Brașov, okoliczne atrakcje

Brașov, oprócz tego że jest ciekawostką sam w sobie, jest również świetną bazą wypadową do okolicznych atrakcji. Najsłynniejszą z nich jest niewątpliwie zamek Draculi w Branie, ale również cytadela w Râșnov’ie i warowny kościół w Prejmer. Zimą można się udać do pobliskiego ośrodka narciarskiego.

Korzystając z pobytu w Brașov’ie postanowiliśmy jeden dzień poświecić na zwiedzenie okolicy. W wynajętym pokoju w oficynie zostawiliśmy kufry i bagaże żeby odciążyć motocykle. Zapowiadał się kolejny upalny dzień, więc stwierdziliśmy że dzisiaj pojeździmy w krótkim rękawku, a kurtki przytroczymy do bagażników. Wieczorem okazało się, że pomysł ten był jednym z najgłupszych jakie mieliśmy podczas wyjazdu i nie mam tu na myśli kwestii bezpieczeństwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Panowała straszliwa duchota i pomimo, że jechaliśmy w samych koszulkach to pęd powierza za miast chłodzić, grzał nas podmuchami niczym z rozgrzanej suszarki do rąk. Po całym dniu patelni nasze ręce, z racji tego że były jedynym odsłoniętym fragmentem ciała, zamieniły się w spalone frytki i zaróżowiły się jak tyłek  prosiaka. Na dodatek piekły niemiłosiernie. Mam nadzieję, że nie dostaniemy raka skóry.

Bran, tłok ale warto

Na pierwszy ogień wzięliśmy zamek w Branie, który za sprawą powieści o Draculi stał się najczęściej odwiedzanym zamkiem w całej Rumunii. Jechaliśmy tam z mieszanymi uczuciami. Spodziewaliśmy się tabunów turystów i to, jak słyszeliśmy, głównie z Polski oraz badziewnych pamiątek i całej reszty komercyjnego bagna. Wszyscy dobrze wiemy jak masowa turystyka niszczy klimat i oryginalność. Z Braszowa to zaledwie 30 kilometrów dobrej drogi. W połowie trasy obracając głowę w lewo obserwować mogliśmy zamek chłopski górujący nad Râșnov’em. Zwiedzimy go w drodze powrotnej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zamek w Branie położony przy głównej drodze i świetnie widoczny, szczególnie od strony Brașov’a, jest idealny by zrobić z niego atrakcję rodem z Disneylandu. No i zaczyna się, fast food tu, fast food tam, sklepik przy sklepiku, budki z jedzeniem ciągną się po obu stronach ulicy. I nagle poczułem znajomy zapach, zapach który pamiętam z dzieciństwa z rodzinnych pobytów w węgierskim Hajdúszoboszló. Moją uwagę przyciągnęła budka z wielkim zdjęciem przedstawiającym Langosz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaparkowaliśmy kilkadziesiąt metrów dalej na chodniku i spacerkiem kierowaliśmy się w stronę wejścia na teren zamku. Nie mogłem się powstrzymać, przeszedłem na drugą stronę ulicy do drewnianej budki z węgierskim przysmakiem. Węgrzy od lat zamieszkują tereny Siedmiogrodu a wraz z nimi jest i kuchnia.

Langosz to drożdżowe placki z mąki, ziemniaków i z dodatkiem mleka, smażone na głębokim oleju. Coś jakby racuchy o średnicy 25 centymetrów posmarowane gęstą, kwaśną śmietaną i posypane startym żółtym serem, pyszota! Nie jadłem ich od lat. Czuję że to będzie dobry dzień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Aby dojść do kas biletowych trzeba przejść przez sporych rozmiarów bazar wyglądający trochę jak targowisko w Zakopanem. Można tu dostać wszystko co związane z Draculą, wampirami, rycerzami, magnesiki, breloczki, pocztówki, koszulki, ale również miejscowe wyroby ludowe takie jak przetwory owocowe w tym nalewki, sery, kiełbasy, ubrania w tym kapcie i haftowane obrusy. Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo sporej ilości badziewia, bazar wyglądał schludnie i czysto. Basia ubolewa, że nie mają tu pamiątek z Transfogarskiej:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dochodzimy do drewnianego czarnego budynku z dwiema zadaszonymi bramami. Jedna prowadzi do zamku, a druga do niewielkiego skansenu. Jako, że bilet do skansenu kosztował chyba tyle co do zamku to odpuściliśmy, ale tylko dlatego, że wydawał się mały. W tym miejscu polecam skansen w Bukareszcie, naprawdę warto i wejście jest tańsze.

