Maramureş, zielono i wiejsko

Od Sigishoary przejechaliśmy już ponad 200 kilometrów. Dookoła pofałdowany krajobraz zielonych pagórków. Droga 17C zaczęła lekko wspinać się po zboczach. Czułem, że jesteśmy już blisko, ale tego co ujrzeliśmy żadne z nas się nie spodziewało. Pośrodku pustkowia wyrosła przed nami wielka rudobrązowa drewniana brama. Wysoka na jakieś 10 i szeroka na prawie 20 metrów rzeźbiona ludowym motywem typowym dla tych stron. To tutaj zaczyna się Maramureş.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co prawda brama wygląda na świeżo postawioną, a obok buduje się jakaś knajpa, ale robi to fajne wrażenie. Czuję się jakbyśmy wkraczali do jakiejś innej tajemniczej krainy, jakbyśmy cofali się w czasie. Jak się miało niebawem okazać dużo się nie pomyliłem. Ten region różni się znacząco od tego co do tej pory widzieliśmy podczas naszej ponadtygodniowej podróży.

Kilkanaście kilometrów dalej zaczyna się Parcul Naţional Munţii Rodnei czyli Rodniański Park Narodowy. Podobno jest tam jakiś rezerwat biosfery UNESCO i inne cuda typu Natura 2000.

Na terenie całego parku piętrzą się wysokie góry, coś jak trochę mniejsze Tatry. Podobno jest tam naprawdę uroczo, a widoki warte są kilkugodzinnej wspinaczki. U stóp owych gór na południu leży miejscowość Borşa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z tego co wiem, to nie ma w niej nic specjalnego, ale jest świetnym punktem wypadowym na górskie szlaki. Nie pamiętam dlaczego akurat tam zdecydowaliśmy się przenocować, chyba po prostu tak wyszło. Na camping „Borsa Tourism” wiodły nas liczne drogowskazy, wydaje mi się że dzień wcześniej wypatrzyliśmy go w Internecie. Po dojechaniu pod wskazany adres troszkę się zdziwiliśmy bo pole namiotowe było naprawdę maleńkie. Wyglądało raczej jak ogród za domem.

Wjechaliśmy przez otwartą bramę koło pensjonatu i od razu spotkaliśmy się z życzliwym powitaniem. Jeszcze nie wyłączyliśmy silników, jeszcze nie ściągnęliśmy kasków, a już jacyś ludzie nawołują nas rękami i okrzykami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod niewielkim zadaszeniem znajdowała się łazienka, kibelki i prowizoryczna kuchnia na otwartym powietrzu. Przy stole siedziało kilka osób, zdaje się że konsumowali jakiś obiadek nakładając z wielkiego gara. Chyba makaron. Podszedł do nas facet z wąsem, przypominający troszkę Gomeza z rodziny Adamsów. Z początku myśleliśmy, że to Rumun, ale okazało się że gospodarz jest Belgiem i mimo wieku bardzo dobrze mówi po angielsku.

