Sighișoara, tak piękna że powinna być za to ukarana

„Tak piękna, że powinna być za to ukarana;) Już od momentu kiedy wkraczasz w jej ufortyfikowane mury, by klucząc po wybrukowanych uliczkach dotrzeć do głównego placu będącego jej chlubą, Sighișoara wypala się w twojej pamięci i już nigdy nie da o sobie zapomnieć. To tak jakby znaleźć się w bajce z dzieciństwa. Wąskie uliczki promienieją wyrazistymi kolorami szesnastowiecznych kamieniczek, a piernikowe spadziste dachy opadają na urocze i klimatyczne kawiarenki.” Lekko sparafrazowane przeze mnie, ale tak właśnie brzmią pierwsze zdania opisu Sighișoary według Lonely Planet. Pozwoliłem sobie na przywołanie tych słów, bo trafiają w sedno.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To naprawdę niesamowite miejsce, jedno z tych gdzie w jakiś cudowny sposób czas się zatrzymał, co pozwana nam zobaczyć jak mogły wyglądać średniowieczne miasta, chociażby takie jak Praga czy Wiedeń. Sighișoara jest ciekawa nie tylko jako perełka architektoniczna, ale również ze względu na swoją historię.

Pierwsze fortyfikacje wznieśli tu Rzymianie, a wioska aż do pojawienia się Sasów Siedmiogrodzkich w XII wieku, nosiło nazwę „Castrum Sex”, czyli po prostu „Fort Szósty”. W 1367 roku Sighișoara uzyskała prawa miejskie i w szybkim tempie stała się istotnym ośrodkiem handlowym i rzemieślniczym. Dzięki Sasom miasto się rozrastało i zyskało solidne fortyfikacje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciekawostką jest, że w XV wieku rezydował tutaj i bił swoje monety książę Wołoszczyzny Vlad Dracul (Wład Diabeł) ojciec Vlada Palownika, który z kolei był inspiracją dla pisarza Bram’a Stoker’a do stworzenia słynnej postaci hrabiego Draculi. W późniejszym czasie cała rodzinka przeniosła się do Targoviste. Sighișoara była również siedzibą Jerzego Rakoczego wybranego księciem Siedmiogrodu, a następnie królem Węgier 1629 roku.

W okolicy została również stoczona bitwa pomiędzy oddziałami rewolucyjnej armii węgierskiej dowodzonymi przez Józefa Bema, a armią rosyjską. Miało to miejsce w roku 1849. No dobra kończę już z tymi datami:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do Sighișoara zajechaliśmy z Brașova, po wcześniejszym zahaczeniu o wioskę Viscri. Dużo atrakcji jak na jeden dzień. Bez problemów dotarliśmy do informacji turystycznej, ulokowanej na dolnym starym mieście, niedaleko obskurnego placu. Zaparkowaliśmy przed samym wejściem, bo kto motocykliście zabroni:P Sądziliśmy, że ze względu na to, iż miasto od kilkunastu lat wpisane jest na Listę UNESCO, to zostaniemy zasypani mapkami, informacjami i darmowymi folderami.

No niestety, mimo że IT łatwo znaleźć to oferuje ona raczej marną pomoc i pracują tam nieogarnięci ludzie sprawiający wrażenia jakby nie znali w ogóle miasta. Skromnie wyposażone pomieszczenie, za biurkiem facet około pięćdziesiątki i dziewuszka z przestraszoną miną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pytamy o hostel, ale ona tylko wzrusza ramionami. No to może macie kontakty do jakichś prywatnych kwater. Patrzą na siebie, coś gadają, ruszają się jak muchy w smole. W końcu dziewuszka sięga po jakiś segregator, w którym zapisane są adresy i numery telefonów, miejscowych którzy oferują noclegi. Już się ucieszyliśmy sporo tego było, ale dziewuszka nie jest przekonana i sprawia wrażenie jakby nie wiedziała co robić. Troszkę nas już to wkurza.

Zapytana o co chodzi, wyjaśnia że to są kwatery na przyszłotygodniowy festiwal średniowiecza i nie jest pewna czy może ich użyć. Ręce opadają. W końcu decyduje się wykonać kilka telefonów i oznajmia, że jest dla nas miejsce i że za chwilę ktoś tu po nas przyjedzie. Sytuacja opanowana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po jakichś piętnastu minutach pojawia się szczupły wysoki facet na rowerze. Okazuje się, że bardzo dobrze mówi po angielsku. Tłumaczy, że to niedaleko i żebyśmy czekali na skrzyżowaniach, a on będzie wskazywał drogę. Droga, którą wspinaliśmy się na przeciwległe wzgórze stawała się coraz węższa, a widok na stare miasto coraz bardziej okazały. Dojechaliśmy na samą górę i czekaliśmy na naszego gospodarza, którego imię wywietrzało mi niestety z głowy więc na potrzeby tego tekstu nazwijmy go Czesiek.

Wskazał na jeden z domów, zwyczajna małomiasteczkowa chata w kondycji raczej średniej. Oznajmił, że mieszka tutaj z mamą i że niestety nie da się wjechać na posesję ze względu na ukształtowanie terenu. Faktycznie, ciężko znaleźć tu jakiś płaski kawałek terenu. Czesiek zapewnia nas, że na razie możemy zostawić motocykle na ulicy, a potem pójdzie pogadać z sąsiadem, czy aby on się nimi nie zaopiekował.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No to ładnie, myślę sobie, koleś w wieku czterdziestukilku lat mieszka z mamą, pewnikiem jakiś psychopata. Jak nas zaciuka to nikt nas nie znajdzie. Wchodzimy na posesję, a tam na ganku czeka już na nas starsza wesoła pani i pyta po Rumuńsku czy mamy ochotę na zupę. Nie czekając na odpowiedź oznajmia, że zaraz nam poda:P

Przez mocno nachylony ogródek kierujemy się po wąskich schodkach do małego domku na tyłach. Z przodu zadaszona weranda ze stolikiem i ławy. Wygląda to trochę jak działkowy domek emeryta. W środku mały skromny pokoik i jeszcze skromniejsza łazienka, a na pięterku większy pokój z małym drewnianym balkonikiem, z którego na upartego da się zobaczyć starówkę. Powiem szczerze, że tysiąc razy bardziej wolę takie zakwaterowanie niż sztampowe bezosobowe hotele.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siadamy przy stole na werandzie i ledwo zaczynamy rozmowę z Cześkiem, a już zmierza ku nam starsza pani z talerzami zupy i świeżym pieczywem. Widać, że możliwość ugoszczenia nas, sprawia jej wielką radość. Właściwie to czujemy się jakbyśmy odwiedzali długo niewidzianą ciotkę. Zjadamy wszystko ze smakiem i długo gawędzimy z Cześkiem.

Okazało się, że kiedyś w tym domku prowadził bar, ponadto na początku lat dziewięćdziesiątych otworzył w Sighisoarze pierwszy w Rumunii Hostel. Hostel niestety już nie istnieje, ale istnieje wiele wspomnień jego gospodarza, o których mówi bez końca dając do zrozumienie że tęskni za tymi czasami. Obecnie jest bezrobotny i narzeka na ciężką sytuację na rynku pracy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak w ogóle to Czesiek jest z pochodzenia Węgrem i ogólnie interesującą postacią. Jest też jedną z tych osób, które zagadają cię na śmierć:P Oddaliliśmy się aby się odświeżyć i przygotować do wyjścia na miasto.

W tym czasie Czesiek poszedł pogadać z sąsiadem, który bez zastanowienia zgodził się przenocować nasze motocykle na swoim podwórku za wysokim solidnym płotem. Właściwie to był syn sąsiadów i następnego dnia rano wyjeżdżał do pracy do Niemiec, a jego rodziców nie było ale co tam:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dojście do głównej atrakcji Sighișoary, czyli cytadeli zajęło nam nie więcej niż piętnaście minut spokojnym spacerkiem. Cytadela to tak naprawdę ścisła część miasta na niewielkim wzgórzu otoczona starymi murami. Wejścia do środka strzegą ufortyfikowane bramy z solidnymi drewnianymi okutymi wrotami.

Najbardziej charakterystyczną i rozpoznawalną budowlą jest masywna 64-metrowa kamienna wieża z zegarem, uwieńczona szpiczastą koroną mieniącą się jak paw kolorowymi dachówkami. Podobno jej mury mają ponad 2,3 metra grubości.

