Konya, kolebka derwiszów

Miasto słynące przede wszystkim z mauzoleum mędrca Mevlana i bractwa wirujących derwiszów. Znane jest również z wyrobów złotniczych i silnego ośrodka akademickiego. Mówi się że jest miastem konserwatywnych poglądów, aczkolwiek ciężko jest się tego dopatrzeć chodząc jego ulicami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ali wywozi nas na autostradę do Konyi. Ali jest pilotem wojskowym i ma bardzo ładną dziewczynę. To właśnie u tych niezwykle miłych ludzi ze świetnym angielskim znaleźliśmy nocleg w Adanie. Gdybym palił, to nie zdążyłbym wypalić bo już zatrzymał się chętny do podwiezienia samochód. Dwóch kolesi w wielkim pickupie. Kierowca starszy grubasek koło pięćdziesiątki i jego młody współpracownik lekko wylansowany dwudziestojednoletni przystojniaczek. Dość spokojnie i powoli, przejedziemy z nimi jedną trzecią drogi. Tak nas polubili, że przed rozstaniem zaprosili na obiad. Wioseczka trzy domy na krzyż, więc nie było wielkiego wyboru i ulokowaliśmy się w restauracji małego lekko kiczowatego hoteliku. Mają tu same mrożonki, w których trudno się doszukać tureckich akcentów, ale trudno nie wypada odmówić. Czekanie się przeciąga więc młodszy wyjmuje laptopa by znaleźć Agę na Fejsie. Jest wyraźnie podniecony możliwością dodania do swoich znajomych zagranicznej blondynki. Do starego zadzwonił jego syn i tak się zajarał, że przekazał telefon Adze, żeby z nim chwilę porozmawiała.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przechodzimy obok do jadalni, jesteśmy jedynymi gośćmi. Scena trochę jak z gangsterskiego filmu gdzie mafia spotyka się w pustej restauracji. Wrażenie to potęgował fakt, że stary zachowywał się tu jak stały bywalec. Stół już zastawiony jedzeniem. Jest pide, Adana kebab, jakieś odgrzewane kotleciki drugiej świeżości i Cola. Kiedy już zmęczyliśmy wszystko i siedzieliśmy wzdychając z wydętymi brzuchami, poszli do samochodu i przynieśli pudełko baclavy z Antep. Nałożyli nam po trzy, a ja już po pierwszej miałem dosyć bo to przecież słodkie jak cholera. Patrzyłem na Agę i miałem wrażenie, że zaraz zsunie się z krzesła na ziemię z przejedzenia. Na koniec tradycyjnie herbatka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cała biesiada trwała chyba ponad godzinę. Po wyjściu zrobiliśmy sobie pamiątkowe fotki. Zabawne jest, to że dwa dni później Aga znalazła na Fejsie fotkę z młodym, a stary został z niej odcięty. Na koniec stary zaproponował, że kupi nam bilety na autobus do Konyi, ale najbliższy był za 2 godziny więc grzecznie podziękowaliśmy.

Koniecznie chcieli nam pomóc, więc zatrzymali dla nas przejeżdżający samochód i kazali nas gdzieś zawieźć. Chwile później dojechaliśmy do drogi na Konyię, a tam kierowca wysiadł i złapał dla nas busa. W taki właśnie sposób, pustym klimatyzowanym busem za darmo dojechaliśmy do Konyi i nawet dostaliśmy poduszki pod głowę, więc się zdrzemnęliśmy. Niech żyje autostop w Turcji!:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

O 15-tej byliśmy już na miejscu, nie jest już tak upalnie i parno jak na wybrzeżu. Poszliśmy w umówione miejsce by spotkać się z Emre, kolesiem z CouchSurfingu. Zawiózł nas do weekendowego domku z ogrodem w bardzo przyjemnej zielonej dzielnicy. No niezły luksus. Jest TV z satelitą, łazienka cały domek tylko dla nas. Emre musiał wracać pomóc ojcu w sklepie, więc zostawiliśmy plecaki i zabraliśmy się z nim z powrotem do centrum. Aga nie czuje się najlepiej, ma jakąś niestrawność. Dwa dni później w Ankarze okaże się, że to ostre zatrucie. Pospacerowaliśmy wokół wzgórza parkowego pełnego kwiatów i dalej w okolice Mevlana muzeum.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kierujemy się do kafejki internetowej, chyba największej jaką w życiu widziałem. Nie przesadzę jeśli powiem, że było tam kilkaset komputerów, w dodatku było tanio i naliczanie co 5 min.

