Belgrad, Jugosławia w pigułce

Mimo, że odległość z Novego Sadu do Belgradu wynosi niecałe sto kilometrów, to podróż rozklekotanym, ponurym pociągiem dłużyła nam się w nieskończoność. W końcu wyskakujemy na peron i udajemy się w te pędy do informacji turystycznej dosłownie pięć minut przed zamknięciem. Zapytaliśmy o pole namiotowe, o którym przeczytałem w przewodniku. W sumie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego, ale przynajmniej pani wskazała nam miejsce, z którego odchodzą autobusy do Zemun. Z niewielkiego placu, akurat odjeżdżał pasujący nam autobus i w ostatniej chwili wskoczyliśmy na pokład. Kierowca najpierw zażądał 120 dinarów, ale zanim je wygrzebałem zmienił zdanie i przewiózł nas za friko. „Bałkany”, pomyślałem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zapadał zmrok w nieznajomym mieście, a na dodatek zaczął padać deszcz. Na nasze nieszczęście okazało się, że pole namiotowe jest daleko od centrum, szczerze mówiąc to nie wiem po co się tam pchaliśmy, szczególnie w taką pogodę. Jedziemy i jedziemy, skończyły się zabudowania i za oknem tylko czarna mokra plama błyskająca kroplami deszczu. Nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jesteśmy, przez co wysiedliśmy dwa przystanki za wcześnie.

Idziemy więc tym ciemnym odludziem w strugach deszczu i znów mamy fart. Para Francuzów jadących na kamping lituje się, bierze nas ze sobą i zaoszczędza półgodzinnego marszu. Niestety pole namiotowe „Dunav” pozostawiało wiele do życzenia, warunki były spartańskie. Jego atutem miało być położenie tuż nad brzegiem Dunaju, ale niestety było od niego odgrodzone starym płotem z drucianej siatki. Każdy z was wie, że rozkładanie namiotu w deszczu, a potem wchodzenie do niego w mokrych ubraniach nie jest fajne. W nocy oprócz natrętnych świerszczy, hałasowały silniki rzecznych barek, które chyba nam na złość przepływały obok co kilkadziesiąt minut.

***

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Udało się doczekać poranka. Dalej leje. Planowaliśmy wyruszyć o 9:00, a była już 12:10. Może uda się dotrzeć do hostelu na wodzie, który jest gdzieś w połowie drogi między Zemun, a centrum Belgradu. Szybki ciepły prysznic miał tylko dwie zalety, był szybki i ciepły. Deszcz lekko zelżał, czym zmobilizował nas do zwinięcia maneli. Mili Francuzi mieli podwieźć nas do hostelu, ale z braku dobrej mapy wylądowaliśmy w centrum. Stamtąd na piechotę, wróciliśmy przez most do zachodniej części miasta. Deszczyk zelżał, ale nie dawał jeszcze za wygraną.