Zakupujemy wejściówki do zamku, które okazują się niedrogie, zaledwie 6 Euro, naprawdę warto. Tuż za bramą po lewej stronie w gęstym lasku stoi bardzo klimatyczna stara chałupa z drewnianym dachem porośniętym mchem. Wygląda trochę jak z powieści Tolkiena. Podobno kiedyś służyły za punkt poboru cła za przejazd przez przełęcz oddzielającą Siedmiogród od Wołoszczyzny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Teraz czeka nas długa wspinaczka pod górkę, wybrukowaną kamieniami uliczką. Strome schody prowadzą do wejścia gdzie zaczyna się trasa turystyczna po zakamarkach zamku. Przechodzimy przez liczne pomieszczenia mieszkalne gdzie dominuje biel ścian i ciemne drewniane elementy.

Komnaty są niskie i bardzo przytulne, a umeblowanie i sprzęty wydają się być oryginalne.

W części pomieszczeń zorganizowana jest wystawa wyjaśniająca związek zamku z powieścią o hrabim Draculi. Otóż, opis  zamku tytułowego bohatera doskonale pasuje do zamku w branie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobno autor, irlandzki pisarz późnego XIX wieku, niejaki Bram Stoker, mimo że nigdy nie odwiedził Rumuni miał wzorować się na budowli korzystać z rycin i opowieści. Kolejna część wystawy opowiada historię brutalnego Vlada Palownika, władcy Wołoszczyzny, który to podobno był inspiracją do stworzenia fikcyjnej postaci Draculi. Jednak, faktyczna siedziba Vlada znajdowała się za górami fogarskimi, jego związek z Bran’em jest taki, że podobno był tu więziony.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest również opisana XX wieczna historia zamku i jego arystokratycznych władców. Wspomnę tylko, że w latach dwudziestych zamek został przekształcony w letnią rezydencję rumuńskiej księżniczki Marii. W 2009 zamek został zwrócony potomkom rodziny królewskiej.

Jedno piętro, drugie piętro, sam nie wiem ile jest tych kondygnacji. Wychodzimy na mały tarasik widokowy, prawie na dachu, skąd można zobaczyć wewnętrzny dziedziniec i okalające go drewniane krużganki. Wąskie drewniane schodki prowadzą nas niżej, poprzez murowane łukowe arkady i niżej aż na dziedziniec.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Muszę przyznać, że sceneria jest naprawdę bajkowa. Nie sądziłem, że tak bardzo zachwycę się tą budowlą. Szkoda tylko, że szaleją tu stada irytujących turystów i ciągle włażą w kadr. Mimo wszystko warto odwiedzić Bran.

Do Râșnov’a

Następny przystanek, zamek chłopski w Râșnov’ie. Już z daleka widać potężną średniowieczną cytadelę siedzącą wygodnie na szczycie wzgórza jak kwoka na jajkach. Nie da się nie zauważyć tej budowli szczególnie, że na zboczu tuż pod jej murami ustawiono, złożony z wielgachnych białych liter, napis „Râșnov”. To chyba jakaś lokalna moda, albo Râșnov’ianie pozazdrościł Brașov’ianom i też pierdyknęli sobie nazwę swojego miasta w stylu rodem z Hollywood.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mimo, że tego typu marketing spotkał się z różnym odbiorem mieszkańców, to ja osobiście uważam to za świetny pomysł. Szczególnie, że można tu trafić nawet w nocy bo, kilkunastometrowej wysokości, napis jest podświetlany.