Wieża ta broni głównego wejścia do starego miasta. Pochodzący z połowy XVII wieku zegar umieszczony w jej „głowie” ozdabiają ruchome figurki wykonane z drzewa lipowego, ale nie ma lipy:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Właśnie przez nią dostajemy się na niewielki placyk, przy którym stoi słynny dom, w którym mieszkał Vlad Dracul. Obecnie znajduje się tu nietania restauracja, co jednak nie zniechęca zagranicznych turystów zwabionych historiami o wampirach. Idąc dalej dochodzimy do głównego placu starego. Sporych rozmiarów rynek otoczony jest zadbanymi kolorowymi kamieniczkami, których dolne piętra zamieniły się w restauracje, kafejki i sklepiki z dość gustownymi pamiątkami.

Jest gdzie usiąść, zjeść i napić się piwka, jednak stosunek cena do jakości mówi nie przepłacaj. Wiele okien przyozdabiają donice z barwnymi kwiatami. Jedną z kamieniczek przeszywa podwójny tunel prowadzący do kolejnej uliczki. Utrzymany jest wiekowy charakter kamieniczek, świadczy o tym ich różnorodność, krzywe ściany, niewielkie okna wyposażone w okiennice, grube mury i ciekawe kute szyldy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zobaczyć też można naścienne malowidła jak na przykład jelenia, którego cielsko wymalowane jest na ścianie, a wyrzeźbiona głowa z dorodnym porożem wystaje z narożnika kamieniczki.

Choć obszar cytadeli jest niewielki, to wąskie często nachylone uliczki ze ścisłą kolorową zabudową tworzą spójną magiczną całość. Mimo, że cały kompleks da się obejść wzdłuż i w szerz w zaledwie pół godziny, to nikt tu się nie spieszy lecz w zadumie delektuje atmosferą. W południowo-zachodniej części cytadeli znajduje się zielone wzgórze, którego stoki nie zostały zabudowane i pokrywa je gęsta roślinność.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do stojącego na szczycie kościoła i szkoły prowadzą 172 stopnie. Nie są to jednak zwyczajne schody. To jakby tunel w całości zbudowany z pociemniałego już drewna, wspinający się w linii prostej po zboczu, wśród zielonej puszczy. Zapach drewna, promienie światła prześwitujące przez szpary między deskami, miękkość stopni i grajek szarpiący za struny przy wyjściu, dodatkowo nadają uroku temu miejscu. Kościół na wzgórzu zbudowany został na ruinach Rzymskiego fortu i można w nim oglądać ponad pięćsetletnie freski.

Będą w Sighișoarze koniecznie trzeba wybrać się na nocny spacer! Powtarzam, koniecznie! Większość budynków i budowli jest wspaniale podświetlona, a mrok opustoszałych uliczek rozjaśniają ciepłym żółtym światłem stare wiszące latarnie. To chyba najbardziej romantyczne miejsce w jakim byłem:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec wieczornego spaceru udaliśmy się do restauracji na dolnym starym mieście, czyli już poza murami. Trzeba pamiętać, że ono również jest bardzo klimatyczne choć łudząco podobne to tych w Brașovie czy Sibiu. Restauracja „La Perła” znajduje się na placu Hermann Oberth, tym samym z którego ulicą Wieżową dojedziemy do głównej bramy cytadeli.

Bogata narożna kamienica z dwiema wieżami i szeroką markizą przykrywającą letni ogródek. Był bardzo ciepły wieczór i postanowiliśmy zaszaleć, bo restauracja, choć była pizzerią, wyglądała na dość ekskluzywną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miły kelner podał menu i kartę trunków. Pizza okazała się być przepyszna i wysokiej jakości, a ceny śmiesznie niskie, więc mimo piwa które już chłeptaliśmy, zamówiłem deser. Rumuńska Brendy, albo koniak jak kto woli, mistrzostwo świata. Piękny ciemno-bursztynowy kolor, słodki zapach unoszący się z wnętrza pękatego kieliszka, delikatny intensywny smak owoców z nutką czekolady… za jedyne 7PLN! Jestem w niebie. Jestem w bajce.

(Dalszy ciąg podróży znajdziecie we wpisie “Maramureş, zielono i wiejsko”)

Data wizyty: lipiec 2012r.

Brașov, okoliczne atrakcje

Brașov, oprócz tego że jest ciekawostką sam w sobie, jest również świetną bazą wypadową do okolicznych atrakcji. Najsłynniejszą z nich jest niewątpliwie zamek Draculi w Branie, ale również cytadela w Râșnov’ie i warowny kościół w Prejmer. Zimą można się udać do pobliskiego ośrodka narciarskiego.

Korzystając z pobytu w Brașov’ie postanowiliśmy jeden dzień poświecić na zwiedzenie okolicy. W wynajętym pokoju w oficynie zostawiliśmy kufry i bagaże żeby odciążyć motocykle. Zapowiadał się kolejny upalny dzień, więc stwierdziliśmy że dzisiaj pojeździmy w krótkim rękawku, a kurtki przytroczymy do bagażników. Wieczorem okazało się, że pomysł ten był jednym z najgłupszych jakie mieliśmy podczas wyjazdu i nie mam tu na myśli kwestii bezpieczeństwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Panowała straszliwa duchota i pomimo, że jechaliśmy w samych koszulkach to pęd powierza za miast chłodzić, grzał nas podmuchami niczym z rozgrzanej suszarki do rąk. Po całym dniu patelni nasze ręce, z racji tego że były jedynym odsłoniętym fragmentem ciała, zamieniły się w spalone frytki i zaróżowiły się jak tyłek  prosiaka. Na dodatek piekły niemiłosiernie. Mam nadzieję, że nie dostaniemy raka skóry.

Bran, tłok ale warto

Na pierwszy ogień wzięliśmy zamek w Branie, który za sprawą powieści o Draculi stał się najczęściej odwiedzanym zamkiem w całej Rumunii. Jechaliśmy tam z mieszanymi uczuciami. Spodziewaliśmy się tabunów turystów i to, jak słyszeliśmy, głównie z Polski oraz badziewnych pamiątek i całej reszty komercyjnego bagna. Wszyscy dobrze wiemy jak masowa turystyka niszczy klimat i oryginalność. Z Braszowa to zaledwie 30 kilometrów dobrej drogi. W połowie trasy obracając głowę w lewo obserwować mogliśmy zamek chłopski górujący nad Râșnov’em. Zwiedzimy go w drodze powrotnej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zamek w Branie położony przy głównej drodze i świetnie widoczny, szczególnie od strony Brașov’a, jest idealny by zrobić z niego atrakcję rodem z Disneylandu. No i zaczyna się, fast food tu, fast food tam, sklepik przy sklepiku, budki z jedzeniem ciągną się po obu stronach ulicy. I nagle poczułem znajomy zapach, zapach który pamiętam z dzieciństwa z rodzinnych pobytów w węgierskim Hajdúszoboszló. Moją uwagę przyciągnęła budka z wielkim zdjęciem przedstawiającym Langosz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaparkowaliśmy kilkadziesiąt metrów dalej na chodniku i spacerkiem kierowaliśmy się w stronę wejścia na teren zamku. Nie mogłem się powstrzymać, przeszedłem na drugą stronę ulicy do drewnianej budki z węgierskim przysmakiem. Węgrzy od lat zamieszkują tereny Siedmiogrodu a wraz z nimi jest i kuchnia.

Langosz to drożdżowe placki z mąki, ziemniaków i z dodatkiem mleka, smażone na głębokim oleju. Coś jakby racuchy o średnicy 25 centymetrów posmarowane gęstą, kwaśną śmietaną i posypane startym żółtym serem, pyszota! Nie jadłem ich od lat. Czuję że to będzie dobry dzień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Aby dojść do kas biletowych trzeba przejść przez sporych rozmiarów bazar wyglądający trochę jak targowisko w Zakopanem. Można tu dostać wszystko co związane z Draculą, wampirami, rycerzami, magnesiki, breloczki, pocztówki, koszulki, ale również miejscowe wyroby ludowe takie jak przetwory owocowe w tym nalewki, sery, kiełbasy, ubrania w tym kapcie i haftowane obrusy. Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo sporej ilości badziewia, bazar wyglądał schludnie i czysto. Basia ubolewa, że nie mają tu pamiątek z Transfogarskiej:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dochodzimy do drewnianego czarnego budynku z dwiema zadaszonymi bramami. Jedna prowadzi do zamku, a druga do niewielkiego skansenu. Jako, że bilet do skansenu kosztował chyba tyle co do zamku to odpuściliśmy, ale tylko dlatego, że wydawał się mały. W tym miejscu polecam skansen w Bukareszcie, naprawdę warto i wejście jest tańsze.

