Niš, rakija i czaszki

W 272 roku urodził się tutaj Konstantyn Wielki, tak to on utworzył stolicę Cesarstwa Wschodniego w Konstantynopolu. To również on był pierwszym rzymskim cesarzem, który zezwolił na praktykowanie chrześcijaństwa, a następnie ochrzcił państwo. W tym miejscu mógłbym zakończyć opis Niszu, bo jak dla mnie miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania. No ale liczą się ludzie, którzy byli przemili i perypetie które nam się wydarzyły, więc postarałem się coś sklecić, będzie jednak krótko.

Zaczęło się od tego, że w Belgradzie z racji nieporozumienia z szefem hostelu spóźniliśmy się na poranny pociąg. Później twardo przez trzy godziny próbowaliśmy wydostać się do Niszu autostopem, ale nasze starania spełzły na niczym i z rogatek miasta wróciliśmy na stację kolejową Belgrad Główny. Mieliśmy fart bo do odjazdu pociągu zostało zaledwie pięć minut. Tym oto sposobem do celu naszej dzisiejszej podróży dotarliśmy po dziewiętnastej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Spacerkiem udaliśmy się do centrum, a dalej do twierdzy, w której znajduje się informacja turystyczna. Zdążyło się już ściemnić, a my pocałowaliśmy klamkę. Tym razem jednak przydał się przewodnik, w którym na małej schematycznej mapce wypatrzyliśmy symbol hostelu. Był bliżej niż się spodziewaliśmy, zaledwie dwieście metrów od kamiennej bramy twierdzy. Na ulicach pusto.

Naciskamy guzik domofonu, charakterystyczne „bzzzzz” zezwala na otwarcie drzwi. Po schodach do recepcji, gdzie wita nas sympatyczny koleś z brodą. Ucinamy sobie standardową pogawędkę z serii „Skąd jesteście”, „Dokąd jedziecie” i lokujemy się na jednym z piętrowych łóżek w przestronnym jasnym pokoju. Pierwsze wrażenia z hotelu „Niš” bardzo pozytywne, wszystko nowe i świeże, Internet jest, ciepła woda jest, nic więcej nie potrzeba. No może poza dobrym alkoholem, ale i to się znalazło kiedy właściciel wyjął z lodówki gruszkową rakiję. Prawdziwa, mocna jad diabli, domowej roboty pędzona przez serbskiego dziadka i w ten sposób gawęda przeciągnęła się do późna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nisz ma właściwie tylko trzy atrakcje i nie będę niesprawiedliwy mówiąc, że wszystkie są słabe:P Zostawiliśmy plecaki w hostelu i ruszyliśmy do, zachwalanej przez przewodnik Bezdroży, „Cele Kula” czyli wieży czaszek. Skusiła nas ciekawa historia. W 1809 roku Serbowie podczas rebelii przeciwko, okupującemu te tereny, Imperium Osmańskiemu stoczyli pod Niszem beznadziejną walkę przeciw trzykrotnie większym siłom wroga.

Podobno serbski dowódca w obliczu nadchodzącej klęski wysadził prochownię zabijając trzy tysiące swoich żołnierzy i dwukrotnie więcej Turków. Dowódca wojsk osmańskich miał specyficzne poczucie humoru. Nakazał pozbierać ciała zabitych Serbów z pola walki , następnie obedrzeć je ze skóry a z prawie tysiąca czaszek wybudować wierzę, która ustawiona przy drodze na Stambuł miała służyć ku przestrodze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale to nie koniec, podobno wypchane bawełną skóry z ludzkich głów zostały wysłane do sułtana jako dowód zwycięstwa. Tak się kiedyś chłopaki zabawiali. Zachęceni i zaintrygowani tą historią nakręciliśmy się na tyle, że poszliśmy piechotą. Było gorąco, nogi nas bolały, a okolica nudna. „Lepiej żeby to było warte półgodzinnego marszu”, rzuciłem do Kuby.

