Sighișoara, tak piękna że powinna być za to ukarana

„Tak piękna, że powinna być za to ukarana;) Już od momentu kiedy wkraczasz w jej ufortyfikowane mury, by klucząc po wybrukowanych uliczkach dotrzeć do głównego placu będącego jej chlubą, Sighișoara wypala się w twojej pamięci i już nigdy nie da o sobie zapomnieć. To tak jakby znaleźć się w bajce z dzieciństwa. Wąskie uliczki promienieją wyrazistymi kolorami szesnastowiecznych kamieniczek, a piernikowe spadziste dachy opadają na urocze i klimatyczne kawiarenki.” Lekko sparafrazowane przeze mnie, ale tak właśnie brzmią pierwsze zdania opisu Sighișoary według Lonely Planet. Pozwoliłem sobie na przywołanie tych słów, bo trafiają w sedno.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To naprawdę niesamowite miejsce, jedno z tych gdzie w jakiś cudowny sposób czas się zatrzymał, co pozwana nam zobaczyć jak mogły wyglądać średniowieczne miasta, chociażby takie jak Praga czy Wiedeń. Sighișoara jest ciekawa nie tylko jako perełka architektoniczna, ale również ze względu na swoją historię.

Pierwsze fortyfikacje wznieśli tu Rzymianie, a wioska aż do pojawienia się Sasów Siedmiogrodzkich w XII wieku, nosiło nazwę „Castrum Sex”, czyli po prostu „Fort Szósty”. W 1367 roku Sighișoara uzyskała prawa miejskie i w szybkim tempie stała się istotnym ośrodkiem handlowym i rzemieślniczym. Dzięki Sasom miasto się rozrastało i zyskało solidne fortyfikacje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciekawostką jest, że w XV wieku rezydował tutaj i bił swoje monety książę Wołoszczyzny Vlad Dracul (Wład Diabeł) ojciec Vlada Palownika, który z kolei był inspiracją dla pisarza Bram’a Stoker’a do stworzenia słynnej postaci hrabiego Draculi. W późniejszym czasie cała rodzinka przeniosła się do Targoviste. Sighișoara była również siedzibą Jerzego Rakoczego wybranego księciem Siedmiogrodu, a następnie królem Węgier 1629 roku.

W okolicy została również stoczona bitwa pomiędzy oddziałami rewolucyjnej armii węgierskiej dowodzonymi przez Józefa Bema, a armią rosyjską. Miało to miejsce w roku 1849. No dobra kończę już z tymi datami:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do Sighișoara zajechaliśmy z Brașova, po wcześniejszym zahaczeniu o wioskę Viscri. Dużo atrakcji jak na jeden dzień. Bez problemów dotarliśmy do informacji turystycznej, ulokowanej na dolnym starym mieście, niedaleko obskurnego placu. Zaparkowaliśmy przed samym wejściem, bo kto motocykliście zabroni:P Sądziliśmy, że ze względu na to, iż miasto od kilkunastu lat wpisane jest na Listę UNESCO, to zostaniemy zasypani mapkami, informacjami i darmowymi folderami.

No niestety, mimo że IT łatwo znaleźć to oferuje ona raczej marną pomoc i pracują tam nieogarnięci ludzie sprawiający wrażenia jakby nie znali w ogóle miasta. Skromnie wyposażone pomieszczenie, za biurkiem facet około pięćdziesiątki i dziewuszka z przestraszoną miną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pytamy o hostel, ale ona tylko wzrusza ramionami. No to może macie kontakty do jakichś prywatnych kwater. Patrzą na siebie, coś gadają, ruszają się jak muchy w smole. W końcu dziewuszka sięga po jakiś segregator, w którym zapisane są adresy i numery telefonów, miejscowych którzy oferują noclegi. Już się ucieszyliśmy sporo tego było, ale dziewuszka nie jest przekonana i sprawia wrażenie jakby nie wiedziała co robić. Troszkę nas już to wkurza.

