Ochryda, „Bułgaria lat 80-tych”

Znów liczyliśmy na łut szczęścia, stojąc z wystawionym kciukiem na zakurzonym poboczu wąskiej acz ruchliwej drogi. Jeden po drugim zatrzymywały się obok nas małe busiki relacji Skopje – Ohrid i przez gwałtownie otwierające się drzwi kierowcy zachęcali dynamicznymi gestami do wejścia na pokład. Szkopuł w tym, że nawet gdybyśmy chcieli wydać 5 Euro na bilet to i tak w środku nie było dla nas miejsca, nie mówiąc już o naszych plecakach. Busiki pękały w szwach i nie było nawet gdzie stanąć, a perspektywa jazdy z nosem przyklejonym do przedniej szyby w przeładowanym pojeździe i trzydziestostopniowym upale raczej nas nie zachęcała.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak zwykle opłaciło się trochę poczekać i już po chwili siedzieliśmy w klimatyzowanym busie, będąc jedynymi pasażerami nie licząc kierowcy i jego wspólnika. Chłopaki za darmoszke podwieźli nas do bramek autostrady. Po kilku minutach zajechał obok nas samochód oczywiście na szwajcarskich blachach. W środku przesympatyczni rodowici Szwajcarzy z Macedonii:P Podobnie jak w Turcji, rodowici Niemcy z czarnymi wąsami:P Ojciec i syn. Z pierwszym dogadujemy się łamanym niemieckim, z drugim zaś łamanym angielskim. Synek bardzo zabawny, dość masywny, wylansowany, mówi że ćwiczy boks i chce mieć Audi A7.

Kilka kilometrów dalej, biorą jeszcze na stopa jakiegoś miejscowego dziadka. Autostop jest tu dość powszechny. Na jednej z przełęczy zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze na kawkę i burka, a ojciec uznał za punkt honoru żeby za nas zapłacić. Zapewniał, że Macedończycy to bardzo gościnny naród i że nie mamy się tu czego obawiać. Niestety niebawem musieliśmy się z nimi pożegnać i utknęliśmy na jakiś czas w miasteczku Kicevo.

Natrętni taksówkarze nieustannie podchodzili do nas i proponowali transport do oddalonego o 65 kilometrów Ohrid. Cena schodziła w dół, ale my mieliśmy twarde postanowienie, że za więcej niż 4 Euro nie jedziemy. W końcu podjechała do nas taksówka z młodym mówiącym po angielsku pasażerem i kierowca przystał na naszą stawkę. Na koniec wycieczki dostaliśmy jeszcze po nektarynce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jakiś miły, napotkany na ulicy człowiek pokierował nas do czegoś w rodzaju informacji turystycznej gdzie zaopatrzyliśmy się w poglądową mapkę okolicy. Upatrzony wcześniej kamping „Gradishte” znajduje się na wschodnim brzegu jeziora, 15 kilometrów od centrum miasta. Bez trudu odnaleźliśmy przystanek busów, które co kilkanaście minut wiozły miejscowych i turystów na plażę w pobliżu naszego kampingu. O dziwo, okazało się że są dwa rodzaje busów miejski za 60 i prywatny za 80 denarów. Oczywiście poczekaliśmy na ten tańszy:P

Dotarliśmy na recepcję, gdzie miły pan wyglądający na ostrego imprezowicza spisał nasze dane i dał jakiś numerek. Nie wiedzieliśmy jeszcze ile tu zostaniemy, ale to panu nie przeszkadzało i powiedział, że zapłacimy przy wyjeździe. Zeszliśmy głównym traktem w stronę jeziora, bo kamping położony jest nad samiuśkim brzegiem. Przed nami rozpościerał się piękny widok na spokojną błękitną wodę, długą plażę szczelnie wypełnioną ludźmi i wysokie zielone góry w tle. Zapragnęliśmy natychmiast wbiec do jeziora, ale postanowiliśmy najpierw zrobić rekonesans.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przeszliśmy przez część kampingu gdzie w cieniu drzew stały dziesiątki przyczep kampingowych zagospodarowanych jak domki letniskowe. Były wieśniackie plastikowe płotki, stoliki, krzesełka, parasole, grille, dmuchane baseniki i imitujące trawę wykładziny. Wygląda na to, że ludzie spędzają tu cały letni sezon. Znalazł się nawet jeden samochód z Polski. Gdy dotarliśmy do pola namiotowego, okazało się że tam również cienko z miejscem.