Szybko zasugerował nam miejsce gdzie możemy się rozbić i wskazując na jedyny stojący już namiot powiedział, że to Polacy i że wyszli w góry. O ścianę budynku oparty był mocno zdezelowany krosowy motocykl. Wyglądał całkiem ciekawie, ciężko było się domyślić marki z racji wielu przeróbek. Wszelkie zbędne elementy jak lusterka czy światła, dawno zostały wymontowane. A na dokładkę cały pokryty był błotem z ostatniej przejażdżki. Poczuliśmy się jak w domu:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie tracąc czasu zapytałem czy mają piwo. Mario, wysoki chudy dwudziestokilkuletni koleś, sprawiał wrażenie zadomowionego w obejściu. Dopalając papierosa, nienaganną angielszczyzną, zasugerował by iść za nim. Weszliśmy do małego pomieszczenia z tyłu domu, które okazało się być składzikiem skrzynek z miejscowym browarem. Nie pamiętam już czy był to Ciuc, Ursus, Timişoreana czy Silva, ale był chłodny, a zapach chmielu poprzedzony sykiem otwieranej butelki doprowadził mnie do ekstazy:P Nic tak nie orzeźwia po długiej podróży jak dobre piwko. Wróciliśmy do stolika, co by lepiej się lepiej zapoznać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gospodarz Kris przyjechał tu z Belgii na początku lat dziewięćdziesiątych i tak mu się spodobało, że postanowił się tu osiedlić na stałe. Kupił ziemię, wybudował pensjonat i działa na rzecz promowania regionu. Więcej informacji możecie znaleźć na http://www.borsa-turism.com. Mario, ten wysoki młody, okazał się być Holendrem. Opowiedział nam o świetnym projekcie, który aktualnie realizuje w pobliskich górach. Wraz ze wspólnikiem, który finansuje inwestycję pracując w Holandii, wydzierżawili spory kawał gruntu pośród wysokich gór razem z lasem, genialnym widokiem i całym inwentarzem.

Niebawem pojawiła się możliwość wykupu gruntu, co oczywiście uczynili. Nie pamiętam dokładnie jaką kwotę podał, ale nie były to kosmiczne pieniądze, chyba 40 tysięcy Euro. Następnie zaczęli skupować stare drewniane domy i inne budynki, które chcą systematycznie przenosić na swój grunt.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczy wyszły nam na wierzch, gdy usłyszeliśmy koszt takiej operacji. Mario pokazywał nam zdjęcia na komórce i mówił, że ten dom kupił za 150, a ten za 200 Euro. Tak, dobrze widzisz! Podobno za drugie tyle grupka roboli rozbiera dom na części, przewozi na miejsce i składa z powrotem do kupy.

Patrzyliśmy na niego podejrzliwie, prosząc by powtórzył, bo nie wierzyliśmy własnym uszom. Pomyłka słowna nie wchodziła w grę, bo jego angielski był bez zarzutu. Uwaga, a teraz wyjaśniam na czym polega business. Otóż, Rumunia jest chyba jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym w parkach narodowych zezwala się na off-road. Holendrzy wpadli na pomysł by organizować motocyklowy off-road dla turystów z Europy Zachodniej. Drewniane domki posłużą za bazę noclegową i biesiadną, a motocykl wraz z GPS’em, na który wklepana jest trasa, będzie można wypożyczyć u nich na miejscu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pomysł realny do realizacji, bo na pewno znajdą się zapaleńcy dla których wydanie 2 tysięcy Euro na taką rozrywkę to niewiele. Więc Mario siedzi kilka miesięcy w roku w Borsie, załatwiając formalności w ślimaczym tempie i brnąc poprzez biurokratyczną dżunglę. Zimę spędza w Holandii gdzie realizuje się w zawodzie mechanika samochodowego i motocyklowego. Więcej informacji na temat projektu i jego realizacji znajdziecie na fejsowym fun page’u „SC Offroadventure Srl”. Dodam jeszcze tylko, że Mario wsparł nasz Złombolowy wyjazd Zieloną Nyską kwotą 100 Euro, a my odwdzięczyliśmy się logo firmy na przednich drzwiach:)