Zapytana o co chodzi, wyjaśnia że to są kwatery na przyszłotygodniowy festiwal średniowiecza i nie jest pewna czy może ich użyć. Ręce opadają. W końcu decyduje się wykonać kilka telefonów i oznajmia, że jest dla nas miejsce i że za chwilę ktoś tu po nas przyjedzie. Sytuacja opanowana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po jakichś piętnastu minutach pojawia się szczupły wysoki facet na rowerze. Okazuje się, że bardzo dobrze mówi po angielsku. Tłumaczy, że to niedaleko i żebyśmy czekali na skrzyżowaniach, a on będzie wskazywał drogę. Droga, którą wspinaliśmy się na przeciwległe wzgórze stawała się coraz węższa, a widok na stare miasto coraz bardziej okazały. Dojechaliśmy na samą górę i czekaliśmy na naszego gospodarza, którego imię wywietrzało mi niestety z głowy więc na potrzeby tego tekstu nazwijmy go Czesiek.

Wskazał na jeden z domów, zwyczajna małomiasteczkowa chata w kondycji raczej średniej. Oznajmił, że mieszka tutaj z mamą i że niestety nie da się wjechać na posesję ze względu na ukształtowanie terenu. Faktycznie, ciężko znaleźć tu jakiś płaski kawałek terenu. Czesiek zapewnia nas, że na razie możemy zostawić motocykle na ulicy, a potem pójdzie pogadać z sąsiadem, czy aby on się nimi nie zaopiekował.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No to ładnie, myślę sobie, koleś w wieku czterdziestukilku lat mieszka z mamą, pewnikiem jakiś psychopata. Jak nas zaciuka to nikt nas nie znajdzie. Wchodzimy na posesję, a tam na ganku czeka już na nas starsza wesoła pani i pyta po Rumuńsku czy mamy ochotę na zupę. Nie czekając na odpowiedź oznajmia, że zaraz nam poda:P

Przez mocno nachylony ogródek kierujemy się po wąskich schodkach do małego domku na tyłach. Z przodu zadaszona weranda ze stolikiem i ławy. Wygląda to trochę jak działkowy domek emeryta. W środku mały skromny pokoik i jeszcze skromniejsza łazienka, a na pięterku większy pokój z małym drewnianym balkonikiem, z którego na upartego da się zobaczyć starówkę. Powiem szczerze, że tysiąc razy bardziej wolę takie zakwaterowanie niż sztampowe bezosobowe hotele.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siadamy przy stole na werandzie i ledwo zaczynamy rozmowę z Cześkiem, a już zmierza ku nam starsza pani z talerzami zupy i świeżym pieczywem. Widać, że możliwość ugoszczenia nas, sprawia jej wielką radość. Właściwie to czujemy się jakbyśmy odwiedzali długo niewidzianą ciotkę. Zjadamy wszystko ze smakiem i długo gawędzimy z Cześkiem.

Okazało się, że kiedyś w tym domku prowadził bar, ponadto na początku lat dziewięćdziesiątych otworzył w Sighisoarze pierwszy w Rumunii Hostel. Hostel niestety już nie istnieje, ale istnieje wiele wspomnień jego gospodarza, o których mówi bez końca dając do zrozumienie że tęskni za tymi czasami. Obecnie jest bezrobotny i narzeka na ciężką sytuację na rynku pracy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak w ogóle to Czesiek jest z pochodzenia Węgrem i ogólnie interesującą postacią. Jest też jedną z tych osób, które zagadają cię na śmierć:P Oddaliliśmy się aby się odświeżyć i przygotować do wyjścia na miasto.

W tym czasie Czesiek poszedł pogadać z sąsiadem, który bez zastanowienia zgodził się przenocować nasze motocykle na swoim podwórku za wysokim solidnym płotem. Właściwie to był syn sąsiadów i następnego dnia rano wyjeżdżał do pracy do Niemiec, a jego rodziców nie było ale co tam:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dojście do głównej atrakcji Sighișoary, czyli cytadeli zajęło nam nie więcej niż piętnaście minut spokojnym spacerkiem. Cytadela to tak naprawdę ścisła część miasta na niewielkim wzgórzu otoczona starymi murami. Wejścia do środka strzegą ufortyfikowane bramy z solidnymi drewnianymi okutymi wrotami.

Najbardziej charakterystyczną i rozpoznawalną budowlą jest masywna 64-metrowa kamienna wieża z zegarem, uwieńczona szpiczastą koroną mieniącą się jak paw kolorowymi dachówkami. Podobno jej mury mają ponad 2,3 metra grubości.