W sumie nie ma się czemu dziwić, jesteśmy w najbardziej popularnym, bo jedynym, miejscu wakacyjnego wypoczynku całej Macedonii. Jezioro Ochrydzkie to największe i najgłębsze jezioro na Bałkanach oraz najstarsze na całych świecie. Trzy razy większe niż Śniardwy i trzy razy głębsze niż Hańcza. W dodatku znajduje się prawie siedemset metrów nad poziomem morza i otoczone jest pięknymi górami. Zasilane jest podziemnymi źródłami, a wypływa z niego tylko jedna rzeka. Ze względu na kamieniste wybrzeże woda jeziora jest krystalicznie czysta, a w zależności od głębokości mieni się odcieniami niebieskiego i błękitu z turkusem włącznie. Brakuje tylko palm.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zmęczeni upałem i bezowocnym szukaniem miejscówki na nasz skromny namiot z Tesco, zrzuciliśmy plecaki i ochłodziliśmy nasze ciała, od wewnątrz… piwkiem. Wyostrzone zmysły od razu zauważyły stojącego nieopodal Land Rovera na poznańskich blachach i postanowiliśmy zagadać do jego właścicieli. Tak zaznajomiliśmy się z rodzinką 2+1 , która wracała właśnie z off-road’owej wycieczki po Albanii. To od nich usłyszeliśmy najbardziej trafny opis panujących tu warunków „Bułgaria lat 80-tych”. Co prawda żaden z nas nie był wtedy w Bułgarii, ale po kilku godzinach i obchodzie całego kampingu zrozumieliśmy o co im chodziło.

Najciekawszym zjawiskiem, niewątpliwie wartym opisania był stan sanitariatów, które bez krzty przesady można by nazwać „sralnio-szczalniami”. Otóż, jak to bywa w życiu czasem trzeba pozbyć się zbędnego balastu i w tym celu udałem się do pawilonu oznakowanego literami „WC”. Nie powiem, z zewnątrz nic nie wskazywało na to co się tam dzieje. Pisuar działał bez zarzutu, niestety ktoś zapomniał podłączyć rurę odprowadzającą i złoty płyn lał się prosto pod nogi klienta. Co piętnaście minut przychodziła pani ze szlauchem i obficie zmywała wykafelkowaną podłogę. Cztery kabiny i ciężkie chyba blaszane, malowane olejną, drzwi. Brak klamek mnie nie odstraszył, przecież to nic wielkiego bo w kiblu na dworcu PKP w Gliwicach też ich nie ma:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Uchylam pierwsze drzwi, dziura w stylu wschodnim czyli na Małysza i to akurat zaleta, ale na tym zalet koniec. Z dziury wystaje czterdziestocentymetrowej wysokości brązowa „wieża Babel”, wrażenia wzrokowe spotęgowane zostały doznaniami węchowymi. W kabinie obok wszystko połamane, a w kolejnej z otworu wyglądał „Jabba the Hutt”. Została ostatnia. W porównaniu do pozostałych była bardzo czysta, nawet ktoś przewlekł sznurek przez otwór po klamce. Świetny patent, wygodna pozycja do trzymania drzwi i utrzymywania odpowiedniej pozycji zjazdowej. Szkoda tylko, że dziura w drzwiach była tak wielka, że co chwilę ktoś przez nią zaglądał. Zrezygnowałem uznając, że higieniczniej i mniej stresująco będzie załatwić się w krzakach. Niestety do takich wniosków doszły również setki moich poprzedników, na szczęście wszystko tu szybko wysycha na wiór.

Długi dzień zakończyliśmy wykwintną kolacją w postaci bułki z konserwą, całość popijając miejscową Rakiją, niestety nie tak dobrą jak ta którą częstowano nas w Serbii.

