W trzy gleby do Hunedoary

Pomimo sporej wodoszczelnej torby motocyklowej, którą przypiąłem ekspandorami, kufer na bagażniku ledwo się domknął. Wczesne piątkowe popołudnie, a kolorowe osiedle na wrocławskim Gaju rozgrzane było niczym kamienie w fińskiej saunie. Jakoś nie czułem podniecenia i ekscytacji, a przecież to moja pierwsza w życiu wyprawa motocyklowa. Uczucia te stępione były palącym słońcem i stróżkami potu spływającymi po skroniach i plecach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I wtedy przyjechała mistrzyni improwizacji i prowizorki, Basia:) Od jakiegoś czasu nosiła się z zamiarem pożyczenia kufra, a może nawet jakiś kupiła z tym że nie pasował do bagażnika. Ostatecznie postanowiła przekształcić swojego Trampka (Honda Transalp 600) w cygański wóz. Plecak, worek z namiotem i kilka innych pakunków owinęła tropikiem od namiotu i przypięła gumami do bagażnika. Przecież nie ma się co stresować bo do przejechania jedyne 3 tysiące kilometrów:P Co to dla dziewczyny, która w Himalajach jechała z gołymi kostkami podczas śnieżycy.

Gorąco zaczyna nas mocno irytować, wiec nie tracąc czasu kierujemy się na autostradę do Katowic. Naszym dzisiejszym celem są Kozy, rozległa wieś pod Bielskiem. Tak, tak zgadliście to tam znajduje się dwustuletni platan, który zajął drugie miejsce w plebiscycie na Europejskie Drzewo Roku 2013:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miejsce zamieszkiwane przez naszego przyjaciela Pawła, z którym często jeździliśmy na narty i żagle. Stwierdziliśmy, że miło będzie go odwiedzić, poza tym to świetna baza wypadowa na Słowacje i dalej do Rumuni.

Zajechaliśmy już po zmroku. Jako, że Paweł jest świetnym gospodarzem, czekał na nas z rozpalonym grillem i piwkiem chłodzącym się w lodówce. O ile pamięć mnie nie myli jedliśmy smakowite szaszłyki, nie jestem pewny czy to jego własnej roboty, czy wykorzystał to tego swoją lepszą połowę:P Nim poszliśmy spać, długo gawędziliśmy i wspominaliśmy stare dobre studenckie czasy.

Gdybyście znali Pawła to wiedzielibyście, że jajecznica dla gości na śniadanie to niemal rytuał i tradycja. Do tego świeże pachnące bułki z masłem, pomidory i obowiązkowo herbata. Śniadanie mistrzów!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No cóż, było miło ale trzeba ruszać w drogę. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i już jesteśmy na trasie. Drogą wzdłuż Zalewu Żywieckiego jechałem wiele razy, ale chyba nigdy w lecie. Musze przyznać, że krajobraz robi wrażenie. Góry, woda, przyroda… widoczki i takie, takie. Dalej kierujemy się na przejście graniczne w Korbielowie. Droga robi się coraz węższa, wspina się wyżej i wyżej licznymi zakrętami. Świetny rejon na motocyklowe wycieczki.