Zakupujemy wejściówki do zamku, które okazują się niedrogie, zaledwie 6 Euro, naprawdę warto. Tuż za bramą po lewej stronie w gęstym lasku stoi bardzo klimatyczna stara chałupa z drewnianym dachem porośniętym mchem. Wygląda trochę jak z powieści Tolkiena. Podobno kiedyś służyły za punkt poboru cła za przejazd przez przełęcz oddzielającą Siedmiogród od Wołoszczyzny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Teraz czeka nas długa wspinaczka pod górkę, wybrukowaną kamieniami uliczką. Strome schody prowadzą do wejścia gdzie zaczyna się trasa turystyczna po zakamarkach zamku. Przechodzimy przez liczne pomieszczenia mieszkalne gdzie dominuje biel ścian i ciemne drewniane elementy.

Komnaty są niskie i bardzo przytulne, a umeblowanie i sprzęty wydają się być oryginalne.

W części pomieszczeń zorganizowana jest wystawa wyjaśniająca związek zamku z powieścią o hrabim Draculi. Otóż, opis  zamku tytułowego bohatera doskonale pasuje do zamku w branie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobno autor, irlandzki pisarz późnego XIX wieku, niejaki Bram Stoker, mimo że nigdy nie odwiedził Rumuni miał wzorować się na budowli korzystać z rycin i opowieści. Kolejna część wystawy opowiada historię brutalnego Vlada Palownika, władcy Wołoszczyzny, który to podobno był inspiracją do stworzenia fikcyjnej postaci Draculi. Jednak, faktyczna siedziba Vlada znajdowała się za górami fogarskimi, jego związek z Bran’em jest taki, że podobno był tu więziony.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest również opisana XX wieczna historia zamku i jego arystokratycznych władców. Wspomnę tylko, że w latach dwudziestych zamek został przekształcony w letnią rezydencję rumuńskiej księżniczki Marii. W 2009 zamek został zwrócony potomkom rodziny królewskiej.

Jedno piętro, drugie piętro, sam nie wiem ile jest tych kondygnacji. Wychodzimy na mały tarasik widokowy, prawie na dachu, skąd można zobaczyć wewnętrzny dziedziniec i okalające go drewniane krużganki. Wąskie drewniane schodki prowadzą nas niżej, poprzez murowane łukowe arkady i niżej aż na dziedziniec.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Muszę przyznać, że sceneria jest naprawdę bajkowa. Nie sądziłem, że tak bardzo zachwycę się tą budowlą. Szkoda tylko, że szaleją tu stada irytujących turystów i ciągle włażą w kadr. Mimo wszystko warto odwiedzić Bran.

Do Râșnov’a

Następny przystanek, zamek chłopski w Râșnov’ie. Już z daleka widać potężną średniowieczną cytadelę siedzącą wygodnie na szczycie wzgórza jak kwoka na jajkach. Nie da się nie zauważyć tej budowli szczególnie, że na zboczu tuż pod jej murami ustawiono, złożony z wielgachnych białych liter, napis „Râșnov”. To chyba jakaś lokalna moda, albo Râșnov’ianie pozazdrościł Brașov’ianom i też pierdyknęli sobie nazwę swojego miasta w stylu rodem z Hollywood.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mimo, że tego typu marketing spotkał się z różnym odbiorem mieszkańców, to ja osobiście uważam to za świetny pomysł. Szczególnie, że można tu trafić nawet w nocy bo, kilkunastometrowej wysokości, napis jest podświetlany.

Pierwszą warownię, założyli na tutejszym wzgórzu, sprowadzeni w te rejony w XIII wieku Krzyżacy. W późniejszym okresie zamek został wielokrotnie rozbudowany, a po wykupieniu go przez mieszkańców Râșnov’a i przekształceniu w samowystarczalną twierdzę, służył im jako schronienie w razie zagrożenia. To właściwie małe miasteczko za grubymi murami i największa tego typu budowla w Rumunii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przejechaliśmy nowiutkim asfaltem, przez niczym nie wyróżniające się miasteczko i kierując się zgodnie ze wskazaniami brązowych unijnych strzałek, dotarliśmy do sporego parkingu. Byliśmy troszkę zawiedzeni, bo myśleliśmy że wiedziemy motocyklami na samą górę.

Niestety z parkingu do cytadeli można się było dostać jedynie na dwa sposoby, pieszo lub kiczowatym traktoro-pociągiem. Z uwagi na to iż myśleliśmy że to daleko, zaczęliśmy zastanawiać się czy aby nie wskoczyć do ciuchci. Na szczęście jakaś idąca z góry niemiecka turystka doradziła nam, by nie przepłacać i iść na piechotę. Dobrze, że jej posłuchaliśmy bo brukowana droga ze stylizowanymi latarniami, ławeczkami i koszami na śmieci, miała zaledwie siedemset metrów długości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na jej końcu, znajdował się placyk, na którym zawracały wagoniki i mała drewniana knajpka z ogródkiem piwnym. Poszliśmy wzdłuż kamiennego muru w kierunku wysokiej wierzy uwieńczonej drewnianym pomostem dla strzelców i spadzistym dachem pokrytym dachówkami.

Trochę to wszystko wygląda jakby niedawno zostało odbudowane od zera:P Trzeba jednak przyznać, że jest kulturka i trzymają poziom, nawet jest bezpłatny czysty kibelek.

Przez bramę w masywnej wierzy dostajemy się do środka. Jak na razie nie ma szału, dookoła głównie trawnik i ledwo wystające z ziemi fundamenty starego kościoła. Właściwa, cześć cytadeli z masywnymi murami znajduje się kilkadziesiąt metrów wyżej i prowadzi do niej pozawijana żwirowa dróżka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tuż przed główną bramą kiedy za 10 lei kupowaliśmy bilety wstępu, zaczepiła nas młoda dziewczyna z identyfikatorem i zapytała czy nie potrzebujemy przewodnika. Zgodziliśmy się, bo powiedziała, że za darmo:P Jak się okazało niewiele się ciekawego dowiedzieliśmy, bo z angielskim było u niej słabo i ciągle brakowało jej słów.

Wewnątrz można odnieś wrażenie, że znajduje się w małej kamiennej wiosce a nie w twierdzy. Małymi domkami, jeden przytulony do drugiego i kilka wąskich uliczek. Co prawda północno zachodnia część to same ruiny, jednak większość budynków została odbudowana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z remontem i odbudową kompleksu związane są pewne kontrowersje, ponieważ poprzedni właściciel uprawiał samowolkę budowlaną. Obecnie obiekt przeszedł w ręce miasta. Mimo wszystko to bardzo przyjemne miejsce i nie ma tu jeszcze zbyt wielu turystów, choć spotkaliśmy grupkę Polaków. Z uwagi na bliskość Brașov’a i zamku w Branie gdzie turystów jak mrówek, coraz więcej ciekawskich zagląda również do Râșnov’a.