***

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Duchota zmusiła nas do ewakuacji z namiotu już przed ósmą rano, w takich warunkach nie da się spać. Z ręczniczkami pod pachą udaliśmy się prosto na plażę, zlokalizowaną zaledwie kilka kroków dalej i ucięliśmy sobie jeszcze krótką drzemkę. Obudził nas gwar i śmiechy dzieci pluskających się w wodzie. Jako, że nie jesteśmy fanami cudzych dzieci, starszych panów z dużymi owłosionymi brzuchami, ani pań z obwisłym tym i owym, ruszyliśmy na poszukiwanie bardziej rozrywkowego otoczenia.

Skuszeni dobiegającą z daleka muzyką skierowaliśmy się na drugi koniec plaży, gdzie skupiła się młodzieżowa część entuzjastów słońca i wody. Panowała tu powszechna moda na duże przyciemniane okulary z białą obwódką, uznaliśmy to za wieśniacki macedoński lans rodem z lat osiemdziesiątych:P Przy głównym wejściu na plażę ustawiony był duży bar, a dziewczyny w bikini popijały kolorowe drinki relaksując się na leżaczkach. Co jakiś czas do brzegu podpływał niewielki statek wycieczkowy, właściwie to raczej statek-imprezka bo dudniąca z niego muzyka, zagłuszała tę plażową:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przez większość dnia rozkoszowaliśmy się urokami plaży i pięknymi widokami. Jezioro jest naprawdę rozległe, a z uwagi na wysokość położenia i wilgotność, powietrze nie było idealnie przejrzyste co momentami utrudniało dostrzeżenie drugiego brzegu.

Po południu wyprawiliśmy się na chwilę do Ohrid uzupełnić zapasy i kupić mapę okolicznych gór. Bardzo kusiła nas perspektywa zdobycia Galičicy i zachłyśnięcia się widokiem z jej szczytu. Niestety zaczął kropić przelotny deszczyk i jak na złość nie mogliśmy znaleźć żadnego sklepu z mapami. Gdy w końcu trafiliśmy do agencji turystycznej okazało się że jest już zamknięta, mimo iż szyld głosił „Open 10:00 -20:00”, a była siedemnasta:P

Po powrocie na kamping poszedłem do naszych poznańskich sąsiadów wypytać o Albanie, bo niewiele o niej wiedzieliśmy a słyszeliśmy różne dziwne rzeczy. W świetle latarek, bo zdążyło się już ściemnić, przestudiowaliśmy mapę i koncepcję trasy, którą chcieliśmy przebyć pociągiem. Poznaniacy byli w Albanii nie jeden raz i roztoczyli przed nami wizję potwierdzającą wszystkie najgorsze stereotypy o tym kraju. Fatalny stan dróg, dziura na dziurze i łata na łacie, do miast wjeżdża się przez wielkie wysypiska śmieci, 70% samochodów to stare mercedesy, pociągi nie mają szyb, mafia i gangsterzy, brak prądu w miastach, a w małych wioskach ludzie rzucają w obcych kamieniami:P Przeszył nas dreszczyk emocji i poczuliśmy z Kubą że teraz jeszcze bardziej chcemy tam pojechać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Dzisiaj pogoda znów dopisała i z samego rana postanowiliśmy wybrać się do Ochrydy by tym razem porządnie ją  zwiedzić. Trzeba przyznać, że stare miasto, choć niewielkie, jest niezwykle urokliwe. Charakterystyczne białe domki oblepiają tarasowo wzgórze nad samym brzegiem jeziora. Architektura typowa dla terenów zajmowanych niegdyś przez imperium osmańskie. Szachulcowe dwu i trzypiętrowe domy kryte pomarańczową dachówką. Jednak najcenniejszymi budowlami są liczne bizantyjskie cerkwie oraz ruiny wczesnochrześcijańskich świątyń.