Wieża ta broni głównego wejścia do starego miasta. Pochodzący z połowy XVII wieku zegar umieszczony w jej „głowie” ozdabiają ruchome figurki wykonane z drzewa lipowego, ale nie ma lipy:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Właśnie przez nią dostajemy się na niewielki placyk, przy którym stoi słynny dom, w którym mieszkał Vlad Dracul. Obecnie znajduje się tu nietania restauracja, co jednak nie zniechęca zagranicznych turystów zwabionych historiami o wampirach. Idąc dalej dochodzimy do głównego placu starego. Sporych rozmiarów rynek otoczony jest zadbanymi kolorowymi kamieniczkami, których dolne piętra zamieniły się w restauracje, kafejki i sklepiki z dość gustownymi pamiątkami.

Jest gdzie usiąść, zjeść i napić się piwka, jednak stosunek cena do jakości mówi nie przepłacaj. Wiele okien przyozdabiają donice z barwnymi kwiatami. Jedną z kamieniczek przeszywa podwójny tunel prowadzący do kolejnej uliczki. Utrzymany jest wiekowy charakter kamieniczek, świadczy o tym ich różnorodność, krzywe ściany, niewielkie okna wyposażone w okiennice, grube mury i ciekawe kute szyldy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zobaczyć też można naścienne malowidła jak na przykład jelenia, którego cielsko wymalowane jest na ścianie, a wyrzeźbiona głowa z dorodnym porożem wystaje z narożnika kamieniczki.

Choć obszar cytadeli jest niewielki, to wąskie często nachylone uliczki ze ścisłą kolorową zabudową tworzą spójną magiczną całość. Mimo, że cały kompleks da się obejść wzdłuż i w szerz w zaledwie pół godziny, to nikt tu się nie spieszy lecz w zadumie delektuje atmosferą. W południowo-zachodniej części cytadeli znajduje się zielone wzgórze, którego stoki nie zostały zabudowane i pokrywa je gęsta roślinność.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do stojącego na szczycie kościoła i szkoły prowadzą 172 stopnie. Nie są to jednak zwyczajne schody. To jakby tunel w całości zbudowany z pociemniałego już drewna, wspinający się w linii prostej po zboczu, wśród zielonej puszczy. Zapach drewna, promienie światła prześwitujące przez szpary między deskami, miękkość stopni i grajek szarpiący za struny przy wyjściu, dodatkowo nadają uroku temu miejscu. Kościół na wzgórzu zbudowany został na ruinach Rzymskiego fortu i można w nim oglądać ponad pięćsetletnie freski.

Będą w Sighișoarze koniecznie trzeba wybrać się na nocny spacer! Powtarzam, koniecznie! Większość budynków i budowli jest wspaniale podświetlona, a mrok opustoszałych uliczek rozjaśniają ciepłym żółtym światłem stare wiszące latarnie. To chyba najbardziej romantyczne miejsce w jakim byłem:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec wieczornego spaceru udaliśmy się do restauracji na dolnym starym mieście, czyli już poza murami. Trzeba pamiętać, że ono również jest bardzo klimatyczne choć łudząco podobne to tych w Brașovie czy Sibiu. Restauracja „La Perła” znajduje się na placu Hermann Oberth, tym samym z którego ulicą Wieżową dojedziemy do głównej bramy cytadeli.

Bogata narożna kamienica z dwiema wieżami i szeroką markizą przykrywającą letni ogródek. Był bardzo ciepły wieczór i postanowiliśmy zaszaleć, bo restauracja, choć była pizzerią, wyglądała na dość ekskluzywną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miły kelner podał menu i kartę trunków. Pizza okazała się być przepyszna i wysokiej jakości, a ceny śmiesznie niskie, więc mimo piwa które już chłeptaliśmy, zamówiłem deser. Rumuńska Brendy, albo koniak jak kto woli, mistrzostwo świata. Piękny ciemno-bursztynowy kolor, słodki zapach unoszący się z wnętrza pękatego kieliszka, delikatny intensywny smak owoców z nutką czekolady… za jedyne 7PLN! Jestem w niebie. Jestem w bajce.

(Dalszy ciąg podróży znajdziecie we wpisie “Maramureş, zielono i wiejsko”)

Data wizyty: lipiec 2012r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s