Zeszliśmy schodkami do rozległego zielonego parku graniczącego z wodą. To tutaj rzeka Sava łączy się z Dunajem, a na środku tego osobliwego skrzyżowania znajduje się ogromna zielona, lecz nie zamieszkana wyspa. Przy brzegu rzeki, na długości ponad trzech i pół kilometra między mostem Brankova a Zemun’em, zacumowane są rozmaite konstrukcje. Kilkadziesiąt, pływających restauracji, domów, statków i barek przekształconych na nocne kluby muzyczne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Idziemy i dojść nie możemy, mijamy ulokowane w parku muzeum sztuki współczesnej i skwerek przyjaźni… tylko czyjej myślę sobie. Dopiero gdy doszliśmy do monumentalnego betonowego gmaszyska, które dominowało nad parkiem, domyśliłem się o czyją przyjaźń chodziło:P Rządowy kolos w kształcie litery „H” jest największym budynkiem w Serbii, a za czasów Jugosławii znajdowało się tam Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Strasznie nam się ten marsz dłużył, a plecaki stawały się coraz cięższe i coraz bardziej mokre, przez co mieliśmy wrażenie jakbyśmy przeszli już z dziesięć kilometrów. W końcu asfaltowa ścieżka rowerowa doprowadziła nas do upragnionego celu. Na pokład weszliśmy po wąskim trapie. Biały statek wycieczkowy, trochę większy od tych pływających na Odrze we Wrocławiu, tak właśnie przeżywał swoją starość – jako Hostel. Do jednej z burt cumował, mały tramwaj wodny i barka, na której urządzony był bar na świeżym powietrzu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bardzo klimatyczne miejsce na nocleg. Wystrój naszej dwuosobowej kajuty pozwolił nam się przenieść w czasy głębokiego PRL’u. Było jednak czysto i schludnie. Na dolnym pokładzie znajdował się również mała knajpka, do której niezwłocznie się udaliśmy. Ku naszemu zadowoleniu okazało się że serwują tutaj pyszne piwko własnej produkcji i to za jedyne 75 dinarów, czyli około 1 euro. Od kiedy jesteśmy w Serbii, wszyscy napotkani przez nas ludzie, którzy słyszeli jak mówimy po Polsku, pytali czy jesteśmy Rosjanami. Facet podający nam piwo, dowiedziawszy się, że jednak nie jesteśmy Rosjanami, z nieznanych nam przyczyn szczerze się uradował.

No ale nie przyjechaliśmy tu siedzieć na tyłkach, więc po krótkim odpoczynku udaliśmy się na szybki rekonesans miasta. Cały czas siąpił deszcz, co sprawiło że miasto wyglądało ponuro i szaro. Właśnie tak wyobrażałem sobie Jugosławię pełną szarych betonowych budynków, ponurą, której ulicami mkną stare auta z Zastavą i Yugo na czele.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mimo wszystko panuje tu przyjazny klimat i jest kilka ciekawych rzeczy do zobaczenia. To właśnie w Belgradzie jedliśmy pierwsze w życiu ćevapčići (czewapcziczi), co prawda po Sarajewsku, ale jednak. Doprawione mielone mięso formuje się w krótkie balaski i grilluje na ogniu, a w wersji bośniackiej wsadza do somun czyli placka w rodzaju pity i dodaje siekaną cebulę oraz pomidory. Od tej pory to danie stało się naszym ulubionym i w różnych formach jedliśmy je właściwie w każdym kraju na Bałkanach.

Po smakowitym obiadku udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do naszej oddalonej o dwa kilometry kajuty, oczywiście przed snem zdążyliśmy jeszcze wypić po dwa browarki w pokładowej knajpie.

***

Rankiem pogoda wciąż była niepewna, ale chwilowo nie padało, więc by nie marnować czasu po szybkim prysznicu, bez śniadania ruszyliśmy zwiedzać. Tym razem skierowaliśmy się do Zemun. Miasteczko na wzgórzu do 1934 roku należało do Węgier, dzisiaj stanowi jedną z dzielnic Belgradu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Charakterystyczną ceglaną wierzę dostrzec można z wielu miejsc wschodniego brzegu Savy, ale najlepszy widok rozpościera się z belgradzkiej twierdzy. Ruszyliśmy wzdłuż Zemunskiej Kei, mijając kolejne pływające dyskoteki i wypasione kluby z jacuzzi. Kawałek dalej widoczek, który często przedstawiany jest na pocztówkach z Belgradu. Dziesiątki maleńkich kabinowych łódeczek, zacumowanych na całej szerokości rzeki. Naprawdę bajkowy obrazek.