Pierwszą warownię, założyli na tutejszym wzgórzu, sprowadzeni w te rejony w XIII wieku Krzyżacy. W późniejszym okresie zamek został wielokrotnie rozbudowany, a po wykupieniu go przez mieszkańców Râșnov’a i przekształceniu w samowystarczalną twierdzę, służył im jako schronienie w razie zagrożenia. To właściwie małe miasteczko za grubymi murami i największa tego typu budowla w Rumunii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przejechaliśmy nowiutkim asfaltem, przez niczym nie wyróżniające się miasteczko i kierując się zgodnie ze wskazaniami brązowych unijnych strzałek, dotarliśmy do sporego parkingu. Byliśmy troszkę zawiedzeni, bo myśleliśmy że wiedziemy motocyklami na samą górę.

Niestety z parkingu do cytadeli można się było dostać jedynie na dwa sposoby, pieszo lub kiczowatym traktoro-pociągiem. Z uwagi na to iż myśleliśmy że to daleko, zaczęliśmy zastanawiać się czy aby nie wskoczyć do ciuchci. Na szczęście jakaś idąca z góry niemiecka turystka doradziła nam, by nie przepłacać i iść na piechotę. Dobrze, że jej posłuchaliśmy bo brukowana droga ze stylizowanymi latarniami, ławeczkami i koszami na śmieci, miała zaledwie siedemset metrów długości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na jej końcu, znajdował się placyk, na którym zawracały wagoniki i mała drewniana knajpka z ogródkiem piwnym. Poszliśmy wzdłuż kamiennego muru w kierunku wysokiej wierzy uwieńczonej drewnianym pomostem dla strzelców i spadzistym dachem pokrytym dachówkami.

Trochę to wszystko wygląda jakby niedawno zostało odbudowane od zera:P Trzeba jednak przyznać, że jest kulturka i trzymają poziom, nawet jest bezpłatny czysty kibelek.

Przez bramę w masywnej wierzy dostajemy się do środka. Jak na razie nie ma szału, dookoła głównie trawnik i ledwo wystające z ziemi fundamenty starego kościoła. Właściwa, cześć cytadeli z masywnymi murami znajduje się kilkadziesiąt metrów wyżej i prowadzi do niej pozawijana żwirowa dróżka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tuż przed główną bramą kiedy za 10 lei kupowaliśmy bilety wstępu, zaczepiła nas młoda dziewczyna z identyfikatorem i zapytała czy nie potrzebujemy przewodnika. Zgodziliśmy się, bo powiedziała, że za darmo:P Jak się okazało niewiele się ciekawego dowiedzieliśmy, bo z angielskim było u niej słabo i ciągle brakowało jej słów.

Wewnątrz można odnieś wrażenie, że znajduje się w małej kamiennej wiosce a nie w twierdzy. Małymi domkami, jeden przytulony do drugiego i kilka wąskich uliczek. Co prawda północno zachodnia część to same ruiny, jednak większość budynków została odbudowana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z remontem i odbudową kompleksu związane są pewne kontrowersje, ponieważ poprzedni właściciel uprawiał samowolkę budowlaną. Obecnie obiekt przeszedł w ręce miasta. Mimo wszystko to bardzo przyjemne miejsce i nie ma tu jeszcze zbyt wielu turystów, choć spotkaliśmy grupkę Polaków. Z uwagi na bliskość Brașov’a i zamku w Branie gdzie turystów jak mrówek, coraz więcej ciekawskich zagląda również do Râșnov’a.