Prejmer, nie omijaj

Bez dwóch zdań jest to atrakcja, którą będąc w Brașov’ie trzeba odwiedzić koniecznie. Należy pamiętać aby sprawdzić godziny otwarcie, żeby nie sfrajerować się tak jak my:) Miasteczko Prejmer znajduje się zaledwie 20 kilometrów na północny wschód od Brașov’a. Dojazd bardzo dobry wylotówką numer 11, prosta, szeroka jezdnia i dobre oznakowanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trzeba się jednak najpierw wydostać z miasta. Nigdzie, nawet w skandynawi, nie widziałem tyle rond co w Brașov’ie. Właściwie na każdym większym skrzyżowaniu jest rondo, a czasem nawet dwa jedno obok drugiego. W dodatku mają od dwóch do czterech pasów co wprowadza stres, bo miejscowi potrafią ze skrajnego lewego pasa skręcać w prawo. Nie wspomnę nawet o kosmicznym ruchu na ulicach tego miasta, samochód za samochodem i obok samochodu. Cały ten zamęt powodował, że często nie zauważałem znaków i myliłem drogę, ku niezadowoleniu jadącej za mną Basi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jakoś to tak chyba jest, że ten kto jedzie z przodu skupia się bardziej na tym co dzieje się na drodze, a jadący z tyłu może skupić się na znakach i konflikt gotowy:P W końcu zgubiłem Basię na jednym ze skrzyżowań i dopiero telefonicznie ustaliliśmy gdzie jesteśmy. Spotkaliśmy się tuż przed Prejmer. Basia stała na poboczu i z dumnym, zwycięskim wyrazem twarzy dopalała papierosa:P Sama wioska niczym się nie wyróżnia, za to warowny kościół to prawdziwa perełka i cel naszej podróży. Historia tego miejsca sięga XIII wieku, kiedy to krzyżacy wznieśli tu pierwszą świątynię.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W późniejszym okresie kościół został rozbudowany i ufortyfikowany przez cystersów. Otaczają go grube wysokie nawet na 14 metrów mury. Mieszczą one w sobie 270 pomieszczeń na czterech kondygnacjach, które służyły miejscowej ludności za schronienie w razie zagrożenia. Po szczycie muru pod dachem biegnie dookoła korytarz obronny z otworami strzelniczymi. W XVI wieku kompleks rozbudowano i zyskał dodatkowy dziedziniec, budynki szkoły, piekarnię i młyn napędzany wodą z szerokiej fosy, która otaczała mury (Wiki).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaparkowaliśmy nieopodal kompleksu, nie wiedząc dokładnie gdzie znajduje się wejście. Rozejrzeliśmy się dookoła, wioska była senna i spokojna. Naprzeciwko jakiś zdewastowany dom z powybijanymi szybami straszy przyjezdnych. Jedyne, żywe dusze to kilku robotników układających chodnik. Byli wyraźnie zainteresowani naszą obecnością i coś tam mamrotali pod czarnymi wąsami.

Spacerkiem wzdłuż pękatych białych murów dotarliśmy do głównej bramy. Prowadził do niej masywny murowany i zadaszony mostek z kolumnadą po obu stronach. Gdy zbliżyliśmy się do drewnianych wrót dostrzegliśmy kartkę która informowała, że obiekt udostępniany jest zwiedzającym do godziny 17-tej. Spojrzałem na zegarek i tu pojawił się problem, bo była 17:30. Szlag by to trafił. Szkoda bo bardzo chcieliśmy, a przynajmniej ja, zobaczyć wnętrzności tego grubaśnego kompleksu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy zajrzeliśmy przez szparę we wrotach, zobaczyliśmy pierwszy mniejszy dziedziniec rodem z jakiegoś średniowiecznego zamku i kolejną bramę. Ściana na przeciwko oklejona była drewnianą konstrukcją pomostów i schodów. Podobno mur od wewnętrznej strony cały pokryty jest kilkoma poziomami drewnianych krużganków i schodkami umożliwiającymi przemieszczanie się pomiędzy nimi. Niestety nie było nam dane zobaczyć ich na własne oczy, tak jak i kościoła na bazie krzyża skrywającego gotycki tryptyk i wczesnorenesansowe stalle. No cóż, obeszliśmy się smakiem i wróciliśmy do Brașov’a.

(Dalsza część podróży we wpisie”Viscri, śladami siedmiogrodzkich Sasów“)

Data wizyty: lipiec 2012

Przez Transylwanię do Brașov’a

Transylwania. Zapewne pierwsze skojarzenie, dla większości z nas to wampiry, zamki i mroczne góry. Odcinek z Câmpulung do Bran’u jak najbardziej pasuje do tego wyobrażenia, szczególnie że pokonywaliśmy go podczas burzy. Na wstępie sprecyzujmy jednak, co kryje się pod nazwą Transylwania. Jest to kraina historyczna położona na Wyżynie Siedmiogrodzkiej i wywodzi się od łacińskiego określenia „ultra silvam” oznaczającego „za lasem”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nazwa ta od wieków używana jest wymiennie z niemieckojęzyczną Siebenbürgen, co po naszemu oznacza Siedmiogród. Sprowadzeni w XII wieku niemieccy i holenderscy osadnicy głównie chłopi, rzemieślnicy i górnicy przyczynili się do rozwoju prowincji. Jedna z teorii mówi, że nazwa Siebenbürgen wzięła się od siedmiu grodów/warowni, które zostały przez nich wzniesione na tym terenie dla obrony przed najeźdźcami z południa. W śród nich (grodów) wymienia się najważniejsze miasta takie jak Hermannstadt (Sibiu), Kronstadt (Brașov), Klausenburg (Cluj-Napoca), czy Schäßburg (Sighișoara). Od wieków teren środkowej Rumunii stanowi swoisty rumuńsko- węgiersko- niemiecki tygiel narodowościowy, nie zapominajmy również o Cyganach:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzisiejszy dzień miał być czystym relaksem, przecież wczoraj przejechaliśmy Transfogarską, więc cała reszta to pestka. W Curtea de Argeș odbijamy na drogę, która za 140 kilometrów doprowadzi nas do Brașova. Słoneczna pogoda, jedzie nam się bardzo przyjemnie, droga to wije się zakrętami przez wzgórza to schodzi w dolinę, w poprzek górskich fałd. Nawierzchnia całkiem niezła, dużo radości z jazdy.

Z Câmpulung droga wspina się na pobliskie wzgórze i nagle naszym oczom ukazuje się dziwna kamienna budowla z kamiennymi schodami i wierzą w stylu latarni morskiej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zainteresowani zatrzymujemy się na parkingu i stawiamy motocykle w cieniu sklepiku z pamiątkami. Wykorzystujemy chwilę na uzupełnienie płynów bo słońce pali niemiłosiernie. Basia obawia się troszkę wałęsających się tu bezdomnych psów, ale i one ledwo żyją z gorąca. Wspięliśmy się po schodach i za drobną opłatą zajrzeliśmy do wnętrza. W środku znajdowały się makiety oraz grafiki przedstawiające bitwy stoczone prawdopodobnie w tym rejonie.

Niestety informacje dla turystów zapisane były jedynie po rumuńsku. Udało nam się jednak wydedukować, że chodzi o I Wojnę Światową i że monument został wzniesiony na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX. wieku. Dalej przeszliśmy do krypty pod wierzą gdzie znajdowały się szczątki 2300 rumuńskich żołnierzy, poległych na polu walki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jest niesamowicie parno. Mimo, że widok na Câmpulung wciąż jest dobry i świeci słońce, to z drugiej strony wzgórza nadciągają czarne chmury. Obawiamy się, że zanosi się na burzę, a tego motocykliści nie lubią. Kilka kilometrów dalej w dolinie złapał nas deszcz. Schroniliśmy się pod dachem przydrożnego sklepiku, właściwie była to stacja z gazem i drewniana budka z napojami i olejami. Kupiłem energy drinka od sympatycznego grubawego właściciela. Schowani pod małym daszkiem, patrzyliśmy jak mokną nasze motocykle i chwaliliśmy się wzajemnie jaka to dobra decyzja, że się zatrzymaliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Owszem dobra bo po kilkunastu minutach prawie przestało padać i postanowiliśmy ruszyć dalej. Droga wspinała się do góry, a chmury były jakby coraz niżej i snuły się pomiędzy szczytami. Panowała ponura, lekko tajemnicza atmosfera, deszcz siąpił nieśmiało, a architektura tutejszych domów przypominała scenerię rodem z filmów o wampirach. Czarne burzowe chmury kłębiły się już z każdej strony, mruczały grzmotami, od czasu do czasu rozbłyskując fioletowymi piorunami. Asfalt jak na złość wspinał się wyżej i wyżej, już było widać całą dolinę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powiem szczerze, że nie wpadł bym na to by drogę poprowadzić po wierzchołku wydłużonego wzniesienia. Wyglądało to tak, że po jednej i po drugiej stronie była dolina, do których prowadziły trawiaste zielone zbocza i żadnych drzew. Byliśmy wystawieni jak na strzelnicy i zaczęliśmy się zastanawiać jakie jest prawdopodobieństwo, że trafi nas piorun.

