Durrës, prawie najlepsza plaża na świecie

To drugie największe miasto w Albanii liczy sobie niecałe 120 tyś. mieszkańców. Znajduje się tu najważniejszy i największy port w kraju. Jednak najbardziej znany jest jako nadmorski kurort z szeroką i długą na kilka kilometrów plażą. Podobno w sezonie ciężko znaleźć na niej miejsce…taki tłok:P Właściwie więcej atrakcji nie ma:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Około pierwszej w nocy docieramy do przejścia granicznego z Albanią. Celnik z poważną miną otwiera przesuwane drzwi naszego busa, zbiera wszystkie paszporty po czym udaje się do dyżurki. Panuje niczym nie zmącona cisza, a twarze zaspanych pasażerów nie zdradzają oznak inteligencji. Po dwudziestu minutach dwóch panów w zielonych mundurach powraca z paszportami. Ku naszemu zdziwieniu Włoszkę poproszono o zapłacenie za wizę, czym była równie zdziwiona co my. Może to kara za wtargnięcie do kraju podczas drugiej Wojny Światowej. Przez chwilę poczuliśmy dumę z faktu, że nasz MSZ tak wspaniale dogadał się z niewątpliwą potęgą jaką jest Albania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaciekawieni sytuacją zagailiśmy do czarnowłosej niewysokiej dziewczyny. Roberta, bo tak miała na imię nasza nowa włoska koleżanka samotnie podróżowała przez Bałkany już nie pierwszy raz. Wracała właśnie z Kosowa i miała ze sobą jedynie maleńką czarną walizeczkę na kółkach. Niejednej dziewczynie nie starczyłoby miejsca nawet na kosmetyki:P Właściwie to Roberta pochodzi z Sardynii, a tam wszystkie kobiety mają metr pięćdziesiąt w kapeluszu. Droga stała się niesamowicie kręta, ale kierowca sprawiał wrażenie jakby jeździł tędy od dziecka i znał dokładnie każdy centymetr tej trasy. Mieliśmy przynajmniej taką nadzieję bo gnał jak szalony oświetlając okolicę długimi światłami.

Dookoła panowała „albańska ciemność”, bezksiężycowa noc i niebo też wydawało się całkowicie czarne… bez gwiazd. Co jakiś czas podskakiwaliśmy na nierównościach asfaltu lub wciskaliśmy się w fotel na ostrych zakrętach. Po jakiejś godzinie zatrzymaliśmy się w przydrożnym zajeździe by poczekać na ciągnący się za nami autobus. Kuba, ciekawy pieczątki, zajrzał do paszportu, a gdy znalazł ją na wewnętrznej stronie okładki lekko się zirytował:P „Albania”, odrzekłem i wybuchliśmy śmiechem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jako, że Roberta znakomicie mówiła po angielsku, a w Albanii najłatwiej dogadać się po włosku, robiła za naszego tłumacza. Z przypadkowej rozmowie z palącym papierosa kierowcą, dowiedziała się że nie jedziemy przez Tiranę do Durrës tylko najpierw na wybrzeże, a dopiero potem do stolicy. Wydało się to nam trochę nie logiczne, dlatego do tej pory sądziliśmy że jedziemy prosto do Tirany. Włoszka też jedzie do Durrës na prom do Bari, więc ucieszyliśmy się że będziemy mieli towarzystwo. Po godzinie oczekiwania dociera do nas autobus i ruszamy w dalszą drogę, którą z resztą całą przespaliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O czwartej nad ranem wysiadamy na głównym dworcu autobusowym w Durrës. Spory pusty plac otoczony nieciekawymi budynkami. Ciemno, głucho i ani żywego ducha. Roberta dyskutuje coś z kierowcą i po chwili bus odjeżdża razem z nią. Nawet nie zdążyliśmy się pożegnać. Zostaliśmy sami, nie wiedząc nawet w którą stronę się kierować. Po kilku minutach nadjeżdża autobus i wysiada z niego nasza włoszka. Okazało się, że po przesiadce do busa w Macedonii, jej bagaż został w autobusie. Od razu zrobiło się raźniej, a kierowca wskazał nam drogę do portu.