XIX wieczna starówka Zemun jest bardzo urokliwa, małe domki przytulają się do siebie po obu stronach pnących się w górę brukowanych uliczek. Panuje tu małomiasteczkowa atmosfera, zupełnie inna niż na starówce Belgradu. Zapach świeżego pieczywa zwabia nas do miejscowej piekarni, gdzie pani piekarzowa właśnie wyłożyła cieplutkie wypieki i bardzo zachwalała.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wzięliśmy dwa burki z mięsem i coś co wyglądało jak wielki okrągły placek z ciasta francuskiego nadziewany lekko kwaskowatym białym serem, a sprzedawany był w trójkątnych kawałkach jak pizza. Jak się okazało to drugie też jest burkiem tylko innego kształtu. Tak w ogóle to burki są genialne i warto pojechać na Bałkany nawet tylko dla nich:) Kochamy burki, a najlepiej smakują z kefirem:)

Z zapakowanym na wynos śniadankiem wdrapaliśmy się na wierzchołek wzgórza pod samą wieżę. Okazało się jednak, że budowla jest w bardzo słabej kondycji, szyby powybijane, a na murze widoczne wyraźne ślady okopcenia po pożarze. Zza drucianej siatki groźnie warczały trzy rosłe psy. Zastanawiam się dlaczego wieża nie została odrestaurowana, ciekawe czy to dlatego, że jest symbolem węgierskiej dominacji sprzed lat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znaleźliśmy ławeczkę i z wielką satysfakcją rwaliśmy kawałki burków popijając kefirem, nawet teraz po latach cieknie mi ślinka. Na wzgórze warto wspiąć się przede wszystkim dla widoku. Widać stąd zarówno dachy starówki w Zemun pokryte zmurszałą dachówką, jak i genialną panoramę szerokiego Dunaju i Savy z ławicami kolorowych łódeczek. Widać też wielką wyspę oraz zabudowania Belgradu w tle.

Z Zemun do centrum jest jakieś siedem kilometrów więc postanowiliśmy pojechać autobusem. Belgrad jest dość zróżnicowany architektonicznie, co widać na pierwszy rzut oka. Podzieliłbym jego przestrzeń miejską na cztery części. Pierwsza to Zemun ze swoim klimatem niewielkiego miasteczka przełomu XIX i XX wieku. Druga część to, powstała za panowania Tito, dzielnica Novi Beograd w której dominuje beton, blokowiska i szerokie arterie. Da się tutaj zauważyć smaczki późnego modernizmu i brutalizm, oznaczający surowość.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znakomitym przykładem tego ostatniego jest dziwaczny budynek Genex Tower zwany „Zachodnią Bramą Belgradu”. Dwa wysokie betonowe bloki połączone u góry kilkupiętrowym mostkiem, całość zaś zwieńczona jest obrotową restauracją w kształcie latającego spodka. Ta 140-metrowa budowla wpisała się już na stałe w krajobraz miasta i wita przybyszów nadjeżdżających autostradą od zachodu.

Trzecia część to centrum gdzie zmiksowane są różne style od XIX wiecznego neoklasycyzmu do XX wiecznych koszmarków epoki Jugosławi. Nie ma zbyt wiele budynku starszych niż sto kilkadziesiąt lat ze względu na liczne wojny. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że te rejon ten pozostawał we władaniu Turków aż do 1878 roku!

Wyskoczyliśmy z autobusu w bliżej nieokreślonym miejscu i udaliśmy się na główny deptak Belgradu czyli Knez Mihailova. Jest to prestiżowa ulica handlowa przy której stoją okazałe kamienice i rezydencje zbudowane po odejściu Turków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Charakterystycznym miejscem jest fontanna, na małym placyku otoczona z jednej strony bogatymi w zdobienia kamienicami, a z drugiej socjalistyczną architekturą nudy. Ta ulica to kontynuacja najstarszego traktu rzymskiego gdy miasto nosiło jeszcze nazwę Singidunum. Właśnie tym deptakiem dochodzimy do najstarszej i ostatniej w mojej wyliczance części miasta czyli twierdzy Kalemegdan.