Mała ciekawostka, otóż przed prawie każdym domem przy ulicy ustawione jest drewniane stoisko z domowymi wyrobami. Wystawka zawiera głównie suszone kiełbasy, sery i obowiązkowo czerwone i białe wino w plastikowych petach. Później żałowałem, że nie zatrzymaliśmy się przy żadnym, ale i tak nie mieliśmy jak tego wińska ze sobą zabrać:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga wiła się aż do Branu, gdzie wygięła się lekkim łukiem na wschód i doprowadziła nas, jak po sznurku, przez Râșnov prosto do Brașova.

Zatrzymaliśmy się na dość dziwnym przejeździe kolejowym na rogatkach miasta i staliśmy tam chyba z piętnaście minut. Początkowo nikt się za nami nie ustawiał, wybierając alternatywną trasę obok, więc zaczęliśmy się zastanawiać czy się nie frajerujemy. Po chwili zaczęła tworzyć się mała kolejka i stwierdziliśmy, że skoro miejscowi tam jadą, to musi być właściwa droga.

Do centrum starego Brașova dotarliśmy bez większych problemów. Co jak co ,ale oznakowanie w Rumuni jest bez zastrzeżeń.  Zrobiliśmy rundkę wokół rynku, bo większość uliczek jest tu jednokierunkowa i zaparkowaliśmy rumaki na chodniku nieopodal ratusza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od razu widać tu niemiecką rękę. Nie ma w tym nic dziwnego bo miasto założone zostało przez Krzyżaków w XII wieku, a rozbudowywane przez saskich osadników, aż do wieku XX jako Kronstadt. W okresie międzywojennym dominowała tu ludność węgierska, niemiecka i rumuńska. Otwarto tu również pierwszą rumuńską fabrykę samolotów, w czasach powojennych przekształconą w wytwórnię traktorów.

Ciekawostką jest, że Brașov w okresie komunizmu nosił nazwę „Orașul Stalin” czyli „Miasto Stalina”. Na szczęście industrialne przedmieścia rozlały się na równinę w kierunku północnym, tam też przeniosło się centrum dzisiejszego Brașov’a. Rozległe stare miasto przetrwało bez uszczerbku wciśnięte klinem w dolinę na południowy zachód od centrum.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie znam się na średniowiecznych strategiach obronnych, ale takie ulokowanie miasta pozwala wrogowi bezkarnie ostrzeliwać zabudowania z pobliskich wzgórz. Kiedyś cała osada otoczona była kamiennym murem z licznymi basztami i bramami. Do dzisiaj zachowały się dość długie odcinki fortyfikacji u podnóża góry Tampa i w okolicach wieży obronnej „Białej” wzdłuż ulicy o wdzięcznej nazwie „Dupa Ziduri”.

Starówka ma typową dla saskich miast zwartą zabudowę z rynkiem, na którego środku stoi ratusz. Większość budynków nie ma więcej niż trzy piętra i wszystkie pokryte są pomarańczową dachówką. Starannie wytyczone uliczki schodzą się do ryku i ulicy kupieckiej, przy której znajdują się dwukondygnacyjne sukiennice. Zabudowa do złudzenia przypomina starówkę Sibiu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyruszyliśmy na poszukiwanie informacji turystycznej, jak się okazało mieści się ona w samym ratuszu. Ta charakterystyczna budowla z kwadratową wierzą wraz z trójkątnym rynkiem jest „znakiem” rozpoznawczym Brașov’a. Wszystkie kolorowe kamieniczki w ścisłym centrum zostały pieczołowicie i z detalami odrestaurowane. Rynek równiutko wyłożony kostką, jest też nowoczesna fontanna i stojak z rowerami miejskimi. Przed licznymi knajpkami ustawione są zadaszone i udekorowane kwiatami, ogródki piwne. Bardzo przyjemna atmosfera.

W biurze informacji turystycznej wypytujemy o tanie noclegi w mieście. Byliśmy troszkę rozczarowani, kiedy pani podała nam tylko dwie opcje kwatery, liczyliśmy na większy wybór.  Okazało się jednak, że jedna z nich jest kilkaset metrów stąd na starówce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miła pani wykonała telefon, a następnie wręczyła nam karteczkę z adresem i imieniem właścicielki, mówiąc że będzie tam na nas czekała o 17:00. Chwilkę pobłądziliśmy w jednokierunkowych uliczkach, ale byliśmy na czas. Uśmiechnięta właścicielka w średnim wieku, otworzyła dla nas drewniane wrota i wjechaliśmy na niewielki brukowany dziedziniec. Znalazło się nawet zadaszenie dla naszych motocykli.

Po schodkach weszliśmy do oficyny. Najpierw przestronne lobby pod szklanym dachem stół krzesełka i kanapa. Nawet jakieś zielone kwiatki były. Dostaliśmy spory pokój, mebelki, przechodzony dywan, duperelki, łazienka, wszystko gra. Nie pamiętam dokładnie ceny za dobę, ale była bardzo atrakcyjna. Wzięliśmy szybki prysznic i wyruszyliśmy na poszukiwanie jakiejś miłej knajpki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zasiedliśmy w sporawym ogródku restauracyjnym w jednaj z bocznych uliczek. Solidny drewniany płotek i mebelki, parasole, eleganckie a za razem swojskie nakrycia stolików. Bardzo sympatyczna, młoda i urodziwa pani kelnerka z uśmiechem podała nad menu. Ceny również sympatyczne i zachęcające. Miejscowe piwo Ursus lub równie markowe Ciuc za 6 złotych w restauracji! Taniocha! To tak jakby w Bernardzie na Wrocławskim rynku kupić piwko za szóstkę. Nie pamiętam co dokładnie zamówiliśmy, ja zapewne jakiś gulasz mięsny i mamałygę, ale wszystko było pyszne i ponad 20% tańsze niż w Polsce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siedziałem przodem do jednego z głównych deptaków i miałem okazję poobserwować miejscowe dziewczyny. Muszę przyznać, że Rumunki są prześliczne, nawet ładniejsze niż Serbki, a Serbki też są piękne. Czarne długie włosy, zadbane, gustownie ubrane.

Po udanym obiadku, wybraliśmy się na spacer. Prawie z całego miasta, a w szczególności z rynku, widać wielki białe litery układające się w nazwę Brașov. Napis umieszczony jest na zboczu góry Tampa, na którą wjechać można czerwoną gondolką z reklamą Coca-Coli. Oczywiście w nocy jest podświetlony (napis), co tylko dodaje uroku iluminacji starówki. Na kolejnej górze znajduje się dość ciekawy fort, jego mury również są podświetlone.

Jest też i synagoga, wbudowana w jedną z pierzei rynku. Trudno nie zwrócić uwagi na katedrę dominującą nad starym miastem, szczególnie że stoi w pobliżu rynku. „Biserica Neagră” czyli „Czarny kościół” to największą budowlą sakralna w Rumunii i największa późnogotycka świątynia na wschód od Wiednia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Innym ciekawym obiektem jest barokowa cerkiew Św. Mikołaja, stojąca niegdyś poza murami saskiego miasta. Warto również zajrzeć do pierwszej rumuńskiej szkoły, która stoi tuż obok niego. Podobno w XV wieku gdy otwarto szkołę, każda wioska miała wysłać delegata aby szkolili się na nauczycieli, a potem wrócili w rodzinne strony niosąc kaganek oświaty.

Warto, choć nie jest to łatwe, odnaleźć uliczkę „Strada sforii”, czyli „sznurkową”, która jest jedną z najwęższych uliczek w Europie. Niestety my jej nie odwiedziliśmy, trzeba przecież zostawić coś na następny raz:)

Kolejnego dnia wybraliśmy się zwiedzać okoliczne atrakcje czyli zamek chłopski w Râșnov’ie, zamek Draculi w Bran’ie i kościół warowny w Prejmer. O tych miejscach przeczytacie w następnym wpisie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Brașov’ie spędziliśmy w sumie dwie noce, a ostatniego dnia wybraliśmy się kolejką gondolową na szczyt Tampy. Można też wejść na piechotę, ale polecam kolejkę. Widoki z góry uwielbiam do tego stopnia, że w miarę możliwości, w każdym mieście, które zwiedzam wspinam się na najwyższą wierzę lub pagórek. I tym razem się nie zawiodłem. Widok na stary Brașov, jest dopełnieniem odwiedzin, wisienką na torcie. Górna stacja gondolki ostro woni PRL’em:P Komuna na maksa. Jakaś pusta stołówka i architektura rodem z Misia. Leśną ścieżynką docieramy do wielkiego napisu w stylu Hollywood, przy którym znajduje się wiekowy taras widokowy. Teraz doskonale widać, to o czym czytaliśmy w przewodniku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Starówka składa się jakby z dwóch części. Po prawej ta saska, równiutka, ułożona, zwarta i zaplanowana. Ta z lewej chaotyczna, spontaniczna i pogmatwana nosi nazwę „Şchei”. To część, która znajdowała się poza murami i zasiedlana była przez rumuńskich i bułgarskich osadników. Podobno mieszkańcy tej „dzielnicy” mogli wchodzić do Brașov’a tylko o określonych porach i tylko przez jedną bramę (Katarzyny), a jeśli chcieli wnieść coś na handel musieli zapłacić myto. Brama Katarzyny to jedyna oryginalna średniowieczna brama miejska, która przetrwała do naszych czasów.