Wspinamy się wąskimi uliczkami. Panuje tu atmosfera rozluźnienia i relaksu. Od czasu do czasu napotykamy jakąś starą Zastawę lub motorynkę własnej konstrukcji. Mijamy, znaną z banknotów 1000-denarowych, cerkiew św. Zofii z unikalnymi freskami z XI wieku. Jeszcze kilka uliczek i już rozpościera się widok na całe stare miasto i niewielki port jachtowy z długim kamiennym falochronem. Wybrukowaną ścieżką docieramy do najbardziej rozpoznawalnej budowli w Macedoni. Na wysokiej skale, kilkadziesiąt metrów nad taflą jeziora stoi XIV wieczna cerkiew św. Jana Teologa, którą zobaczyć można w katalogach biur podróży na całym świecie. Muszę przyznać, że widok ceglanego kościółka na tle jeziora i wznoszących się w oddali potężnych gór, naprawdę urzeka, szczególnie o zachodzie słońca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejna ścieżka przez niewielki lasek doprowadza nas na szczyt wzgórza, na którym znajduje się rozległe i badane już od lat stanowisko archeologiczne. W tym miejscu ponad 1000 lat temu znajdował się pierwszy na świecie słowiański kompleks uniwersytecki założony przez św. Cyryla i św. Metodego. Ci panowie, zwani również apostołami Słowian, jako pierwsi przetłumaczyli biblię na język słowiański, a przy okazji wynaleźli alfabet głagolicę która dała podwaliny obecnej cyrylicy! Obaj panowie zakończyli życie w IX wieku, a ich dzieło kontynuowali równie wielcy uczniowie. Jednym z nich był obecny patron Ochrydy, św. Klemens którego pochowano w istniejącym do dziś klasztorze św. Panteleimona, którego z resztą był fundatorem.

Niewysoka ceglano-kamienna budowla z kilkunastometrową dzwonnicą doskonale wpisuje się w krajobraz, a jej usytuowanie z widokiem na jezioro jest wręcz bajeczne. Historia oraz piękno tego miejsca zaowocowały w 1980 roku wpisaniem miasta wraz z jeziorem na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To jednak nie koniec atrakcji. W niewielkiej odległości od ruin uniwersytetu znajduje się twierdza bułgarskiego króla Samuela, który to panował na tych terenach na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia. Co ciekawe przeniósł stolicę państwa właśnie do Ochrydy co sprawiło, że miasto stało się średniowieczną metropolią.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Właściwie do dzisiaj zachowały się jedynie fortyfikacje okalające i kilka baszt, ale po remoncie w 2003 kilkunastometrowe kamienne mury prezentują się okazale. Po większości z nich można swobodnie spacerować, a 360-cio stopniowa panorama warta jest wdrapania się na blanki. Przy odrobinie szczęścia można tu spotkać muzykanta w tradycyjnym stroju grającego na tradycyjnych macedońskich dudach. Na jednej z wież dumnie powiewa wielka czerwona flaga ze złotym promienistym słońcem.

Po tak intensywnym spacerze zasłużyliśmy na dobrą kawkę. Skierowaliśmy się do przystani gdzie wzdłuż nabrzeża jedna przy drugiej ulokowane były restauracyjki z drewnianymi pomostami zawieszonymi nad taflą jeziora. Można tu było dopłynąć nawet własną łódką. Niesamowity widok na jezioro, klif oblepiony białymi domkami, do tego lekka chłodząca bryza i doskonałe espresso… czego chcieć więcej. Szczególnie, że kawa kosztowała zaledwie 60 denarów czyli 3 złote, a restauracja wyglądała na drogą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po tej jakże miłej chwili relaksu, udaliśmy się do agencji turystycznej po mapę gór. Gdy zapytałem panią dlaczego wczoraj o 17-tej było już zamknięte, bez zastanowienia odpowiedziała „A niby kiedy mam załatwiać swoje sprawy, musiałam iść do banku”. Tutejsi ludzie są wyluzowani, zdążyliśmy się już przyzwyczaić do bałkańskiego poczucia czasu. Tu nikomu nigdzie się nie spieszy, a rozkłady jazdy w sumie nie istnieją:P Bo po co ktoś ma się stresować, że autobus się spóźnia:) Poprosiłem o mapę parku Galičica, a pani podała mi złożoną płachtę białego papieru na której wyrysowane były dwa szlaki i kontury masywu, granica z Albanią i kawałek jeziora. Skala była ale chyba tylko dla ściemy, to raczej przypominało mapę skarbów narysowaną na kolanie przez domorosłego kartografa. No cóż, nic innego nie znaleźliśmy więc dobre i to.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czekał nas jeszcze długi spacer na dworzec autobusowy żeby sprawdzić w jakich godzinach odchodzą autobusy do Albanii. Po dwudziestu minutach marszu dotarliśmy na miejsce. Panował tam straszny nieład, a okolica sprawiała wrażenie jakby spadła na nią bomba. Zapukaliśmy do małej budki i na migi staraliśmy się wytłumaczyć kolesiowi o co nam chodzi. Słabo nam szło, ale po kilku minutach udało się ustalić, że kursy do Tirany startują z oddalonej o kilkanaście kilometrów Strugi o 23:30, a bilet kosztuje 650 denarów. Nie byliśmy pewni czy dobrze zrozumieliśmy, ale i tak nie było kogo zapytać żeby to potwierdzić. W drodze powrotnej zakupiliśmy wielkiego pysznego melona i z apetytem skonsumowaliśmy na falochronie przystani jachtowej. Trzeba wracać bo jutro czeka nas wyprawa w góry.