Moim zdaniem to najciekawsza budowla w Belgradzie. Jest naprawdę ogromna, ulokowana na niewielkim wzgórzu przy ujściu Savy do Dunaju. Wielokrotnie przebudowywana, kryje w sobie kilka atrakcji. Głębokie fosy i wzmacniane czerwoną cegłą wały i kazamaty to efekt przebudowy przez Austryjaków. Część fortyfikacji przypomina kamienny zamek z wieżami i mostem zwodzonym, część pałac, jeszcze inna park. Znajduje się tu otwarte muzeum artylerii z wieloma ciekawymi eksponatami w tym polską „Tankietką” oraz zoo. Są też obiekty sportowe i amfiteatr koncertowy.

Po środku głównej twierdzy stoi wyremontowany biały szachulcowy budynek zapewne z czasów tureckich. Jednak największą atrakcją kompleksu jest genialny rozległy widok z tarasu na murach twierdzy. Na pierwszym planie wielka zielona wyspa, barki zacumowane na Savie i szeroki zbełtany Dunaj. Dalej Novi Beograd ze swoim latającym spodkiem i betonem, a hen daleko dostrzec można ceglaną wieżę w Zemun.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z twierdzy skierowaliśmy się na ulicę Kralja Petra gdzie pod numerem 6 ulokowana jest najstarsza tawerna w Belgradzie. „Kafana Znak Pitanja” czyli po prostu „Kawiarnia Znak Zapytania” liczy sobie prawie dwieście lat i jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji miasta. W 1892 roku, nowy właściciel chciał zmienić nazwę na „Katedralna” lecz władze kościelne wyraziły sprzeciw, a w związku z przeciągającą się dyskusją na kawiarni zawisł znak zapytania. I tak już zostało, nazwa się przyjęła i nad wejściem do dzisiaj wisi stara latarnia z namalowanym „?”.

Wnętrze wygląda na oryginalne, z przewagą ciemnego drewna. Siedliśmy na niskich grubo ciosanych drewnianych zydelkach, przy małym drewnianym stoliku. Z racji ilości gości kelner uwijał się jak w ukropie i nie starczało mu czasu na uprzejmości. Podobno podają tu świetną kawę, więc nie tracąc czasu zamówiliśmy dwie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy zestaw składający się z okrągłej miedzianej tacki, a na niej tygielek z zagotowaną kawą, szklaneczka z wodą i mała pusta filiżaneczka na której spodeczku leżała jakaś galaretka nabita na wykałaczkę. Kawę należy przelać z tygielka do filiżanki i koniecznie wrzucić dwie lub nawet trzy kostki cukru. Galaretka w sumie nie wiem po co bo i tak nie ma smaku:P Dopiero później dowiedzieliśmy się że tak podawana kawa to kawa po Bośniacku. Zapewne spuścizna po Turkach.

***

Jedną z ciekawych atrakcji jest niewątpliwie katedra Św. Savy, do której spacerek od głównego deptaku zajmuje nie więcej niż 25 minut prostą jak strzała ulicą. To największa cerkiew prawosławna na świecie, ponadto znajduje się w dziesiątce największych świątyń ever. Jej budowa rozpoczęła się w 1985 roku i jest w całości finansowana z datków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do roku 2009 została wykończona z zewnątrz białym marmurem, wprawiono również witrażowe okna i dopieszczono kopuły. Przez otwory wejściowe, bo drzwi nie zostały jeszcze zamontowane, zajrzeliśmy do środka. Wnętrze zieje golizną betonu, panowie pędzą z taczkami po drewnianych pomostach, ale przestrzeń i tak robi wrażenie.

***

Do centrum postanowiliśmy wrócić komunikacją miejską. W jednym z podziemnych przejść zauważyliśmy malutki punkt informacji turystycznej i postanowiliśmy zapytać gdzie warto pójść skosztować tradycyjnej Serbskiej kuchni. Zazwyczaj w takich przypadkach ludzie kierują turystów do drogich eleganckich restauracji, bo w sumie tylko one podają tradycyjne dla danego kraju potrawy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdyby we Wrocławiu obcokrajowiec spytałby mnie o tradycyjną polską kuchnię czyli bigos, pierogi, schabowy, żurek to też pewnie wysłałbym go do eleganckiej restauracji w rynku, bo tylko one serwują takie dania. W naszym przypadku ta reguła również się sprawdziła. Miła pani wręczyła nam mapkę i zaznaczyła dwie restauracje na ulicy Skadarlija.