Braszów jest super i na pewno tu kiedyś wrócimy, ale dzisiaj czeka na nas jeszcze Viscri i Sigișoara.

(Dalsza część podróży we wpisie”Brașov, okoliczne atrakcje“)

Data wizyty: lipiec 2012r.

Viscri, śladami siedmiogrodzkich Sasów

To jedno z tych miejsc, gdzie czas się zatrzymał. Można by odnieść wrażenie, że Viscri to skansen, że to wszystko tylko po to żeby zwabić turystów. Jednak wioska jest prawdziwa, a świadczą o tym jej mieszkańcy do dziś kultywujący okoliczną ziemię i miejscową tradycję. Trwające do dziś odizolowanie od głównego szlaku komunikacyjnego, pozwoliło na zachowanie pierwotnego germańskiego układu urbanistycznego, a pod koniec lat dziewięćdziesiątych zaowocowało wpisaniem na listę UNESCO.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciekawostką jest, że jedno z gospodarstw zostało, w 2006 roku, zakupione przez brytyjskiego księcia Karola. Obejście, po gruntownej restauracji, został przekształcone w rezydencję dla wytwornych gości i jest do wynajęcia, oczywiście za odpowiednią opłatą.

Deutsch-Weißkirch („Niemiecki Biały Kościół”), taką nazwę nadali osadzie Sasi, sprowadzeni w ten region Siedmiogrodu przez królów węgierskich pod koniec XII wieku. Nazwa ta, jak można się domyślić,  wywodzi się od białych ścian stojącego tu kościoła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sasi stanowili zdecydowaną większość mieszkańców wsi, aż do XX wieku. Jednakże po masowej emigracji na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych populacja zmniejszyła się z kilkuset do zaledwie kilkudziesięciu osób (Wikipedia).

W dwóch trzecich drogi z Brașova do Sighișoara, na wysokości wioski Rupea odbijamy z drogi numer 13 i na najbliższym skrzyżowaniu w pobliżu Dacii skręcamy w prawo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kilka kilometrów później asfalt się kończy, ale gruntowa droga to dla naszych motocykli pestka. Gdzie nie spojrzeć tam pola, łąki i długo, długo nic. Mijamy traktor i jakiś samochód z turystami wzniecający tumany białego pyłu. Gdy chmura opada ruszamy dalej by po chwili dotrzeć do pierwszych zabudowań. Typowa zwarta zabudowa saskich osadników. Dom, brama, dom, brama, dom… Ciągnie się po obu stronach przez całą wioskę, nie dłuższą niż półtora i nie szerszą niż jeden kilometr.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy powoli, lekko pod górkę, aż dojeżdżamy do najwyższego punktu, gdzie stoi warowny kościół. To jeden z najbardziej rozpoznawanych obiektów tego typu w Rumunii. Kościół otoczony jest wysokim, masywnym białym murem i kilkoma charakterystycznymi basztami zwieńczonymi drewnianą konstrukcją przykrytą dachówkami. Budowla w obecnym kształcie przetrwała od XVII wieku. Wewnątrz fortyfikacji znajdowały się pomieszczenia służące mieszkańcom za schronienie dla nich i ich dobytku w razie częstych wtedy najazdów zza Karpat (Wikipedia).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na drzwiach dostrzegamy karteczkę, której treść zapisana po niemiecku oznajmia, że gospodarz ma przerwę obiadową. Szkoda, kolejny raz musimy obejść się smakiem. Podobna sytuacja spotkała nas w Prejmer, ale o tym kiedy indziej. Drepczemy dookoła murów i przechodzimy przez stary cmentarz, na pierwszy rzut oka przypominający owocowy sad. Przez furtkę drewnianego płotu wydostajemy się na uliczkę prowadzącą w dół do „centrum” wsi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W przeciwieństwie do głównego traktu, wybrukowana była otoczakami. Wyglądała na w miarę nową, ale świetnie komponowała się z otoczeniem. Minęliśmy niewielki budynek powozowni z czterema parami drewnianych wrót. Fasady wszystkich budynków odnowione i pomalowane różnymi odcieniami niebieskiego i żółtego. W każdym oknie niebieskie bądź zielone drewniane okiennice. W elewację wielu domów wmurowany jest kamienny zdobiony okrąg informujący o roku budowy. Większość została postawiona w latach 1870 do 1921. W tych czasach we Wrocławiu wznoszono wielopiętrowe kamienice.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po drugiej stronie uliczki, przy otwartej bramie wisi szyld zachęcający do odwidzenia sklepiku z pamiątkami. Minęliśmy stolik przy, którym jakaś podstarzała para Niemców albo Holendrów, rozmawiała z kobietą wyglądającą na właścicielkę. Uśmiechnęli się do nas uprzejmie. Ani Basia, ani ja nie jesteśmy fanami tandety i badziewia, którymi karmi się turystów na całym świecie. Jednak to co zobaczyliśmy w środku w niczym nie przypominało komercyjnego paździerzu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W małym pomieszczeniu, które kiedyś musiało być jakimś warsztatem co sugerowało zamontowane imadło, stał regał z kilkoma zaledwie glinianymi, kubkami, miseczkami, pojemnikami na przyprawy i jeden świecznik w tradycyjnym niebieski wzorze , trochę jak porcelana z Bolesławca. Dolną półkę regału zajmowały przetwory z owoców, przygotowane zapewne przez właścicielkę sklepu.  Przestrzeń zdominowana była przez kilkadziesiąt par wzorzystych filcowych kapci poustawianych na szerokim stole. Tutaj nie znajdziecie chińszczyzny. Wszystko subtelne, ręcznie robione i idealnie pasujące do klimatu Viscri.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po zejściu do głównej ulicy, postanowiliśmy sprawdzić co jest na jej końcu. Daleko nie było, więc skierowaliśmy się w prawo i niecałe 150 metrów dalej na rozwidleniu dostrzegliśmy malutki murowany kościółek z malutką kwadratową wierzą. Rzucały się w oczy kolorowe malowidła, nad drzwiami i bocznymi oknami, przedstawiające podobizny świętych. Kościółek otoczony jest starym drewnianym płotem, niektóre żerdki zakończone małym drewnianym krucyfiksem. Przed płotkiem wisiał ukrzyżowany Jezus.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Całość wyglądała jak jakaś makieta, albo miniaturka, ale biorąc pod uwagę ilość potencjalnych wiernych w Viscri i fakt, że każda okoliczna wioska ma swój kościółek, to w zupełności wystarcza. W oknie domu stojącego obok dostrzegliśmy, staruszkę z rozpuszczonymi srebrnymi włosami. Wyglądała jak zjawa, a minę miała jak nieboszczyk.