***

Wstaliśmy gdy było jeszcze ciemno, chcąc w ten sposób uniknąć upału podczas wspinaczki na górę. Ubraliśmy buty trekkingowe, spakowaliśmy w jeden plecak zapas wody, chleb, konserwę i o 6:00 wyruszyliśmy w poszukiwaniu szlaku. Mapa była cholernie niedokładna, a szaruga świtu nie ułatwiała sprawy. Obok czegoś co przypominało slamsowate obozowisko pasterza owiec, znaleźliśmy ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta o czym świadczyła spora ilość bobków zalegająca wzdłuż niej. Niestety próżno szukać tutaj jakiegokolwiek oznakowania szlaków. Idziemy tak wśród krzaków i niewysokich drzew dobre dwie godziny, aż robi się całkiem widno.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Docieramy do małej polanki, na której obok drewnianego stołu i ławek ustawiona była tablica z mapą parku Galičica. Robimy krótką przerwę i ustalamy dalszy plan działania. Przez kolejne dwie godziny maszerujemy krętą asfaltową drogą aż na przełęcz. Przy małej przydrożnej kapliczce odbijamy na gruntową drogę prowadzącą co naszego celu. Jest dopiero jedenasta a słońce grzeje niemiłosiernie i nie ma co liczyć na cień. Na tej wysokości nie ma już żadnych drzew, jedynie białe głazy i trawa. Wzdłuż drogi stoją metalowe słupy wysokiego napięcia, ale kable są pozrywane i zwisają niedbale. Ostatni słup jest złamany w pół, ciekawe co się tu stało. Ciekawe też po co prowadzić linię przez drugą co do wysokości górę w okolicy.

Półtorej godziny i kilka litrów wylanego potu później, dotarliśmy na szczyt. Galičica, to właściwie nie góra a pasmo. Najwyższy szczyt wznosi się na wysokość 2254m n.p.m., chcieliśmy wejść właśnie na ten ale niestety na naszej mapie nie były zaznaczone wysokości… nie było też nazw. W sumie to na chybił trafił wleźliśmy na jeden ze szczytów, podejrzewam że jakieś dwa tysiące metrów. Na górze robimy sobie kilkudziesięciominutową przerwę na drugie śniadanie i napawanie się zapierająca dech w piersi panoramą. Z tej wysokości, leżące prawie 1300 metrów niżej, jezioro Ochrydzkie wciąż robi wrażenie swoimi rozmiarami. Daleko w dole majaczy wioska Trpejca i dopiero w 12-sto krotnym zumie aparatu białe i pomarańczowe kropki zlewają się w kształty budynków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W oddali, prze lekko mleczne nieprzejrzyste powietrzem dostrzec można albańską część wybrzeża. Z podekscytowaniem kierujemy wzrok na gór, przez które już jutro zmierzać będziemy do Tirany.

Odwracamy się o 180 stopni ku wschodnim zboczom i obserwujemy z zaciekawieniem drugie co do wielkości jezioro w Macedonii, jezioro Prespa. Położone około 900m n.p.m., swoimi wodami obmywa granice trzech państw. Gdzieś tam za mgłą kryje się tajemnicza i jeszcze mi nie znana Grecja.