Innym razem, kiedy przed Lidlem na Obornickiej Nyska odmówiła posłuszeństwa, okazało się że Mario akurat jest we Wrocławiu i choć widział taki wehikuł po raz pierwszy w życiu, szybko ją naprawił. Do dzisiaj nie pojmuję tego zbiegu okoliczności. Pomógł też Basi naprawić motocykl, gdy w tym roku po raz kolejny odwiedziła Rumunię. Oczywiście wszystko za darmoszkę:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracając do stołu i opisywania siedzących przy nim ludzi, pominę pewną kobietę bo w sumie nic o niej nie pamiętam. Jest jednak jeszcze jedna barwna postać warta napomknięcia. Pan sąsiad zza drewnianego płota ni w ząb nie mówił w innym języku niż Rumuński. Wyglądał trochę jak rolnik, właściwie to miał coś z Pawlaka z „Samych swoich”. Słowo, które najczęściej powtarzał to „palinka”. W pierwszym momencie nie wiedzieliśmy o co gościowi chodzi, po chwili jednak wrócił z szerokim uśmiechem i sporą flaszką w dłoni. Nie trzeba specjalnej bystrości by domyślić się, że palinka to po prostu domowej roboty bimber.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nazwą tą określa się ogólnie wszystkie węgierskie i rumuńskie wódki pędzone z owoców. To taki odpowiednik Jugosłowiańskiej Rakiji. Zaraz znalazły się małe kieliszeczki i rozpoczęła się degustacja. Musze przyznać, że towar pierwszej jakości, o ile się nie mylę śliwowica z dodatkiem miodu. Właścicielowi flaszki brakowało kilku zębów i chyba kilku klepek bo nic nie kumał a ciągle się śmiał i błaznował:P W miedzy czasie wrócili Polacy, chłopak i dziewczyna, ale jakoś nie byli specjalnie towarzyscy, więc nie pamiętam nawet skąd zawitali ani jak się nazywali.

Dobrze, że namiot rozłożyliśmy wcześniej bo zmęczenie i kilka kropel alkoholu spowodowały, że padliśmy jak kawki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rano obudziło nas jak zwykle piękne słońce. Pogoda wręcz nas rozpieszczała. Rozłożyliśmy i przestudiowaliśmy mapę, pogawędziliśmy jeszcze z gospodarzami i przygotowaliśmy się do drogi. Próbując wycofać obładowanym motocyklem, straciłem równowagę i położyłem się razem z nim na miękkiej trawce. Nic takiego, zdarza się, z resztą to nie pierwsza gleba w tej podróży, szczególnie że nieszkodliwa. Bywa to czasem żenujące, ale co tam, Mario przybył mi z pomocą.

Ostatnie pożegnania, uściski i ruszamy w dalszą drogę przez urokliwe wioseczki Maramures. Właściwie gdzie by się nie ruszyć wszędzie jest pięknie. Zielone wzgórza i pagórki, wysokie stogi siana na łąkach i słomy na licznych poletkach. Obrazki jak z sprzed wielkiej rewolucji przemysłowej. Właściwie wszystko robi się tu ręcznie i przy pomocy koni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co jakiś czas mijamy grupki rolników zmierzające na pole. Każdy trzyma w dłoniach wysokie na prawie trzy metry drewniane grabie z trzema długimi pazurami do układania słomy. Częściej niż samochody, mijają nas furmanki zaprzężone w jednego konia.