Powolnym spacerkiem kierowaliśmy się do „centrum” wioski, kiedy uświadomiłem sobie, że zostawiłem kluczyk w stacyjce motocykla.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ruszyliśmy w boczną uliczkę prowadzącą do warownego kościoła, by przekonać się że motocykle stoją jak stały. Obok pracowała ekipa remontująca jedno z gospodarstw. Powolutku stoczyliśmy się na dół, robiąc po drodze kilka ustawianych fotek na naszych rumakach. Miasteczko wydaje się opustoszałe, a to tylko dodaje mu uroku. Zaparkowaliśmy przed jedynym sklepem, ale nawet tutaj nie było specjalnego ruchu. Przez godzinę przejechały może dwa samochody, w tym jeden z turystami. Zapewne wszyscy miejscowi pracują w polu korzystając ze słonecznej pogody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Postanowiliśmy wyczilować się chwilkę na ławeczce przed sklepem. Zapytałem Basię czy coś chce, ale Basia chciała akurat świętego spokoju:P Wchodząc do środka dokładnie wiedziałem czego potrzebuje mój organizm. Sympatyczna pani sklepowa podała chłodną puszkę. Zimny cytrynowy Ciuc Radler! Idealny na upały i tylko 2 procent, więc w sam raz dla zmotoryzowanych:P Siadłem wygodnie na wyślizganej tyłkami autochtonów ławeczce. Basia, gdy tylko usłyszała charakterystyczne „psssyt” zaraz nabrała ochoty na ochłodę, więc wypiliśmy na pół delektując się, niemalże w ciszy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siedzieliśmy, obserwując spokojne otoczenie. Nie działo się nic, i to właśnie jest piękne. Na jednym z kominów wielkie gniazdo, w którym para bocianów dogląda swoje młode. Czas wydawał się płynąc w tempie dziesięć razy wolniejszym niż zwykle. Pod nogami krząta się jakaś młodociana kurka, od czasu do czasu dobiega nas niemrawe „muuuuuu”. Jest wspaniale, jest cudownie. W duchu chciałbym, by to miejsce nigdy nie zostało skomercjalizowane. By pozostało prawdziwe i sielskie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wzdłuż głównego traktu, po jednej stronie ciągnął się rów melioracyjny i pas zieleni, ze szpalerem drzew, oddzielający domy od drogi. Jedyne czym różnił się ten widok od tego sprzed 150 lat to słupy energetyczne. Przed domami stały drewniane wozy i różnego rodzaju archaiczny sprzęt rolniczy, który zapewne wciąż jest w użytku. Środkiem wsi, jak gdyby nigdy nic, spacerowało sobie stado dorodnych krów. Naprzeciwko sklepu leżały potężne, wydrążone i wypełnione wodą, pnie drzew służące za poidło dla bydła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po miłym leniuchowaniu, niestety trzeba było ruszać dalej. Skierowaliśmy się na drogę prowadzącą do głównej na Sighișoarę. Ten odcinek doczekał się asfaltu. Na koniec jeszcze jedna niespodzianka. Na obrzeżach wioski Bunești, tuż przed wjazdem na główną, natknęliśmy się na wioskę smerfów. Sznurek małych jednoizbowych domków, z których spora część pomalowana była na turkusowy niebieski, a może zielony, sam nie wiem w końcu faceci nie potrafią nazywać kolorów:P Zatrzymałem się żeby cyknąć kilka fotek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Basia zsiadła z motocykla, by odnaleźć coś w swoim pakunku. I nagle nie wiadomo skąd nadbiegła chmara dzieciaków i zaczęła dobierać się do Basiowego bagażu. Dzieci jeszcze jakoś byśmy przeżyli, ale za nimi szło już pół wioski zainteresowane przybyszami. No cóż schowałem aparat i szybko się stamtąd ewakuowaliśmy. Okazało się, że to wioska zamieszkiwana przez Cyganów:) To właściwie jedyny incydent, jeśli w ogóle można to tak nazwać, z Cyganami na całej naszej trasie.

(Dalsza część podróży we wpisie”Sighișoara, tak piękna że powinna być za to ukarana“)

Data wizyty: lipiec 2012r.

Sibiu i Câlnic, na szybko

Opuściliśmy Hunedoarę i pospieszyliśmy krajową siódemką w stronę Sibiu. Rewelacyjna słoneczna pogoda, niestety niezbyt przyjazna dla motocyklistów w czarnych kaskach, kurtkach i długich spodniach. Kolejny dzień, podczas którego wkładki naszych hełmów nasiąkały potem. Bezkresne pola złocistych zbóż przeplatały się z soczystą zielenią okolicznych pagórków i pastwisk, tworząc iście sielankowy krajobraz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co jakiś czas droga prowadziła przez wioski z typową dla tego regionu saską zabudową. Ogólnie mówiąc i nie wnikając w szczegóły (o siedmiogrodzkich Sasach w kolejnym wpisie) rejon ten zdominowany jest przez budownictwo niemieckojęzycznych osadników sprzed stu kilkudziesięciu lat. Właściwie każda wioska wygląda tak samo, tzn. tak samo ładnie. Wzdłuż głównej drogi po obu stornach stoją charakterystyczne kolorowe budynki z okiennicami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Każdy z domów połączony jest z kolejnym drewnianą obmurowaną bramą i tak ciągnie się to przez całą wieś… brama, dom, brama, dom, itd. Większość z nich jest zadbana i aż ma się ochotę zatrzymać i zrobić zdjęcie. Nie jest to jednak łatwe, bo ruch na drodze jest spory, poza tym jak już wspomniałem jest cholernie gorąco i Basia złości się na mnie, że ciągle się zatrzymuję i wolno jadę. Mam nadzieję, że następnym razem będę mógł na spokojnie przejechać tę trasę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mijamy Sebeş, skąd skręcając na południe, dotrzeć można na Transalpinę, czyli najwyżej położoną drogę w Rumuni. Prowadzi ona przez góry Parâng, drugie najwyższe pasmo rumuńskich Karpat. My jednak kierujemy na zachód w stronę Sibiu, bo dziś naszym celem jest Trasfogarska.

Podczas podróży warto nawiązywać nowe kontakty i zasięgać języka. Dzięki Przemkowi i jego rodzinie, których spotkaliśmy na kampingu koło Hunedoary, dowiedzieliśmy się o małej wiosce Câlnic.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nigdy o niej nie słyszeliśmy, a okazało się że znajduje się tu jeden, z charakterystycznych dla tego regionu i wpisanych na listę UNESCO, zamków chłopskich. Zamek służył za schronienie dla mieszkańców w razie najazdu, albo innego niebezpieczeństwa. W wiosce panuje bardzo sielska atmosfera, trochę jak na polskiej wsi tylko architektura trochę inna. Czując lekki głód, zajrzeliśmy do chyba jedynego sklepu we wsi, położonego na głównym skrzyżowaniu niedaleko zamku. Szczerze się ubawiliśmy, bo tak głębokiego PRL’u dawno nie widzieliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Prawie nic na pułkach, ani pieczywa, ani nic na szybko, chyba nawet alkoholu nie mieli, skończyło się na tym, że wyszliśmy z dwoma przejrzałymi bananami. Wróciliśmy na główną, robiąc po drodze małą sesję zdjęciową.

Hermannstadt był ważnym ośrodkiem handlu oraz siedzibą zgromadzenia Niemców w Siedmiogrodzie. Miasto znane dzisiaj pod nazwą Sibiu lub polską Sybin jest jednym z większych rumuńskich ośrodków kulturowych i duchowych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Struktura mieszkańców zmieniła się znacząco szczególnie na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to większość zamieszkujących tu Niemców wyjechała na zachód. Obecnie Niemcy i Węgrzy stanowią odpowiednio 1,6% i 2% populacji (mówi Wikipedia). Od razu widać, że to duże miasto. Duże jak na Rumunię, bo ilość mieszkańców oscyluję w okolicach 150 tysięcy. Sibiu jest pięknie ulokowane, w pobliżu wysokich szczytów Karpat Południowych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bez większych problemów udaje nam się dojechać do centrum. Trzeba przyznać, że starówka jest bardzo rozległa i robi wrażenie. Nie ma tu wielu monumentalnych budowli, a większość budynków to dwu lub trzypiętrowe kolorowe kamieniczki. Jednakże jednolitość zabudowy tworzy magiczny klimat i prowokuje do spacerów kolejnymi uliczkami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wszystkie budynki w ścisłym centrum wyremontowane, kolorowe, kwiaty w oknach, kosteczka ułożona równiutko, jakieś knajpki z ogródkami piwnymi, jakieś sklepiki. Czysto i schludnie jak w Niemczech:) Wzrok przykuwa, charakterystyczna, biała wieża ratuszowa, często występująca na pocztówkach z tego miasta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na głównym placu, zaraz obok kościoła stoi dość ciekawa studnia. Niestety nie mieliśmy możliwości przyjrzenia się jej z bliska, gdyż tego dnia na placu ulokowany był start jakiegoś wyścigu. Postanowiliśmy posilić się w jednej z licznych restauracji. Niestety nie mam notatek z podróży, więc nie jestem pewny co zamówiliśmy. Pamiętam jednak, że było tego dużo… za dużo:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na początek zupa, Basia wzięła chyba gulasz z mamałygą zapiekaną z serem białym, to podobno miejscowa specjalność; ja wziąłem coś w stylu bałkańskiego cevapcici. Na deser wielka mrożona kawa z bitą śmietaną. Zaszaleliśmy bo to nasz pierwszy porządny obiad w Rumunii, poza tym skusiły nas ceny, które są niższe niż w naszym pięknym Tuskolandzie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O ile się nie mylę to piwo w eleganckiej restauracji w centrum starówki kosztowało około 6 złotych. Obsługa niezwykle sympatyczna i profesjonalna. Ledwo wstaliśmy od stołu, a przecież dzisiaj mamy jeszcze przejechać Transfogarską:P