Jest tak niemiłosiernie gorąco, że decydujemy się schodzić na dół asfaltem. Trasa dłuższa, ale łatwiejsza. Mieliśmy szczęście, że złapaliśmy stopa bo droga wiła się jak wąż z jednego trawersu na drugi i dojście do kampingu zajęłoby nam kilka godzin. Przemiły Macedończyk w białym klimatyzowanym SUV’ie zlitował się nad nami. O dziwo znał kilka zdań po polsku z racji tego, że prowadzi hotel w Austrii i zatrudnia Polaków. Pół godziny później grzaliśmy się już na plaży.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem, leżąc w namiocie i szykując się do snu usłyszeliśmy znajomą melodię śpiewaną po macedońsku przez grupkę młodych ludzi na pobliskiej plaży. Nostalgiczna, bałkańska, przejmująca. Dopiero gdy doszli do refrenu zorientowaliśmy się, że znamy ten utwór w wersji Kayah & Bregovis „Byłam Różą”. Piosenka utuliła nas do snu.

***

Za ostatnie pieniące kupujemy na śniadanie po trzy pączki. Czekamy aż upał zelżeje żeby dostać się do Strugi. Leżymy w cieniu i się nudzimy, by w końcu o 16:00 wyruszyć do Ohrid. Jeszcze kawka na wzmocnienie i już jedziemy busem do oddalonej o kilkanaście kilometrów Strugi. Gdy dotarliśmy tam koło 19-tej, dworzec autobusowy był już zamknięty i żadnych informacji na temat połączeń do Albanii. Zaczęliśmy zaczepiać ludzi na ulicy i pytać, ale nikt nic nie kumał. W końcu wpadłem na pomysł, żeby napisać na kartce kilka słów kluczy przy wykorzystaniu słowniczka z przewodnika. To podziałało i po chwili tłoczyło się koło nas kilkanaście osób i dyskutowały na temat tego jak nam pomóc. Biegali i pytali przechodniu i taksówkarzy na własną rękę. Byle tylko pomóc. Przemili ludzie. Po około godzinie udało nam się ustalić, że autobus faktycznie odjeżdża o 23:30 spod jakiejś restauracji nieopodal.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobiło się już ciemno, więc postanowiliśmy coś zjeść i przejść się do centrum obejrzeć miasteczko. Po drodze zaszliśmy do przyjemnie wyglądającej piekarni i u przemiłej młodej ekspedientki zamówiliśmy burki z mięsem. Okazały się tak pyszne, że wzięliśmy jeszcze na wynos. Struga to miłe miasteczko i o dziwo późnym wieczorem głównym deptakiem spaceruje znacznie więcej ludzi niż w Ohrid. Przez środek miasta przepływa jedyna rzeka wypływająca z jeziora Ohrydzkiego. Spodobała nam się jej nazwa „Czarny Drin”:P. Wzdłuż obu jej brzegów jedna przy drugiej ulokowane są dziesiątki restauracyjek, knajpek i hoteli. Wszystkie udekorowane kolorowymi światełkami i lampionami, co tylko dodaje uroku, można by rzec… romantycznie:P Jest i drewniany mostek i widok na jezioro.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O 23:00 stawiliśmy się w miejscu, z którego rzekomo odjeżdża autobus. Z pobliskiej restauracji wyszedł facet w rozpiętej białej koszuli, wyglądający trochę jak kierowca na fajrancie. Powiedział, że sprzedaje bilety. Sprawiał dobre wrażenie, więc poszliśmy z nim i wypisał nam dwa kwitki, za 650 denarów każdy. Czekamy, czekamy, nic nie przyjeżdża a my zaczynamy się zastanawiać czy aby koleś nas nie ocyganił. Po chwili pojawiają się jeszcze dwie osoby z walizkami, a to dobry znak. Po 20 minutach przyjechał pusty bus więc mogliśmy wybrać sobie miejsca, ale powiedziano nam że czekamy jeszcze na  autobus. W końcu nadjechał i on, po czym część ludzi przesiadła się do busa. W śród nich była sympatycznie wyglądająca, acz niewysoka Włoszka. Udało się, ruszyliśmy.

(Dalsza część podróży we wpisie: “Durrës, prawie najlepsza plaża na świecie“)

 

Data wizyty: Sierpień 2008r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s