5

Po dwudziestu minutach błąkania się po opustoszałych ulicach dotarliśmy do miejsca gdzie miało się znajdować wejście do portu. Okazało się jednak, że to główny wjazd dla ciężarówek a nie terminal pasażerski. Zaczynało już świtać, więc postanowiliśmy przejść się do oddalonego o zaledwie kilkaset metrów centrum. I tu doznaliśmy pierwszego szoku. Jakaś pani zamiatała chodnik i ulicę! Przecież złego słyszeliśmy o albańskich miastach, powinno być brudno i strasznie, a tymczasem ciężko było doszukać się choćby peta na chodniku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Doszliśmy do prostej jak strzała, wyłożonej kamiennymi płytami ulicy Bulevardi Epidamn, która stanowiła główny deptak centrum miasta. Podświetlona dwoma rzędami lamp wbudowanych w nawierzchnię, przypominała trochę pas startowy. Po obu stronach, kolorowe dwupiętrowe i w większości zadbane kamieniczki. Przed nimi rząd niewysokich, ale idealnie symetrycznych i dorodnych palm. Trzysta metrów dalej ulicę zamyka potężna bryła Wielkiego Meczetu. Zburzony w 1967 roku w ramach walki komunistycznych władz z religią, został odbudowany dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobiło się już całkiem widno i nabraliśmy ochoty na poranną kawkę, naszej koleżanki nie trzeba było namawiać w końcu była włoszką. Przed jedną z kafejek ustawionych było kilka, wyglądających na bardzo stare greckie, może rzymskie, kolumn. Weszliśmy do środka. Pusto, ale nie ma się czemu dziwić bo nie było nawet siódmej rano. Miły starszy, lekko posiwiały, pan powitał nas z uśmiechem, a Roberta rozpoczęła konwersację. Właściciel pozwolił jej nawet na samodzielne przygotowanie kawy. Rozbawiona dziewczyna wskoczyła za bar i ze sprawnością zawodowca obsłużyła wielki syczący parą ekspres. Potem przyznała nam się że kiedyś pracowała w kawiarni. Zapowiadał się słoneczny i sympatyczny dzień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nieopodal stoi masywna kamienna wieża wzniesiona w okresie gdy Durrës stanowiło posiadłość Republiki Weneckiej. Wraz z przyległymi do niej murami jest najlepiej zachowanym fragmentem fortyfikacji miejskich. Od kilkunastu minut szwendaliśmy się z plecakami i małą walizeczką na kółkach w poszukiwaniu jakiegoś zakwaterowania. Nie mieliśmy za bardzo koncepcji. Po chwili jednak zatrzymał się obok nas jakiś stary samochód, a jego kierowca wołał coś w stylu „Hotel, hotel”. Wysłaliśmy Robertę na negocjacje. No cóż, pokój ze śniadaniem za 15 euro od osoby, ale że nie chciało nam się łazić i szukać przystaliśmy na ofertę.

9

Załadowaliśmy się do samochodu i kilka minut później wysiedliśmy przed naszym hotelem, zaledwie kilka kroków od portu. W bocznej uliczce, co wtedy jeszcze nas zdziwiło, stał sporych rozmiarów spalinowy generator prądu. Właściwie to stoją one przy większości budynków. To typowe dla większych miast Albanii z uwagi na niewydolność sieci energetycznych.

Hotel nie wyróżnia się niczym specjalnym, troszkę zalatuje smrodkiem z pobliskiego portu, a może to problemy z kanalizacją. Jak na kurort przystało, baza hotelowa w Durrës jest ogólnie bogata. Stoją tu dziesiątki kilkupiętrowych budynków przypominających trochę ubogą wersję scenerii z turystycznego, tureckiego wybrzeża. Pokój nieduży, ale w sumie bez zastrzeżeń. Zaprosiliśmy Robertę do skorzystania z prysznica, oczywiście z racji tego że jesteśmy gentelmanami, zajęła łazienkę jako pierwsza. Nasza włoska przyjaciółka poszła dowiedzieć się o prom do Bari, a my w tym czasie udaliśmy się na przechadzkę nabrzeżem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od weneckiej wieży przechodzimy przez park przechodzący w bulwar ciągnący się wzdłuż brzegu Adriatyku. Mijamy, mocno komunistyczny z wyglądu i pobazgrany graffiti, pomnik partyzanta. Straszne brzydactwo. Deptak wygląda na nowy. Równiutko ułożone betonowe kostki, kwietniki, kamienne ławeczki, kosze na śmieci, stylizowane latarnie, młode palmy i agawy. Wzdłuż promenady stoją wysokie na kilka lub kilkanaście pięter pomarańczowe, błękitne i kremowe hotele. Całość robi świetne wrażenie i zaczynamy się zastanawiać skąd biorą się te negatywne stereotypy o albańskim  nieładzie i syfie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na odpowiedź nie musimy długo czekać. Jakieś dwieście metrów dalej jak za cięciem magicznego noża kończy się zadbana nawierzchnia, kończą się ławeczki, kwietniki i zaczyna się betonowa prowizorka. Dalsza część wygląda jak porzucony kilkanaście lat temu plac budowy. Tu hałda ziemi, tam kępa krzaków i cały czar prysł. Kropką nad „i” jest betonowy odrażający szkielet, wychodzącego na kilkadziesiąt metrów w morze, pomostu. Chcieli mieć „pier” jak w Brighton, ale zabrakło im rozpędu. Plaża przy ozdobionym bazgrołami molo pozostawiała wiele do życzenia. Dało by się jeszcze znieść ten ciemno szary piasek przypominający muł, ale zapach zgniłej wody przywiewany od strony największego w kraju portu, to już lekka przesada. Jednak miejscowym to nie przeszkadzało, a amatorów kąpieli nie brakowało.

