Jaskinia Ballıca i prywatni przewodnicy

Nieopodal miasteczka Turhal znajduje się jedna z największych i najciekawszych jaskiń Turcji. W jej wnętrzu znajdziemy ciekawe formy naciekowe. Najbardziej charakterystyczne są stalaktyty, które z uwagi na kształt nazywane są stalaktytami cebulowymi. Okoliczna ludność jest bardzo gościnna i dumna ze swojego regionu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dwa rodzaje sera, dziwna kiełbasa, oliwki, dżem morelowy i truskawkowy, miód, ogórki, pomidory, ciasto i herbata. Wszystko pyszne i byłoby idealnie gdyby nie barbarzyńska pora, o której wstaliśmy. O 9:00 wyruszamy. Stopa łapiemy od razu, pan częstuje nas cukierkami i kupuje wodę. Niestety przejeżdżamy z tym kierowcą jedynie 10 km. Co to dla nas, przecież to Turcja, znów łapiemy. Przyglądamy się chwilę ludziom zbierającym warzywa na polu koło drogi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nagle i nieoczekiwanie woła nas pracująca tam kobieta. Wymachuje rękami, coś krzyczy. Jesteśmy trochę skonsternowani, ale Aga przełamuje się i idzie sprawdzić o co jej chodzi.  Obserwuję całą sytuację z kilkunastu metrów czekając na rozwój wydarzeń. Po chwili dostrzegam Agę wracającą z wielkim arbuzem i kilkoma dojrzałymi pomidorami. Na dokładkę dostaliśmy jeszcze kilka ogórków. Zatrzymuje się samochód, a w nim dwaj faceci około czterdziestki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak to zwykle bywa w tych stronach, żaden z nich nie mówi w innym języku niż turecki. Udaje nam się jednak wytłumaczyć, że zmierzamy do jaskini Ballıca nieopodal Turhal.

Będąc w Istambule, miejscowy Turek tłumaczył nam, że im dalej na wschód tym czas wolniej płynie i ludzie mają go więcej. Podejrzewam, że jest to podobna różnica w pojmowaniu czasu do tej z północnych i południowych Włoch.

Ci panowie są tego najlepszym przykładem. Obaj zadbani, obaj w koszulach z kołnierzykiem, czyste buty. Sprawiali wrażenie jakby jechali gdzieś coś załatwić.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Stwierdzili jednak, że też przejadą się do jaskini, no i dobrze bo okazało się, że ta jaskinia jest na jakimś totalnym zadupiu i to pod górę. Widoki bardzo kojące, wokół zielone pagóry i wzgórza. Po drodze panowie zadają dużo pytań oczywiście po Turecku. Bez zastanowienia kupują nam bilety i wchodzą razem z nami. Jaskinia ładna, gdzie nie spojrzeć coś zwisa albo wyrasta z podłogi:P Mogła by być lepiej oświetlona. Siedzimy tam jakieś 20 minut. Ciekawa atrakcja, ale szczerze mówiąc liczyłem na coś wyjątkowego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem wiozą nas z powrotem i zapraszają na obiad. Fajna restauracja. Jako, że nikt nie potrafi nam wytłumaczyć czym dokładnie są wypisane w menu potrawy, nasi towarzysze prowadzą nas do kuchni i pokazują co możemy wybrać. Zaglądamy do lodówki pełnej mięsa i do pieca. Bierzemy szaszłyk z bakłażanem, z żeberkami i plastrami ziemniaków, wszystko zapiekane w piecu plus grillowane warzywa. Pyszne, przepyszne, genialne!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście za posiłek również zapłacili nasi nowi tureccy przyjaciele. Jak już wcześniej wspomniałem, panowie mieli sporo czasu wolnego. Dalej zaczęli obwozić nas po wszystkich okolicznych atrakcjach, na wszystkie wzgórza w okolicznych miasteczkach. Na wszystkie ruiny zamków i punkty widokowe. Najciekawsza okazała się być restauracja na dachu, ze sztucznym wodospadem i świetnym widokiem. Trochę zalatuje kiczem, ale co tam. Widocznie uznali, że zabawią się w ambasadorów regionu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szczerze mówiąc to zaczęliśmy się już niecierpliwić. Komunikacja szła nam słabo i byliśmy już trochę zmęczeni po kilku godzinach ich towarzystwa. Nie mogliśmy wytłumaczyć, że troszkę nam się spieszy bo szmat drogi jeszcze przed nami, a nie chcieliśmy by noc zastała nas w jakimś nieznajomym miejscu. Nareszcie, zostawiają nas w Zile na drodze prowadzącej do Kapadocji. Droga krótsza, ale za to mało ruchliwa. Przejechaliśmy 10 km i utknęliśmy na największym zadupiu jakie kiedykolwiek widziałem. W ciągu godziny nie przejechał żaden samochód. W końcu coś jedzie. Niestety w przeciwnym kierunku. Trudno, wracamy do Zile i Turhal.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Idziemy z plecakami jakieś 3 km bo droga w remoncie, jemy arbuza na stacji paliw. Słońce chyli się ku zachodowi. Czujemy presję czasu, a nikt nie chce się zatrzymać. Powoli robi się szaro. Bierze nas kolo do samochodu wyładowanego sprzętem muzycznym. Okazuje się że pije piwo i jest już nieźle wcięty, a prowadzi. Na szczęście kończy się paliwo, ktoś holuje nas do stacji. Korzystamy z okazji i się ewakuujemy. Noc spędzamy w przydrożnym polu kukurydzy.

***

Wstajemy o świcie, jest jeszcze dość chłodno. Nocka pod chmurką zrobiła swoje, jesteśmy zmasakrowani i długo dochodzimy do siebie. Przebieramy się na przydrożnym przystanku i ustawiamy na drodze. Słonko zaczyna miło przygrzewać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bierze nas ciężarówka. Zabawny koleżka, we flanelowej koszuli i z dwudniowym zarostem. Próbujemy gadać po Turecku. Wysiadamy na początku Tokat. Przechodzimy przez miasteczko i w herbaciarni w centrum spotykamy tego samego kierowcę. Funduje nam herbatę, a potem wiezie do skrzyżowania z drogą Ankara – Sivas. Jest wesoło. Dalej bierze nas dziadek, który kilkanaście km dalej zatrzymuje się obok swojego domu przy ulicy i mówi że tu mieszka, więc dalej nie jedzie. Przebieramy się na poboczu , bo zrobiło się gorąco i zaczynamy łapać. Z okna domu woła nas starsza pani i zaprasza na śniadanie…

(Opis dalszej części podróży znajdziecie we wpisie „Kapadocja, kraina wróżek”)

Data wizyty sierpień 2009r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s