Niesamowita Fadime

Zastanawiacie się pewnie czym jest, albo gdzie leży Fadime. Otóż Fadime nie jest czymś, ale kimś. Kimś kto dwa razy bardzo pomógł nam w podróży po Turcji. Dwa razy więc dwa miejsca, Mersin na południowym wybrzeżu i Gebze nieopodal lotniska Sabiha Gökçen na wschód od Istambułu. Całkiem ciekawa historia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Żal nam było opuszczać Kapadocję, to jedno z tych miejsc w którym można by zostać na zawsze. Idziemy na śniadanie nie spiesząc się i delektując ostatnimi chwilami w Göreme. Pakujemy się opieszale i koło dziesiątej zaczynamy łapać stopa w cztery osoby. Marta i Joko* wybierali się do Konyi, a my do Mersin, ale część drogi pokrywała się więc postanowiliśmy jechać razem. Przejechaliśmy wspólnie około siedemdziesięciu kilometrów, głownie ciężarówkami, aż do Aksaray skąd każdy pojechał w swoją stronę. Skierowaliśmy się na południe trasą Ankara – Adana, a potem odbiliśmy na zachód. Ostatnie pięćdziesiąt kilometrów przejechaliśmy z niemieckimi Turkami, więc można było się dogadać.

Spotkanie – Mersin

Pierwsze wrażenia, niesamowita wilgotność i koszmarny upał. Zupełnie inny klimat niż w Kapadocji. Miasto wygląda na sporawe, architektonicznie niespecjalnie ciekawe. Dookoła klockowate bloki w odcieniach żółci i pomarańczy. Wygląda jak większość miast południowego wybrzeża. Idziemy szeroką ulicą, która zdaje się nie mieć końca. Kilka dni wcześniej udało nam się znaleźć nocleg na HospitalityClub.org (strona była bardzo popularna przed pojawieniem się couchsurfing.com). Mamy adres do babeczki, ale za cholerę nie jesteśmy w stanie znaleźć tego miejsca, szczególnie że nie mamy mapy. Nikt z zapytanych przechodniów nie potrafi nam pomóc.

Szczęście jednak nas nie opuszcza. Na stacji benzynowej podchodzimy do policjantów, a oni pakują nas w radiowóz i mówią że podwiozą. Jak się za chwilę okazało, nie do końca wiedzieli gdzie znajduje się adres, którego szukamy. Pada pytanie „Do kogo jedziecie?”, więc odpowiadam że do Fadime. Policjant pyta dalej „Znacie ją, to wasza znajoma?” odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie znamy przecież znaleźliśmy ją w Internecie. Policjant robi zdziwioną minę „Jak to nie znacie? Nie wiecie do kogo jedziecie?”. Chwila zastanowienia i kolejne pytanie „…a znacie numer jej telefonu?”, tak się składa że znamy. Policjant wklepuje numer na klawiaturze i zaczyna mówić coś do słuchawki. Domyślam się, że Fadime wytłumaczyła mu jak dojechać do jej domu, bo ruszyliśmy z kopyta. Jedziemy krętą drogą wspinając się na pobliskie wzgórza skąd rozpościerał się widok na całe miasto i błękitne morze w oddali.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dojeżdżamy do ogrodzonego osiedla składającego się z kilkunastu dwupiętrowych domów otoczonych tropikalną zielenią. Po środku dostrzegamy sporych rozmiarów basen, zapowiada się super. Nie wiemy jak się tam dostać więc policjanci pytają sąsiadów, który do dom. Młoda dziewczyna, która podeszła do ogrodzenia, jak na studentkę przystało, mówiła całkiem nieźle po angielsku. Wyglądała na skonsternowaną widokiem policjantów podwożących backpackerów i pytających o Fadime. Ajdza, bo jakoś tak było dziewczynie na imię, dzwoni do Fadime i wyjaśnia sprawę. Okazało się, że nie spodziewała się nas tak wcześnie i będzie w domu dopiero wieczorem, a na koniec poprosiła sąsiadów o zaopiekowanie się nami do jej powrotu.