Przejście graniczne, które znajduje się chyba na szczycie jakiejś góry w środku lasu, wygląda na opuszczone, ale zachowuje górski klimat. Jest mało uczęszczane, co dla motocyklisty oczywiście jest zaletą. W tym miejscu zaczęły się „schody”. Jak na wytrawnych i doświadczonych podróżników przystało, nie wzięliśmy ze sobą mapy Słowacji ani Węgier. Miałem tylko jakieś na szybko wydrukowane Google Maps, ale były mało dokładne. Jechaliśmy na czuja. Wiedzieliśmy, że chcemy na Poprad, ale znaków nie było:) Jeśli chodzi o oznakowanie na Słowacji to jest słabe i zbyt rzadkie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dużym zaskoczeniem był dla nas wielki zamek na wysokie skale, który wyrósł przed nami zaledwie 45km od granicy. Skupiliśmy się na Rumuni i żadne z nas nie sprawdziło co ciekawego można zobaczyć po drodze. Naprawdę imponująca baśniowa budowla wznosząca się ponad sto metrów nad miasteczkiem Oravský Podzámok. Dzisiaj już wiem z Internetów, że ów zamek jest jednym z tych, które naprawdę warto odwiedzić. Żałowałem, że nie mamy na to czasu, ale cóż będzie inna okazja. I tak od znaku do znaku minęliśmy Ruzomberok by dalej wzdłuż Tatr, które widzieliśmy po lewej stronie dotrzeć do Popradu. Imponujące szczyty otoczone były niemalże czarnymi, ciężkimi chmurami, które od czasu do czasu rozświetlały błyskawice. Modliliśmy się tylko, żeby ta burza nie dotarła do nas. Nie ma nic gorszego od jazdy na motocyklu w deszczu, no może poza jazdą na motocyklu w deszczu nocą:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niestety nasze modlitwy nie zostały wysłuchane. Schroniliśmy się na przydrożnym parkingu i zastanawialiśmy się czy wskakiwać w motocyklowe buty i spodnie. Strasznie nam się nie chciało, bo było ciepło, a poza tym to strasznie pracochłonne. Droga szeroka i nowa, ale deszcz był bardzo intensywny i każdy przejeżdżający pojazd ciągną za sobą chmurę mokrej mżawki. No i wkładamy to wszystko, po to by za kilkanaście kilometrów okazało się, że szosa jest już sucha i zaczynamy się gotować:)

Odcinek z Popradu do miejscowości Rožňava jest naprawdę genialny. Momentami przypomina drogę Transfogarską. Wije się serpentynami w dół, a widoki na dolinę podziwiać można z przydrożnego punktu widokowego. W Rožňavie na wjeździe na drogę E58 zaliczyliśmy pierwszą glebę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na ślimaku włączałem się do ruchu, ale zobaczyłem samochody nadjeżdżające obydwoma pasami z przeciwka i zwątpiłem czy nie jedziemy pod prąd. Zahamowałem do zatrzymania. W tej samej chwili usłyszałem huk i wraz z motocyklem runąłem na asfalt. Basia, która jechała tuż za mną wbiła się w mój prawy tył. Odłamał się kawałek bagażnika, jeden kierunek się wygiął, a drugi połamał, lekko wygiął się wydech i co najgorsze skrzywiła się wajcha zmiany biegów. U Basi cały przedni plastik połamany, ale trzyma się kupy. Wszystko co się dało skleiliśmy niezastąpioną taśmą Power Tape.

Gorzej było z dźwignią biegów, ale okazało się że jakoś da się jechać:P Kierujemy się główną drogą do przejścia granicznego i wypatrujemy drogowskazu na pierwsze węgierskie miasteczko Putnok. Ni cholery znaków. Zaczynamy wątpić i zatrzymujemy się w maleńkiej miejscowości Plešivec, całkiem tracąc orientację. Na szczęście zauważamy miejscowego kolesia na motocyklu i pytamy go o drogę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„Hungary”, nie kuma. „Węgry”, nie kuma. „Madziary” no zrozumiał i wskazał nam palcem jakąś zapomnianą drogę mówiąc „Dminika”. Pytamy go ze zdziwieniem dlaczego nie ma znaków, a on rozkłada ręce i żartobliwie odpowiada „Slovakiiija”:P i wszystko jasne. Droga prowadzi przez park krajobrazowy, wypłaszczoną szeroką doliną. Właściwie nie ma na niej ruchu. Mijamy sporych rozmiarów parking na odludziu i jakieś zabudowania z lat dziewięćdziesiątych. Okazało się że „Dominica” to jaskinia o czym poinformował nas duży betonowy napis. Naprawdę piękna trasa, soczysta zieleń i gęsto nasadzone drzewa po obu stronach szosy.

Przejeżdżamy obok budek maleńkiego prowincjonalnego przejścia granicznego i już jesteśmy na Węgrzech. Mijamy jakiś ośrodek wypoczynkowy, skałki , ładny zadbany teren z restauracją. Straszne zadupie, ale piękne. Jak już wspomniałem, mapy Węgier też nie mamy, więc na pierwszym skrzyżowaniu w najbliższej wiosce stajemy przed dylematem… w prawo czy w lewo?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dobrze, że pamiętałem, że mamy kierować się na Miskolc, a zapytany przez nas autochton pokazał palcem w prawo. W końcu udało nam się dojechać do głównej drogi już za Putnok’iem. Okazało się, że motocyklista z Plešivec wskazał nam najkrótszą drogę na Węgry. Przynajmniej trochę pozwiedzaliśmy:P Prujemy na Debrecen, gdzie odbijamy na Hajdúszoboszló, w którym z racji późnej pory zamierzamy przenocować.