Na pierwszy ogień wzięliśmy „Wesoły cmentarz” w Sapancie (więcej na ten temat możesz przeczytać w poprzednim wpisie). Po drodze, w sumie chyba przypadkiem, a może to Basia nas tam doprowadziła, natknęliśmy się na klasztor w Barşana. Stojąca tutaj cerkiew z początku drugiej dekady XVIII wieku jest jedną z licznych świątyń wpisanych na listę UNSECO. Jej wieża do niedawna uznawana była za najwyższą drewnianą budowlę w Europie, ale ustąpiła miejsca niedawno wybudowanej cerkwi w Sapancie. I znów widzę mieszkańców Gliwic, którzy czerwienieją ze złości i krzyczą coś o swojej drewnianej radiostacji:P (pozdrawiam Folmera).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od 1997 roku wokół cerkwi zaczęto wznosić nowe budynki klasztoru żeńskiego. Wszystkie nowe budowle zachowane są w tym samym stylu co cerkiew. Powstała między innymi nowa brama z wieżą oraz kilka budynków mieszkalnych. Cały teren otoczony jest drewnianym płotem, a wewnątrz spacerować można licznymi krętymi alejkami i podziwić wspaniale utrzymany ogród kwiatowy. Jest też magiczne źródełko z równie magiczną wodą, której można spróbować korzystając z jednego z przygotowanych emaliowanych kubeczków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalej postanowiliśmy odwiedzić kilka wiosek polecanych przez przewodnik. Niestety plan mamy napięty więc przez większość z nich po prostu przejeżdżamy, a szkoda bo niektóre obejścia to dzieła sztuki. Do tradycyjnej zagrody od strony ulicy wejść można przez sporych rozmiarów drewnianą rzeźbioną bramę. Te bramy to wizytówka regionu i są ich tu dziesiątki. Budownictwo drewniane zostało tutaj doprowadzone niemal do perfekcji. Panuje bardzo przyjazna atmosfera. Niektórzy mieszkańcy ubrani są w tradycyjne haftowane stroje i z uśmiechem machają gdy ich mijamy. Kilka kilometrów przed Budeşti przy drodze pod zadaszeniem stoi dziwaczna drewniana maszyneria. Coś jakby młockarnia, tartak i młyn w jednym. Całe ustrojstwo napędzane jest kołem wodnym, nie jest to żadna wystawa ani muzealna rekonstrukcja i jest używane do dzisiaj przez okolicznych mieszkańców! Tutaj naprawdę ma się wrażenie jakby czas stanął w miejscu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Budeşti zatrzymujemy się na chwilkę przy cerkwi Św. Mikołaja z 1643 roku. Ciekawa wieża z czterema mniejszymi wieżyczkami tworzącymi koronę. Ruch na drogach jest niewielki więc delektujemy się motocyklowym spacerkiem po żywych skansenach. Co jakiś czas, pomimo upału, zatrzymuję się by zrobić zdjęcie. Basia już chyba weszła w tryb motozombie. Temperatura i kolejne przejechane kilometry dają nam się we znaki. Gdy dojeżdżamy do ostatniej na naszej trasie cerkiewki w Surdeşti, Basia pada na trawkę w cieniu i stwierdza, że tak będzie leżała:P Ja nie odpuszczam i idę zajrzeć do wnętrza bo przewodnik powiedział, że warto. Właściwie to jedyna drewniana świątynia, do której wszedłem podczas podróży po Rumuni. I było warto.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cerkiew Świętych Archaniołów stoi tu, wśród drzew, od 1721 roku otoczona drewnianym płotkiem i dobrze się ma. Po przekroczeniu progu czekam chwilę by oczy przyzwyczaiły się do zmiany natężenia światła ograniczonego małymi okienkami, choć wspomaganego przez drewniane żyrandole. Wszystkie sklepienia pokryte były polichromiami, a na ścianach jedna przy drugiej w pozłacanych ramach, wisiały ikony z wizerunkami świętych. Dodatkowo całe wnętrze udekorowane było chustami i obrusami obszytymi kolorowymi. kwiatowymi ludowymi wzorami. To wszystko w połączeniu z intensywnym zapachem starego drewna i przyjemnym chłodkiem, bardzo mnie zrelaksowało. Usiadłem na chwilkę by odetchnąć. Przy wyjściu wrzuciłem kilka Lei do skrzyneczki na datki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do tej pory myślałem, że to Polska jest europejską „stolicą” bocianów, ale po wizycie w Maramureş zaczynam w to wątpić. Nie ma tu wioski, ani słupa, czy komina na którym te wielkie biało czarne ptaszyska nie uwiły sobie gniazda. Ot taka refleksja:P

Szkoda, że już musimy opuścić tę piękną krainę. Na pewno wrócę tu niebawem. Basi już się to udało w tym roku:)

(Dalszy ciąg podróży znajdziecie we wpisie “Săpânța, niebiesko i sielsko“)

Data wizyty: lipiec 2012r.

Advertisements

One thought on “Maramureş, zielono i wiejsko

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s