Zostaliśmy zaproszeni do środka przez, uradowaną gośćmi, mamę Ajdzy. Niesamowicie pozytywna atmosfera, traktują nas jak długo niewidzianą rodzinę, która wpadła niespodziewanie z wizytą. Zdjęliśmy buty i już na wstępie dostaliśmy napoje dla ochłody. Pani domu dużo mówiła i cały czas się uśmiechała, jej córka tłumaczyła na bieżąco z tureckiego na angielski. Na stole pojawia się leczo z dziwnej rośliny, zieloną fasolkę w strąkach ugotowaną razem z białą fasolą typu jasiek, sałatka warzywna, jakieś zielsko jakby rukola, ryż, obowiązkowo chleb, a do picie Cola. Wszyscy obecni domownicy zajmują miejsca przy stole. Najadamy się do syta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po smacznym obiedzie zasiadamy na kanapie w pokoju gościnnym i gaworzymy chwilkę z babcią. Babcia jest przesympatyczna i przezabawna. Cały czas się cieszy i coś do nas mówi, a młoda robi za tłumacza. Na koniec przenosimy się na taras i gawędzimy aż do zmroku. Kiedy zrobiło się całkiem ciemno zauważyliśmy, że basen jest podświetlany i zaczęła rosnąć we mnie chęć zanurzenia się w nim i zmycia z siebie soli wykrystalizowanej z całodniowego potu:P

Nagle ktoś woła do nas po angielsku z balkonu sąsiedniego domu „Chodźcie teraz do mnie, zapraszam”. Odpowiedziałem, że nie trzeba bo nam tu dobrze. Kobieta z balkonu odpowiedziała „Skoro tak, to przyjdźcie jak będziecie gotowi” i wróciła do środka. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to właśnie była Fadime. Poczułem się trochę głupio z uwagi na to jak ją potraktowałem, no cóż wpadki się zdarzają.

Fadime jest sześćdziesięciojednoletnią nauczycielką chemii na miejscowym uniwersytecie i tak właśnie wygląda. Niewysoka, chuda, zasuszona z cerą pomarszczoną od papierosów i oparów chemicznych. Niesamowicie bystra intelektualnie, dynamiczna, energiczna, dużo mówi z manierą typową dla nauczycielek chemii z długim stażem. Włada kilkoma językami w tym angielskim i francuskim. Zatwardziała ateistka, przypominam że jesteśmy w kraju islamskim, ma też ciągoty feministyczne. Świetna babeczka. Mieszka razem ze swoją siostrą i bratanicą. Nietypowa rodzina jak na Turcję.

Instalujemy się w jednym z pokoi na piętrze i oboje z Agą biegniemy do podświetlanego basenu na wieczorną kąpiel.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Z rana czeka na nas śniadanko. Pyszny biały ser pleśniowy, oliwki, konfitury z płatków róży, marmolada ze skórek dzikiej pomarańczy, miód, małe pomidorki, mięta, szałwia. Wszystko własnej roboty na bazie składników z przydomowego ogródka. Na koniec lemoniada ze świeżych cytryn z dodatkiem mięty. Po tym pysznym poranku, Fadime zawozi nas po drodze do pracy na główną do Mersin. Postanowiliśmy, że skoro już jesteśmy nad morzem to spędzimy dzień na miłym leniuchowaniu w stylu turysty z europy. Mimo, że Mersin ma swoją szeroką i piaszczystą plaże, postanowiliśmy udać się do odległego o 50 km Kizkalesi, bo ktoś kiedyś polecił.

Transport na stopa jak zwykle nie nastręczył nam trudności i godzinę później byliśmy na miejscu. Miejscówka okazała się strzałem w dziesiątkę. Z szerokiej piaszczystej plaży rozpościera się widok na dwa spore zamki. Jeden z nich stoi na lądzie, a drugi kilkaset metrów dalej wyrasta prosto z błękitnej wody. Jest jeszcze przed południem, a drobny przyjemny piasek rozgrzany jest już do czerwoności. Stwierdziliśmy, że trzeba pożyczyć leżaki i parasol jeśli chcemy przetrwać ten dzień bez oparzeń drugiego stopnia. Odpoczynek na plaży był miło odmianą. To jedyny dzień w ciągu czterotygodniowej podróży, który spędziliśmy na opalaniu i leżeniu plackiem. Po południu, kolejny miły kierowca podwozi nas z powrotem do Mersin.

Fadime prowadzi ekologiczny tryb życia. Oszczędza wodę, prąd, ma kompostownik, robi przetwory z tego co wyhoduje w ogródku. Ma szeroką wiedzę na temat roślin.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siedzieliśmy przy stole, a ona zapytała czy chcemy naturalną gumę do żucia. Nie bardzo wiedzieliśmy o co dokładnie chodzi, ale z ciekawości odpowiedzieliśmy że chcemy. Przyniosła jakąś dziwną roślinę, obrał ją z liści, aż został sam środek. Biały, gruby może na centymetr i długi na cztery, balasek. Podała mi jeden i pouczyła żebym żuł aż zmięknie. Dziwne wrażenie, faktycznie jakbym gryzł kawałek twardej gumy. Po krótkim czasie korzonek zaczął mięknąć i wydzielać delikatny sok o smaku zbliżonym do świeżych nasion słonecznika. Bardzo ciekawe doświadczenie, niestety do dzisiaj nie wiem co to była za roślina, może Aga pamięta.