Prejmer, nie omijaj

Bez dwóch zdań jest to atrakcja, którą będąc w Brașov’ie trzeba odwiedzić koniecznie. Należy pamiętać aby sprawdzić godziny otwarcie, żeby nie sfrajerować się tak jak my:) Miasteczko Prejmer znajduje się zaledwie 20 kilometrów na północny wschód od Brașov’a. Dojazd bardzo dobry wylotówką numer 11, prosta, szeroka jezdnia i dobre oznakowanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trzeba się jednak najpierw wydostać z miasta. Nigdzie, nawet w skandynawi, nie widziałem tyle rond co w Brașov’ie. Właściwie na każdym większym skrzyżowaniu jest rondo, a czasem nawet dwa jedno obok drugiego. W dodatku mają od dwóch do czterech pasów co wprowadza stres, bo miejscowi potrafią ze skrajnego lewego pasa skręcać w prawo. Nie wspomnę nawet o kosmicznym ruchu na ulicach tego miasta, samochód za samochodem i obok samochodu. Cały ten zamęt powodował, że często nie zauważałem znaków i myliłem drogę, ku niezadowoleniu jadącej za mną Basi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jakoś to tak chyba jest, że ten kto jedzie z przodu skupia się bardziej na tym co dzieje się na drodze, a jadący z tyłu może skupić się na znakach i konflikt gotowy:P W końcu zgubiłem Basię na jednym ze skrzyżowań i dopiero telefonicznie ustaliliśmy gdzie jesteśmy. Spotkaliśmy się tuż przed Prejmer. Basia stała na poboczu i z dumnym, zwycięskim wyrazem twarzy dopalała papierosa:P Sama wioska niczym się nie wyróżnia, za to warowny kościół to prawdziwa perełka i cel naszej podróży. Historia tego miejsca sięga XIII wieku, kiedy to krzyżacy wznieśli tu pierwszą świątynię.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W późniejszym okresie kościół został rozbudowany i ufortyfikowany przez cystersów. Otaczają go grube wysokie nawet na 14 metrów mury. Mieszczą one w sobie 270 pomieszczeń na czterech kondygnacjach, które służyły miejscowej ludności za schronienie w razie zagrożenia. Po szczycie muru pod dachem biegnie dookoła korytarz obronny z otworami strzelniczymi. W XVI wieku kompleks rozbudowano i zyskał dodatkowy dziedziniec, budynki szkoły, piekarnię i młyn napędzany wodą z szerokiej fosy, która otaczała mury (Wiki).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaparkowaliśmy nieopodal kompleksu, nie wiedząc dokładnie gdzie znajduje się wejście. Rozejrzeliśmy się dookoła, wioska była senna i spokojna. Naprzeciwko jakiś zdewastowany dom z powybijanymi szybami straszy przyjezdnych. Jedyne, żywe dusze to kilku robotników układających chodnik. Byli wyraźnie zainteresowani naszą obecnością i coś tam mamrotali pod czarnymi wąsami.

Spacerkiem wzdłuż pękatych białych murów dotarliśmy do głównej bramy. Prowadził do niej masywny murowany i zadaszony mostek z kolumnadą po obu stronach. Gdy zbliżyliśmy się do drewnianych wrót dostrzegliśmy kartkę która informowała, że obiekt udostępniany jest zwiedzającym do godziny 17-tej. Spojrzałem na zegarek i tu pojawił się problem, bo była 17:30. Szlag by to trafił. Szkoda bo bardzo chcieliśmy, a przynajmniej ja, zobaczyć wnętrzności tego grubaśnego kompleksu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy zajrzeliśmy przez szparę we wrotach, zobaczyliśmy pierwszy mniejszy dziedziniec rodem z jakiegoś średniowiecznego zamku i kolejną bramę. Ściana na przeciwko oklejona była drewnianą konstrukcją pomostów i schodów. Podobno mur od wewnętrznej strony cały pokryty jest kilkoma poziomami drewnianych krużganków i schodkami umożliwiającymi przemieszczanie się pomiędzy nimi. Niestety nie było nam dane zobaczyć ich na własne oczy, tak jak i kościoła na bazie krzyża skrywającego gotycki tryptyk i wczesnorenesansowe stalle. No cóż, obeszliśmy się smakiem i wróciliśmy do Brașov’a.

(Dalsza część podróży we wpisie”Viscri, śladami siedmiogrodzkich Sasów“)

Data wizyty: lipiec 2012

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s