Viscri, śladami siedmiogrodzkich Sasów

To jedno z tych miejsc, gdzie czas się zatrzymał. Można by odnieść wrażenie, że Viscri to skansen, że to wszystko tylko po to żeby zwabić turystów. Jednak wioska jest prawdziwa, a świadczą o tym jej mieszkańcy do dziś kultywujący okoliczną ziemię i miejscową tradycję. Trwające do dziś odizolowanie od głównego szlaku komunikacyjnego, pozwoliło na zachowanie pierwotnego germańskiego układu urbanistycznego, a pod koniec lat dziewięćdziesiątych zaowocowało wpisaniem na listę UNESCO.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciekawostką jest, że jedno z gospodarstw zostało, w 2006 roku, zakupione przez brytyjskiego księcia Karola. Obejście, po gruntownej restauracji, został przekształcone w rezydencję dla wytwornych gości i jest do wynajęcia, oczywiście za odpowiednią opłatą.

Deutsch-Weißkirch („Niemiecki Biały Kościół”), taką nazwę nadali osadzie Sasi, sprowadzeni w ten region Siedmiogrodu przez królów węgierskich pod koniec XII wieku. Nazwa ta, jak można się domyślić,  wywodzi się od białych ścian stojącego tu kościoła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sasi stanowili zdecydowaną większość mieszkańców wsi, aż do XX wieku. Jednakże po masowej emigracji na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych populacja zmniejszyła się z kilkuset do zaledwie kilkudziesięciu osób (Wikipedia).

W dwóch trzecich drogi z Brașova do Sighișoara, na wysokości wioski Rupea odbijamy z drogi numer 13 i na najbliższym skrzyżowaniu w pobliżu Dacii skręcamy w prawo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kilka kilometrów później asfalt się kończy, ale gruntowa droga to dla naszych motocykli pestka. Gdzie nie spojrzeć tam pola, łąki i długo, długo nic. Mijamy traktor i jakiś samochód z turystami wzniecający tumany białego pyłu. Gdy chmura opada ruszamy dalej by po chwili dotrzeć do pierwszych zabudowań. Typowa zwarta zabudowa saskich osadników. Dom, brama, dom, brama, dom… Ciągnie się po obu stronach przez całą wioskę, nie dłuższą niż półtora i nie szerszą niż jeden kilometr.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy powoli, lekko pod górkę, aż dojeżdżamy do najwyższego punktu, gdzie stoi warowny kościół. To jeden z najbardziej rozpoznawanych obiektów tego typu w Rumunii. Kościół otoczony jest wysokim, masywnym białym murem i kilkoma charakterystycznymi basztami zwieńczonymi drewnianą konstrukcją przykrytą dachówkami. Budowla w obecnym kształcie przetrwała od XVII wieku. Wewnątrz fortyfikacji znajdowały się pomieszczenia służące mieszkańcom za schronienie dla nich i ich dobytku w razie częstych wtedy najazdów zza Karpat (Wikipedia).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na drzwiach dostrzegamy karteczkę, której treść zapisana po niemiecku oznajmia, że gospodarz ma przerwę obiadową. Szkoda, kolejny raz musimy obejść się smakiem. Podobna sytuacja spotkała nas w Prejmer, ale o tym kiedy indziej. Drepczemy dookoła murów i przechodzimy przez stary cmentarz, na pierwszy rzut oka przypominający owocowy sad. Przez furtkę drewnianego płotu wydostajemy się na uliczkę prowadzącą w dół do „centrum” wsi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W przeciwieństwie do głównego traktu, wybrukowana była otoczakami. Wyglądała na w miarę nową, ale świetnie komponowała się z otoczeniem. Minęliśmy niewielki budynek powozowni z czterema parami drewnianych wrót. Fasady wszystkich budynków odnowione i pomalowane różnymi odcieniami niebieskiego i żółtego. W każdym oknie niebieskie bądź zielone drewniane okiennice. W elewację wielu domów wmurowany jest kamienny zdobiony okrąg informujący o roku budowy. Większość została postawiona w latach 1870 do 1921. W tych czasach we Wrocławiu wznoszono wielopiętrowe kamienice.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po drugiej stronie uliczki, przy otwartej bramie wisi szyld zachęcający do odwidzenia sklepiku z pamiątkami. Minęliśmy stolik przy, którym jakaś podstarzała para Niemców albo Holendrów, rozmawiała z kobietą wyglądającą na właścicielkę. Uśmiechnęli się do nas uprzejmie. Ani Basia, ani ja nie jesteśmy fanami tandety i badziewia, którymi karmi się turystów na całym świecie. Jednak to co zobaczyliśmy w środku w niczym nie przypominało komercyjnego paździerzu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W małym pomieszczeniu, które kiedyś musiało być jakimś warsztatem co sugerowało zamontowane imadło, stał regał z kilkoma zaledwie glinianymi, kubkami, miseczkami, pojemnikami na przyprawy i jeden świecznik w tradycyjnym niebieski wzorze , trochę jak porcelana z Bolesławca. Dolną półkę regału zajmowały przetwory z owoców, przygotowane zapewne przez właścicielkę sklepu.  Przestrzeń zdominowana była przez kilkadziesiąt par wzorzystych filcowych kapci poustawianych na szerokim stole. Tutaj nie znajdziecie chińszczyzny. Wszystko subtelne, ręcznie robione i idealnie pasujące do klimatu Viscri.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po zejściu do głównej ulicy, postanowiliśmy sprawdzić co jest na jej końcu. Daleko nie było, więc skierowaliśmy się w prawo i niecałe 150 metrów dalej na rozwidleniu dostrzegliśmy malutki murowany kościółek z malutką kwadratową wierzą. Rzucały się w oczy kolorowe malowidła, nad drzwiami i bocznymi oknami, przedstawiające podobizny świętych. Kościółek otoczony jest starym drewnianym płotem, niektóre żerdki zakończone małym drewnianym krucyfiksem. Przed płotkiem wisiał ukrzyżowany Jezus.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Całość wyglądała jak jakaś makieta, albo miniaturka, ale biorąc pod uwagę ilość potencjalnych wiernych w Viscri i fakt, że każda okoliczna wioska ma swój kościółek, to w zupełności wystarcza. W oknie domu stojącego obok dostrzegliśmy, staruszkę z rozpuszczonymi srebrnymi włosami. Wyglądała jak zjawa, a minę miała jak nieboszczyk.