Na obiad dostajemy durum (dzisiaj powiedzielibyśmy wrap:) z wątróbką. Co prawda ja wątróbki nie znoszę i na sam zapach smażonej w cebulce robi mi się niedobrze, ale tym razem się skusiłem. Nie wiem czy to dlatego, że byłem bardzo głodny i wiedziałem, że nic innego nie dostanę, czy może za sprawą przypraw, zjadłem ją ze smakiem.

Fadime uznała zapewne, że skoro zapewnia nam wikt i opierunek to teraz my powinniśmy zrobić coś dla niej i zagoniła nas do roboty. Poprosiła nas o pozrywanie brzoskwiń z drzewa w ogrodzie. Nie wypadało odmówić, szczególnie że jak się później okazało brzoskwinie były przesłodkie:P Kiedy wypełniliśmy po brzegi trzy duże torby, pochwaliła nas za dobrze wykonaną pracę. Dumni z wykonanego zadania udaliśmy się zamoczyć spracowane ciała w basenie.

Wieczór minął nam na kolacyjnych pogaduszkach. Tym razem zaserwowała nam panierowane köfte, to coś w stylu małego mielonego. Fadime zapytała kiedy wracamy do Polski, więc odpowiedziałem, że za dwa tygodnie mamy samolot z Istambułu. Po chwili zastanowienia stwierdziła, że to się świetnie składa bo ona będzie w tym czasie wizytować brata, który mieszka dosyć blisko lotniska Ataturka. „Koniecznie się odezwijcie” powiedziała, po czym dodała „Załatwię wam nocleg, a rano zawieziemy was na lotnisko”. Nie ukrywam, że bardzo spodobał nam się ten pomysł, nie pamiętałem jednak z którego lotniska lecimy.

***

Wstajemy wcześnie, żeby pożegnać się z Fadime zanim wyjdzie do pracy. Po śniadaniu, żegnamy się ze wszystkimi i ruszamy dalej. Na drogę dostajemy kilo brzoskwiń i mrożone köfte z kolacji. Dochodzimy do pobliskiej autostrady i ześlizgujemy się po zboczu, przechodzimy przez barierkę i wystawiamy kciuka.

(Opis dalszej części podróży znajdziecie we wpisie „Gaziantep, kilka dni w komunie”)

***

Dwa tygodnie później – Gebze

 Jesteśmy pięćdziesiąt km od Ankary w drodze do naszego ostatniego przystanku w Turcji – Istambułu. Zatrzymujemy czarne, stare Audi. Za kierownicą chudy facet z czarnym wąsem, a na miejscu pasażera młodszy sympatyczny z brzuszkiem. Obaj elegancko ubrani w czarne spodnie i białe koszule z kołnierzykiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dowiadujemy się, że jadą do Gebze czyli prawie do samego Istambułu. Super, wsiadamy. Mimo, że żaden z panów nie włada obcym językiem, udaje nam się dogadać za pomocą trzydziestu słów, których zdążyliśmy się nauczyć podczas dotychczasowej podróży.

Przypominamy sobie, że Fadime obiecała nam nocleg w Istambule, więc postanowiliśmy zadzwonić do niej i uprzedzić, że nadjeżdżamy. Do tego celu używamy tureckiej karty sim, którą sprezentował nam Emre z Konyi. Gdy Fadime dowiaduje się, że kierowca jedzie do Gebze, a nasz lot jest z lotniska Sabiha Gökçen, prosi o przekazanie telefonu kierowcy. Po kilku minutach rozmowy wąsaty pan oddał mi telefon. Fadime tłumaczy, że pojedziemy z kierowcą do jego domu i tam przenocujemy, a on następnego dnia zawiezie nas na lotnisko.