Konya słynie między innymi ze złotnictwa. Emre pracuje w sklepie jubilerskim ojca. Spotkaliśmy się z nim ponownie po rodzinnej kolacji ramazanowej. Przewiózł nas po mieście, opowiedział co jak i gdzie i pojechaliśmy do naszego domku na herbatkę. Koleś wydaje się być trochę sztywny. Wcześniej słyszeliśmy, że Konya jest bardzo konserwatywna, to i koleś sztywny… może dlatego że przestrzegał wytycznych ramazanu. Pogaworzyliśmy i poszliśmy spać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Wstaliśmy po ósmej bo Emre uprzedził nas że o dziewiątej przychodzi sprzątaczka. Przyszła o 8:40 i mocno się zdziwiła bo nikt nie dał jej znać. Szybki telefon do Emre i wszystko wyjaśnione. Zjadamy śniadanie i wychodzimy do miasta. Kierujemy się do największej atrakcji Konyi, czyli do mauzoleum Mevlany. To on, w XIII w., założył słynne bractwo wirujących Derwiszów które jest jednym z symboli Turcji. Był wielkim mędrcem, poetą, mistykiem i filozofem, a jego dzieła tłumaczone są na wiele języków. Nauczał tolerancji i poszanowaniu dla innych religii. Zachodni świat zna go jako Rumi, a ONZ ogłosiło rok 2007 jego rokiem. Niestety nigdy nie uczestniczyłem w pokazie wirujących Derwiszów, ale podobno jest to, przesączony symboliką, taniec modlitwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Muzeum Mevlany to piękne miejsce. Jest to kompleks budowli z charakterystyczną masywną seledynową wierzą, usytuowany w bardzo zadbanym i obsadzonym kwiatami parku. Całość jest ciekawa architektonicznie i bardzo zadbana. Na dziedzińcu jest mały zabytkowy cmentarz, a wewnątrz głównego budynku kilkanaście sarkofagów nobliwych mężów i samego Mevlany. Sarkofag Mevlany znajduje się dokładnie pod wspomnianą wierzą wyłożoną seledynową terakotą. Niestety w środku nie można robić zdjęć, a szkoda bo sarkofagi, ściany i sklepienia są bogato zdobione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wstępujemy jeszcze do dwóch meczetów i na bazar gdzie odwiedzamy sklep rodziny Emre. Kierujemy się do bogato zdobionej rozległej budowli muzeum pierwszej wojny światowej. Mijamy pomnik ku czci poległych i wchodzimy do środka, a tam niespodzianka. Sporych rozmiarów sala wypełniona jest makietami walk i życia z okresy wspomnianej wojny. Kiedyś sklejałem modele, co prawda w innej skali, ale i tak byłem zajarany. Cały budynek wygląda jak nowy lub tuż po remoncie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Postanowiliśmy przejść przez jeden cmentarzy, bo muzułmańskie nagrobki różnią się od naszych. Na nagrobku stoją dwa małe „obeliski”, w głowie zakończony kulą, a w nogach szpicem. Wiele z nich jest malowanych na różne kolory. Jest również muzeum nagrobków, równie ciekawe jak same nagrobki.

Bardzo podobały mi się nakrycia głowy miejscowych staruszków. Mała czarna wełniana czapeczka z małym czarnym kulistym pomponem. Akurat przechodziliśmy obok sprzedawcy, który na stoliku prowizorycznie skleconym ze starej skrzynki sprzedawał właśnie takie cudeńka. Wziąłem dwie. Zachodzimy jeszcze do banku, ale nikt nie mówi po angielsku, robimy zakupy i zmęczeni wracamy do domu. Zjedliśmy i oddaliśmy się relaksacji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem Emre zabrał nas do kawiarni na wzgórzu z widokiem na miasto. Tutaj pierwszy raz w życiu wypaliłem nargile o smaku cappuccino, gdzie w zbiorniczku zamiast wody było mleko z kawą. Bardzo fajny patent, szczególnie jeśli jeszcze dorzuci się do mleka trochę lodu. Zamówiliśmy sobie po deserku, a potem długo dyskutowaliśmy z Emre, który pokazał w końcu ludzką twarz. Mieliśmy miłą rozmowę o islamie i jego podobieństwach do chrześcijaństwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Rano czekaliśmy spakowani na Emre. Kiedy już się zjawił zrobiliśmy wspólne foto i daliśmy mu na pamiątkę pocztówkę z Wrocławia. Od dał nam kartę sim byśmy mogli dzwonić w razie potrzeby i prosił by ją odesłać jak wrócimy do Polski. Wywiózł nas na drogę do Ankary i powiedział „Have a safe trip.”

Data wizyty 2009r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s