Jak się za chwilę okazało jest to najbardziej niezwykła ulica w centrum Belgradu. Mimo, że nie jest dłuższa nić 400 metrów, stanowi swoistą oazę wśród wielkomiejskich przytłaczających budowli. Uważana jest za mekkę artystyczną, w kolorowych niewielkich kamieniczkach mieszkali malarze, pisarze i poeci. Uroku, brukowanej otoczakami zakrzywionej uliczce, dodają stare latarnie i ławeczki. Panuje tu spokój i miła atmosfera odpoczynku, można zajrzeć do galerii sztuki, jest nawet mały browar.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W wielu kamieniczkach znajdują się hotele i słynne z tradycyjnej kuchni restauracje, z których najbardziej znane to „Trzy Kapelusze”, „Dwa Jeleni” i „Złoty Kielich”. Już od wejścia chwalą się gośćmi, którzy odwiedzili ich progi. Był tu Alfred Hitchcock, Jimi Hendrix, George H. W. Bush i Josip Broz Tito.

Nie byliśmy ubrani zbyt wyjściowo, ale ulokowaliśmy się w jednej z restauracji. Bogate wnętrze, zdobienia sufitów i obrazy na ścianach, a wszystko okraszone bałkańską muzyką graną na żywo. Klimat trochę jak „U Fukiera” na warszawskim rynku. Siedliśmy na cwaniaka, a kelner podał menu. Spoceni w naszych byle jakich T-shirtach baliśmy się, że pobrudzimy obrus idealnie zastawionego stołu.

Nie dokładnie pamiętam co zamówiliśmy, ale były to na pewno różne rodzaje grillowanego na ogniu mięsa i warzyw, głównie słodkiej papryki. Niezbyt to wykwintne, ale za to tradycyjne, świeże i przepyszne. Oczywiście bez piwka się nie obyło. Baliśmy się zajrzeć na rachunek, ale co tam. Czasem można zaszaleć w końcu 40 złotych od głowy za taki klimat… było warto. Powoli zapadał zmrok i ciepłe żółte światło latarni zalało uliczkę Skadarlija.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Wstaliśmy przed 6:00 rano, bo wcześniejszego wieczora postanowiliśmy jechać porannym pociągiem o 7:20 do Nis’u. Z przezorności chcieliśmy wcześniej zapłacić za nocleg, ale właściciel powiedział, że on tu jest od rana, bo śpi w jednej z kajut i jest spoko ekstra. Niestety przeceniłem jego angielski i okazało się, że jedynymi osobami na pokładzie które są na nogach jesteśmy my.

Niestety nie mogliśmy zostawić kasy i się zmyć bo facet miał nasze paszporty. Nie wiedzieliśmy do którego pokoju zapukać. Jest 7:40, czyli już dawno spóźniliśmy się na pociąg. Chodzę po statku i szukam, sam nie wiem czego. Irytująca sytuacja. Na jednej z cumujących do naszego hotelu barek, znalazłem otwarty bar z pełnym asortymentem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pobiegłem szybko po Kubę i już po chwili leczyliśmy zszargane nerwy pyszną darmową Rakiją. Tradycyjny serbski bimber z owoców, najpierw śliwowica, potem morela, jabłko i moja ulubiona gruszkówka:P Troszkę nas to odprężyło.

Postanowiliśmy pójść do sklepu po śniadanie, a gdy wróciliśmy po ósmej wszyscy dalej smacznie spali. Zatem i my poszliśmy na godzinkę w kimę. Później okazało się, że koleś spał dwa pokoje dalej. Okrutny świat:P

Dalszy ciąg podróży we wpisie “Niš, rakija i czaszki

Data wizyty: lipiec 2008r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s