Gwoli wyjaśnienia, wtedy wiedzieliśmy, że to lotnisko jest po azjatyckiej stronie, ale nie wiedzieliśmy, że na dalekim wschodnim skraju miasta. Okazało się, że z Gebze jest do niego tylko 25 km, czyli dwa razy bliżej niż z centrum Istambułu i trzy razy bliżej niż z domu brata Fadime.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Troszkę, dziwna sytuacja, nie wiem do końca jak się zachować. Nasi dobroczyńcy wyglądają sympatycznie, ale przecież to totalnie obcy ludzie i w dodatku mówią tylko po turecku. Kierowca dzwoni do kogoś i zastanawiamy się o czym rozmawia. Może dzwoni do żony poinformować, że będą mieli gości, a może do jakiegoś handlarza żywym towarem, że ma dwoje frajerów na zbyciu. No cóż, nie mając alternatywy godzimy się na propozycję noclegu u kierowcy. Po drodze zatrzymujemy się na obiad w przyjemnej przydrożnej restauracji. Pochłaniamy gulasz mięsny i sałatkę warzywną. Oczywiście Turcy pokrywają rachunek, uznając to za punkt honoru.

Ciekawostką jest, że podróżujący w długiej trasie mogą spożywać posiłki w czasie dnia podczas Ramazanu. Podobno wystarczy już 100km:)

Pan z wąsami najadł się i teraz prowadzi jak szalony ile fabryka dała. Na miejsce dojeżdżamy około godziny dziewiętnastej, czyli niedługo przed oficjalnym zachodem słońca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W progu wita nas żona kierowcy z chustą na głowiei ich dwie córeczki pięcio i dwuletnia. Mieszkanie nieduże, skromne, ale w pełni wyposażone i bardzo zadbane. Na kuchence bulgoczą w garnkach różne specjały. Dochodzi 19:38, to znaczy że można już zacząć świąteczną obiadokolację. Stół zapełnia się potrawami. Jest köfte, ręcznie robione domowe frytki, zupa, fasolka, ryż, warzywa, a do popicia Cola. Zasiadamy wspólnie do jedzenia, wszystko bardzo smaczne tylko w ilościach nie do przejedzenia. Nawet ja już nie daję rady. Agnieszka wciąż czuje się niezbyt dobrze po zatruciu, którego apogeum miało miejsce dwa dni wcześniej w Ankarze. Prawie nic nie zjadła, ku zaskoczeniu i niezrozumieniu gospodyni. Próbowaliśmy wytłumaczyć, cała sytuacje ale było ciężko. Gospodyni chciała dawać Adze jakieś leki, ale udało się to wyperswadować w taki sposób by nie urazić pani domu.

Po kolacji siadamy wszyscy w pokoju gościnnym z telewizorem, a po chwili dołącza do nas ten młodszy grubszy facet z samochodu wraz ze swoim kilkuletnim synkiem. Bawimy się trochę z dzieciakami i próbujemy przy pomocy słownika dogadywać się ze starymi. Nie jest łatwo. Pokazujemy im trasę naszej podróży i objaśniamy jakie miejsca odwiedziliśmy. Kiwają głowami z uznaniem. Zapewne w wielu z tych miejsc nigdy nie byli.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyglądamy na zmęczonych, więc gospodyni domyśla się o co chodzi i przygotowuje dla nas łóżko w oddzielnym pokoju. Oczywiści oficjalnie jesteśmy z Agą małżeństwem, to ułatwia wiele spraw i zapobiega niepotrzebnym pytaniom.

***

Jako, że samolot mamy dopiero po południu to młodszy z naszych dobroczyńców postanawia zapewnić nam do tego czasu rozrywkę. Przyjeżdża po nas po śniadaniu i jedziemy do niego. Mieszka w całkiem ładnym i nowocześnie urządzonym domu. Okazuje się, że mimo brzydkiego dziecka ma bardzo ładną młodą żonę:P Prowadzi nas do komputera i prosi byśmy dodali go na Fejsie. Potem przez chwilę uczymy się nawzajem kilku zwrotów w naszych językach.

Następnie jedziemy na wycieczkę po okolicy, zahaczamy o zamek i punkt widokowy z widokiem na morze i na statki stojące na redzie.

Wracamy do mieszkania, pakujemy nasze graty i zaczynamy żegnać się z domownikami. Przyznam, szczerze, że była to dla mnie dość krępująca sytuacja. Ci ludzie tak wiele dla nas zrobili, a ja nie wiedziałem w jaki sposób należycie im podziękować. Bariera językowa uniemożliwiała nam wytłumaczenie jak wiele to dla nas znaczyło i jak bardzo jesteśmy wdzięczni.

Bezinteresowna pomoc, obcych ludzi, których najpewniej widzimy ostatni raz w życiu…

Na lotnisko przyjeżdżamy o czasie i 3 godziny później lądujemy w Dreźnie, a stąd już rzut beretem do Wrocławia, gdzie skończy się nasza pięciotygodniowa tułaczka.

Data wizyty: sierpień 2009r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s