12

Cyknęliśmy kilka fotek i wróciliśmy do hotelu na umówione spotkanie z Robertą. Okazało się że najbliższy prom do Bari odpływa dopiero około 23:00, czyli za jakieś 12 godzin. W związku z tym postanowiliśmy wybrać się wspólnie na wycieczkę do Tirany. Gdy dotarliśmy na dworzec, w niczym nie przypominał tego pustego smutnego placu. Między kilkunastoma chaotycznie ustawionymi autobusami tłoczyły się grupki podróżnych. Upał i kurz. Coś takiego jak rozkład jazdy nie istnienie. Naganiacze głośnym wołaniem oznajmiają dokąd jedzie dany autobus, po czym zainteresowanym sprzedają bilet. Jak zwykle w takich miejscach i tu koleś chciał nas naciąć, bylibyśmy w plecy stówkę gdybyśmy nie podsłuchali, że Tirana chodzi za 200 leków. Autobus odjedzie gdy się zapełni, ale na szczęście niewiele już brakuje. Dzięki Bogu Klima działa. W międzyczasie sprzedawca wody i bananów próbuje namówić nas na zakupy. Uff… ruszamy!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***(Relację z Tirany znajdziecie w kolejnym wpisie)***

Po powrocie do Durrës maszerujemy jeszcze zobaczyć ruiny największego na Bałkanach rzymskiego amfiteatru z początku II wieku. Niesamowite jak długą historię ma to miasto. Założone ponad sześćset lat przed naszą erą przez Greków, zaczęło nabierać znaczenia jakieś pięćset lat później stając się punktem początkowym ważnej rzymskiej drogi Via Egnatia. Długa na siedemset kilometrów Via Egnatia prowadziła przez całe Bałkany do Tesalonik i dalej do miasta Bizancjum. Dyrrachium, bo tak nazywało się wtedy Durrës stało się najważniejszym portem na wschodnim wybrzeży Cesarstwa Rzymskiego. Właśnie tędy przetoczyły się wojska Juliusza Cezara podczas wojny domowej w 48r. p.n.e., a kilkaset lat później siły krucjaty idące na Konstantynopol. Do dzisiaj zachowały się jedynie ciekawe ruiny amfiteatru oraz mizerne pozostałości łaźni oraz rotunda.

14

Zastanawialiśmy się jak zakończyć ten długi i pełen wrażeń dzień. Najlepszym pomysłem wydał nam się zakup piwka i spędzenie reszty wieczora na nagrzanym palącym słońcem betonowym molo. O dziwo nawet po zmroku kręci się więcej ludzi niż w dzień, panuje jednak przyjazna atmosfera, poza tym po ciemku nie widać niedoróbek budowlanych.

Było już po dziesiątej wieczorem i nadszedł czas by odprowadzić Robertę na prom. Okazało się, że wejście do terminala promowego znajduje się zaraz obok dworca autobusowego. To Europa drugiej kategorii więc panuje tu wielki chaos i spoty tłok.

15

Aby dojść do kas trzeba najpierw przejść przez niewielki bazar. Na słabo oświetlonym placyku wysypanym żwirem stoją rozstawione stragany. Jest duży grill, na którym smażą się wielkie szaszłyki i kawałki mięsa, a smakowity zapach sprawia że od razu poczuliśmy się głodni. Są też stragany z ciuchami i z najróżniejszymi pamiątkami z Albanii z Kosowa. Roberta bezskutecznie próbuje ustalić o której przypływa prom. Ostatecznie okazuje się będzie dopiero o pierwszej. Żegnamy się czule z naszą przyjaciółką z Sardynii i udajemy się do hotelu na zasłużony odpoczynek.

Co do długiej piaszczystej plaży to ona naprawdę istnieje i podobno jest fajna, ale nie udało nam się na nią dotrzeć:P

Data wizyty: Sierpień 2008r.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s