Powolnym spacerkiem kierowaliśmy się do „centrum” wioski, kiedy uświadomiłem sobie, że zostawiłem kluczyk w stacyjce motocykla.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ruszyliśmy w boczną uliczkę prowadzącą do warownego kościoła, by przekonać się że motocykle stoją jak stały. Obok pracowała ekipa remontująca jedno z gospodarstw. Powolutku stoczyliśmy się na dół, robiąc po drodze kilka ustawianych fotek na naszych rumakach. Miasteczko wydaje się opustoszałe, a to tylko dodaje mu uroku. Zaparkowaliśmy przed jedynym sklepem, ale nawet tutaj nie było specjalnego ruchu. Przez godzinę przejechały może dwa samochody, w tym jeden z turystami. Zapewne wszyscy miejscowi pracują w polu korzystając ze słonecznej pogody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Postanowiliśmy wyczilować się chwilkę na ławeczce przed sklepem. Zapytałem Basię czy coś chce, ale Basia chciała akurat świętego spokoju:P Wchodząc do środka dokładnie wiedziałem czego potrzebuje mój organizm. Sympatyczna pani sklepowa podała chłodną puszkę. Zimny cytrynowy Ciuc Radler! Idealny na upały i tylko 2 procent, więc w sam raz dla zmotoryzowanych:P Siadłem wygodnie na wyślizganej tyłkami autochtonów ławeczce. Basia, gdy tylko usłyszała charakterystyczne „psssyt” zaraz nabrała ochoty na ochłodę, więc wypiliśmy na pół delektując się, niemalże w ciszy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siedzieliśmy, obserwując spokojne otoczenie. Nie działo się nic, i to właśnie jest piękne. Na jednym z kominów wielkie gniazdo, w którym para bocianów dogląda swoje młode. Czas wydawał się płynąc w tempie dziesięć razy wolniejszym niż zwykle. Pod nogami krząta się jakaś młodociana kurka, od czasu do czasu dobiega nas niemrawe „muuuuuu”. Jest wspaniale, jest cudownie. W duchu chciałbym, by to miejsce nigdy nie zostało skomercjalizowane. By pozostało prawdziwe i sielskie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wzdłuż głównego traktu, po jednej stronie ciągnął się rów melioracyjny i pas zieleni, ze szpalerem drzew, oddzielający domy od drogi. Jedyne czym różnił się ten widok od tego sprzed 150 lat to słupy energetyczne. Przed domami stały drewniane wozy i różnego rodzaju archaiczny sprzęt rolniczy, który zapewne wciąż jest w użytku. Środkiem wsi, jak gdyby nigdy nic, spacerowało sobie stado dorodnych krów. Naprzeciwko sklepu leżały potężne, wydrążone i wypełnione wodą, pnie drzew służące za poidło dla bydła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po miłym leniuchowaniu, niestety trzeba było ruszać dalej. Skierowaliśmy się na drogę prowadzącą do głównej na Sighișoarę. Ten odcinek doczekał się asfaltu. Na koniec jeszcze jedna niespodzianka. Na obrzeżach wioski Bunești, tuż przed wjazdem na główną, natknęliśmy się na wioskę smerfów. Sznurek małych jednoizbowych domków, z których spora część pomalowana była na turkusowy niebieski, a może zielony, sam nie wiem w końcu faceci nie potrafią nazywać kolorów:P Zatrzymałem się żeby cyknąć kilka fotek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Basia zsiadła z motocykla, by odnaleźć coś w swoim pakunku. I nagle nie wiadomo skąd nadbiegła chmara dzieciaków i zaczęła dobierać się do Basiowego bagażu. Dzieci jeszcze jakoś byśmy przeżyli, ale za nimi szło już pół wioski zainteresowane przybyszami. No cóż schowałem aparat i szybko się stamtąd ewakuowaliśmy. Okazało się, że to wioska zamieszkiwana przez Cyganów:) To właściwie jedyny incydent, jeśli w ogóle można to tak nazwać, z Cyganami na całej naszej trasie.

(Dalsza część podróży we wpisie”Sighișoara, tak piękna że powinna być za to ukarana“)

Data wizyty: lipiec 2012r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s