Przy samej ulicy zobaczyliśmy niewielki park, a w nim małą białą kapliczkę. Ale gdzie ta wieża? Zapowiadało się słabo. Za drobną opłatą weszliśmy do środka i zobaczyliśmy ją. Cóż za rozczarowanie. Przed nami sześcian o wymiarach trzy na trzy metry, wyglądający jak cementowa kostka po przejściach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na każdej ze ścian zaledwie kilka czaszek. Podobno do czasu obudowania wieży kapliczką, czaszki odpadły, albo zostały pochowane przez rodziny żołnierzy. No cóż, gdybym nie znał historii tej budowli to uznałbym ją za niewartą uwagi. Nie umywa się nawet do kaplicy czaszek w Czermnej pod Kudową.

***

Pod murami twierdzy znajduje się duże zadaszone targowisko. Zbliżała się pora lunchu więc ruszyliśmy między stragany w poszukiwaniu jakichś owoców. Jak przystało na Serbię, najpopularniejszym towarem jest tu papryka, a mają jej chyba ze sto rodzajów. Małe, duże, krótkie, długie, smukłe, pękate, we wszystkich kolorach tęczy. Wyglądają i pachną smakowicie, my jednak skusiliśmy się na dojrzałego żółtego melona.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na przylegającym do targowiska „dworcu” PKS, sprawdziliśmy godziny odjazdów autobusów do Skopje i udaliśmy się na spacer po twierdzy. No cóż, ta atrakcja również nie powala. Mimo, że teren jest dość rozległy to wygląda raczej jak wielki park otoczony kamiennymi murami.

W środku znajdziemy kilka budynków wzniesionych za panowania Turków i rzymskie lapidarium, ale szczerze mówiąc nie ma się czym podniecać. Ewakuowaliśmy się z twierdzy i ruszyliśmy na podbój starego miasta, które jest trzecią i ostatnią wątpliwą atrakcją Niszu. Właściwie to powinienem powiedzieć centrum, ewentualnie główny deptak, bo stare miasto w tym wypadku tu nie pasuje. Po przejściu przez most nad Niszawą, by szerokim deptakiem dojść do wybrukowanego czerwoną i czarną kostką placu z pomnikiem faceta na koniu.

???????????????????????????????

Ciężko oddać klimat tego miejsca. Porównałbym ten plac do takiej trójwymiarowej pocztówki, na której obrazek zmienia się w zależności od kąta pod jakim patrzymy. Gdy spojrzymy na zachód widzimy niskie kamieniczki z piekarnią, w której serwują najlepsze burki w mieście. Wystarczy jednak obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni by ujrzeć szarą brudną architekturę lat siedemdziesiątych. Nad placem dominuje wysoki i okropnie brzydki hotel „Ambasador”, który wraz z domem handlowym po drugiej stronie ulicy tworzy klimat rodem z PRL’u.

Przejściem podziemnym przedostajemy się na dalszą część deptaku, gdzie rozstawione są liczne ogródki lokalnych imprezowni. Naszą uwagę zwraca ciekawe połączenie szkła i starej architektury. Kilkadziesiąt metrów dalej przy rzeźbie dwóch facetów i psa siedzących przy stole, skręcamy w wąską uliczkę. Po jej obu stronach jedna przy drugiej mieszczą się knajpki, bary i kluby. Taki miejscowy pasaż Niepolda:P

5

Do ciekawostek Niszu należy dodać procedurę wejścia na teren dworca. Otóż przy zakupie biletu otrzymaliśmy metalowy żeton. Należy go wrzucić do automatu przy bramce, aby ta wpuściła nas przez niewysokie ogrodzenie, które z łatwością można przeskoczyć. Patent jednak zdaje egzamin bo na peronach tłoczą się jedynie podróżni z biletami.

Tutaj pierwszy raz spotykamy się z praktyką stosowaną właściwie na całych Bałkanach. Kierowca biorąc od nas bagaże zażądał 40 dinarów, jak się okazało bilet z kasy jest tylko na przejazd. O dziwo, autobus choć nie nowy to bardzo zadbany i czysty w dodatku klimatyzowany. Ostatnie spojrzenie przez szybę na ulice Niszu. Następny przystanek – Macedonia!

Dalsza część podróży we wpisie “Skopje, beton i osmańska starówka

Data wizyty: lipiec 2008r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s