Niestety mimo że byliśmy z Turkiem skasowali nas jak turystów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ostatnim punktem tego wieczoru było piwko na dachu budynku w knajpce z widokiem na całe miasto. Co prawda podawali Tuborga, ale był pyszny.

***

Jak wspomniałem na początku pierwsze wrażenie wzbudziło rozczarowanie. Warto tu jednak spędzić chwilę by móc zauważyć te drobiazgi i poczuć klimat. Warto też poznać kogoś miejscowego, bo to ludzie tworzą atmosferę i powodują że taki pobyt pamięta się do końca życia.

Data wizyty 2009r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s