Pewnie większość z was odwiedziła to miasteczko w dzieciństwie z rodzicami. Dla tych, którzy nigdy nie słyszeli o Hajdúszoboszló wspomnę, że słynie ono z brunatnych bogatych w liczne minerały i pierwiastki wód leczniczych. Kompleks basenów, Aquapark i Spa są oblegane głównie przez Polaków i Rumunów. Na uliczkach miasta, panuje odpustowa atmosfera jak nad polskim morzem. Parkujemy przy wejściu do kompleksu i już po chwili zagaduje nas starszy pan oferując nocleg na kwaterze. Nocne wyjście na piwko i spać bo jutro czeka nas 280 kilometrów do Hunedoary.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Robimy małą przerwę na najbardziej uczęszczanym węgiersko-rumuńskim przejściu granicznym w Bors. Przejazd przez Oradea, mimo ruchu, nie nastręczył nam problemów. Przez chwilę, za sprawą wysokich pasiastych krawężników, miałem wrażenie jakbyśmy jechali przez jakieś miasto w Turcji. Dalsza część trasy poszła nam naprawdę gładko. No może poza jednym małym incydentem. Co jakiś czas na krótkich odcinkach wprowadzono ruch wahadłowy. Przed jednym z takich odcinków zatrzymało nas czerwone światło. Słońce bardzo dokuczało, więc postanowiłem podjechać w cień i stanąć na piasku.

Niestety piasek okazał się być kilkucentymetrowym plackiem zastygniętego cementu, straciłem równowagę, noga okazała się za krótka i runąłem na lewy bok. W tym czasie Basia podjechał obok mnie i efektem domina leżeliśmy oboje. Dla obserwatorów musiało to wyglądać przekomicznie. Jednak nam nie było do śmiechu. Kufer wyrwał mi się z zaczepów i porysował się na żwirze. U Basi ucierpiało siodło. I znów poszła w ruch Power Tape, dodatkowo oplotłem całość gumowymi ekspandorami. Na takiej prowizorce przetrwałem kolejne siedem dni:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Hunedoara to miasto znane z przemysłu metalurgicznego. Intensywny rozwój od czasów rewolucji przemysłowej poprzez okres Ceauşescu kiedy to utworzono tu wielki kombinat górniczo hutniczy spowodowały, że miasto jest wręcz odrażające. Obecnie straszą upadłe huty i stalownie, a właściwie ich zgliszcza po masowych wyburzeniach w ostatnich latach.

Pośród tej brzydoty i nudy stoi on, jedyny powód dla którego naprawdę warto tu przyjechać – zamek. Znakomity przykład gotyckiej budowli warownej, wzniesiony za czasów węgierskiego panowania na tych ziemiach w XV wieku. Z czasem zyskał kilka elementów renesansowych i barokowych. W obecnym kształcie, ulokowany nad doliną rzeki Cernej, przypomina zamek rodem z bajek Disney’a. Do głównej bramy prowadzi długi drewniany most wsparty na wysokich kamiennych filarach.

Do zamku dojeżdżamy poprzez industrialny teren pełen niewiadomego przeznaczenia instalacji, rur i silosów. Po przekroczeniu bramy na przedzamcze znajdujemy się w zupełnie innym świecie. Brukowana droga, drewniane małe stragany wzdłuż muru, kamienna zabudowa i mniej lub bardziej kiczowate rycerskie akcenty. Jakoś nie mieliśmy parcia na zwiedzanie zamku od środka szczególnie że po długiej trasie szybko udzieliła nam się sielankowa atmosfera tego miejsca. Napawaliśmy się widokiem na zamek i zieloną dolinę. Od tego wszystkiego zgłodnieliśmy, więc ulokowaliśmy się w tutejszej „średniowiecznej” restauracji. Było miło, a o ile dobrze pamiętam jedzenie znośne, ale szału nie ma.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zachodzące słońce oświetlające rozgrzane mury zamku ostatnimi pomarańczowymi promieniami, zmobilizowało nas do pomyślenia o miejscu na nocleg. Nie podobała nam się perspektywa nocowania w tym szkaradnym mieście, więc poszedłem popytać autochtonów. Otwarte drzwiczki w kamiennym murze, a w środku kilkanaście osób i co najważniejsze komputer. Okazało się że ta gromadka młodych ludzi to bractwo rycerskie, a jeden z nich wyglądający na szefa mówił nawet trochę po angielsku. Powiedział, że tu niedaleko nad jeziorem jest pole namiotowe i pokazał mina ekranie monitora trasę dojazdu. Niestety nie mieli drukarki, ale byli na tyle mili, że naszkicowali małą mapkę długopisem na papierze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do oddalonego o niecałe 10 kilometrów jeziora Cinciş prowadzi świetna wijąca się jak wąż, w górę i w dół szosa, kolejna atrakcja dla motocyklistów. W pewnym momencie rozpościera się z niej wspaniały widok na wody jeziora, powstałego w skutek spiętrzenia wód rzecznych betonową zaporą. Niesamowite, że tak blisko paskudnego miasta znajduje się zielona i miła dla oka oaza. Teraz uwaga, bo będzie gleba numer trzy:) Niepewnie minęliśmy pierwszy camping, a do drugiego zdecydowaliśmy się wjechać. No i dobrze bo więcej ich nie było.

Jako, że szosa była wąska i ruchliwa, a wjazd na camping prowadził gruntową drogą stromo w dół, nie zatrzymałem się przy bramie żeby nie stracić równowagi. Kilkanaście metrów niżej stanąłem na wypłaszczeniu i od razu wdałem się w konwersację z Przemkiem, Polakiem który biwakował tu z rodziną. Nagle słyszę wołanie, obracam głowę ku wjazdowi, a tam jakiś mały facet z czarnym wąsem krzyczy do mnie i coś gestykuluje. Myśląc, że chodzi mu o opłatę, olałem go chwilowo wracając do rozmowy. Po chwili zjeżdża Basia i oznajmia, że skręcając w dół na camping miała glebę i to dlatego do mnie machali:P Taki ze mnie kumpel:P Na szczęście obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pan z wąsem po Rumuńsku i na migi wyjaśnił nam, że należy się po jednej lei (Rumuńska waluta) za osobę i za motocykl oraz 2leie za namiot. Razem 3 złote za osobę! Za chwilę okazało się, że pyszne lane piwko kosztuje 3,5 złotego! Żyć nie umierać! Nasz pierwszy nocleg w tym kraju, a już tyle pozytywnych niespodzianek.

Rozbijamy się obok polskiej rodzinki i popijając piwko miło konwersujemy. Okazało się, że Przemek miał kiedyś Afrykę (AfricaTwin, większa siostra Transalp’a). Opowiadają nam gdzie byli i dokąd warto pojechać, przemili ludzie. Mimo, że zrobiło się już ciemno nie mogliśmy sobie odmówić kąpieli w jeziorze. Wygląda na to, że to miejsce jest dość popularne wśród miejscowych, którzy licznie zjechali swoimi brykami po wiejskim tuningu, by połączyć się w grupki i imprezować przy muzyce. O ile pamiętam to jedna z grup siedziała przy ognisku i nawet mieli gitarę. Przyjemny klimat.

Przecisnęliśmy się na plażę i krok po kroku zanurzaliśmy się w czarną jak smoła wodę. Myśleliśmy, że to będzie orzeźwiająca kąpiel, ale woda okazała się być cieplejsza niż latem w zatoce Kotorskiej. Dosłownie zupa. Do tego ten klimat. Większość linii brzegowej jeziora nie była oświetlona, co dodawało tajemniczości i pozwalało bez przeszkód obserwować utkane gwiazdami niebo. Wspaniałe zakończenie długiego dnia i potwierdzenie, że warto było tu przyjechać.

Trzeba się wyspać bo jutro wielki dzień. Spełnienie naszego małego marzenia – Transfogarska!

(Dalsza część podróży we wpisie “Sibiu i Câlnic, na szybko“)

Data wizyty: lipiec 2012r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s