(Dalsza część podróży we wpisie “Transfogarska, the best road… in the world“)

Data wizyty: lipiec 2012

W trzy gleby do Hunedoary

Pomimo sporej wodoszczelnej torby motocyklowej, którą przypiąłem ekspandorami, kufer na bagażniku ledwo się domknął. Wczesne piątkowe popołudnie, a kolorowe osiedle na wrocławskim Gaju rozgrzane było niczym kamienie w fińskiej saunie. Jakoś nie czułem podniecenia i ekscytacji, a przecież to moja pierwsza w życiu wyprawa motocyklowa. Uczucia te stępione były palącym słońcem i stróżkami potu spływającymi po skroniach i plecach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I wtedy przyjechała mistrzyni improwizacji i prowizorki, Basia:) Od jakiegoś czasu nosiła się z zamiarem pożyczenia kufra, a może nawet jakiś kupiła z tym że nie pasował do bagażnika. Ostatecznie postanowiła przekształcić swojego Trampka (Honda Transalp 600) w cygański wóz. Plecak, worek z namiotem i kilka innych pakunków owinęła tropikiem od namiotu i przypięła gumami do bagażnika. Przecież nie ma się co stresować bo do przejechania jedyne 3 tysiące kilometrów:P Co to dla dziewczyny, która w Himalajach jechała z gołymi kostkami podczas śnieżycy.

Gorąco zaczyna nas mocno irytować, wiec nie tracąc czasu kierujemy się na autostradę do Katowic. Naszym dzisiejszym celem są Kozy, rozległa wieś pod Bielskiem. Tak, tak zgadliście to tam znajduje się dwustuletni platan, który zajął drugie miejsce w plebiscycie na Europejskie Drzewo Roku 2013:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miejsce zamieszkiwane przez naszego przyjaciela Pawła, z którym często jeździliśmy na narty i żagle. Stwierdziliśmy, że miło będzie go odwiedzić, poza tym to świetna baza wypadowa na Słowacje i dalej do Rumuni.

Zajechaliśmy już po zmroku. Jako, że Paweł jest świetnym gospodarzem, czekał na nas z rozpalonym grillem i piwkiem chłodzącym się w lodówce. O ile pamięć mnie nie myli jedliśmy smakowite szaszłyki, nie jestem pewny czy to jego własnej roboty, czy wykorzystał to tego swoją lepszą połowę:P Nim poszliśmy spać, długo gawędziliśmy i wspominaliśmy stare dobre studenckie czasy.

Gdybyście znali Pawła to wiedzielibyście, że jajecznica dla gości na śniadanie to niemal rytuał i tradycja. Do tego świeże pachnące bułki z masłem, pomidory i obowiązkowo herbata. Śniadanie mistrzów!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No cóż, było miło ale trzeba ruszać w drogę. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i już jesteśmy na trasie. Drogą wzdłuż Zalewu Żywieckiego jechałem wiele razy, ale chyba nigdy w lecie. Musze przyznać, że krajobraz robi wrażenie. Góry, woda, przyroda… widoczki i takie, takie. Dalej kierujemy się na przejście graniczne w Korbielowie. Droga robi się coraz węższa, wspina się wyżej i wyżej licznymi zakrętami. Świetny rejon na motocyklowe wycieczki.

Przejście graniczne, które znajduje się chyba na szczycie jakiejś góry w środku lasu, wygląda na opuszczone, ale zachowuje górski klimat. Jest mało uczęszczane, co dla motocyklisty oczywiście jest zaletą. W tym miejscu zaczęły się „schody”. Jak na wytrawnych i doświadczonych podróżników przystało, nie wzięliśmy ze sobą mapy Słowacji ani Węgier. Miałem tylko jakieś na szybko wydrukowane Google Maps, ale były mało dokładne. Jechaliśmy na czuja. Wiedzieliśmy, że chcemy na Poprad, ale znaków nie było:) Jeśli chodzi o oznakowanie na Słowacji to jest słabe i zbyt rzadkie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dużym zaskoczeniem był dla nas wielki zamek na wysokie skale, który wyrósł przed nami zaledwie 45km od granicy. Skupiliśmy się na Rumuni i żadne z nas nie sprawdziło co ciekawego można zobaczyć po drodze. Naprawdę imponująca baśniowa budowla wznosząca się ponad sto metrów nad miasteczkiem Oravský Podzámok. Dzisiaj już wiem z Internetów, że ów zamek jest jednym z tych, które naprawdę warto odwiedzić. Żałowałem, że nie mamy na to czasu, ale cóż będzie inna okazja. I tak od znaku do znaku minęliśmy Ruzomberok by dalej wzdłuż Tatr, które widzieliśmy po lewej stronie dotrzeć do Popradu. Imponujące szczyty otoczone były niemalże czarnymi, ciężkimi chmurami, które od czasu do czasu rozświetlały błyskawice. Modliliśmy się tylko, żeby ta burza nie dotarła do nas. Nie ma nic gorszego od jazdy na motocyklu w deszczu, no może poza jazdą na motocyklu w deszczu nocą:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niestety nasze modlitwy nie zostały wysłuchane. Schroniliśmy się na przydrożnym parkingu i zastanawialiśmy się czy wskakiwać w motocyklowe buty i spodnie. Strasznie nam się nie chciało, bo było ciepło, a poza tym to strasznie pracochłonne. Droga szeroka i nowa, ale deszcz był bardzo intensywny i każdy przejeżdżający pojazd ciągną za sobą chmurę mokrej mżawki. No i wkładamy to wszystko, po to by za kilkanaście kilometrów okazało się, że szosa jest już sucha i zaczynamy się gotować:)

Odcinek z Popradu do miejscowości Rožňava jest naprawdę genialny. Momentami przypomina drogę Transfogarską. Wije się serpentynami w dół, a widoki na dolinę podziwiać można z przydrożnego punktu widokowego. W Rožňavie na wjeździe na drogę E58 zaliczyliśmy pierwszą glebę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na ślimaku włączałem się do ruchu, ale zobaczyłem samochody nadjeżdżające obydwoma pasami z przeciwka i zwątpiłem czy nie jedziemy pod prąd. Zahamowałem do zatrzymania. W tej samej chwili usłyszałem huk i wraz z motocyklem runąłem na asfalt. Basia, która jechała tuż za mną wbiła się w mój prawy tył. Odłamał się kawałek bagażnika, jeden kierunek się wygiął, a drugi połamał, lekko wygiął się wydech i co najgorsze skrzywiła się wajcha zmiany biegów. U Basi cały przedni plastik połamany, ale trzyma się kupy. Wszystko co się dało skleiliśmy niezastąpioną taśmą Power Tape.

Gorzej było z dźwignią biegów, ale okazało się że jakoś da się jechać:P Kierujemy się główną drogą do przejścia granicznego i wypatrujemy drogowskazu na pierwsze węgierskie miasteczko Putnok. Ni cholery znaków. Zaczynamy wątpić i zatrzymujemy się w maleńkiej miejscowości Plešivec, całkiem tracąc orientację. Na szczęście zauważamy miejscowego kolesia na motocyklu i pytamy go o drogę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„Hungary”, nie kuma. „Węgry”, nie kuma. „Madziary” no zrozumiał i wskazał nam palcem jakąś zapomnianą drogę mówiąc „Dminika”. Pytamy go ze zdziwieniem dlaczego nie ma znaków, a on rozkłada ręce i żartobliwie odpowiada „Slovakiiija”:P i wszystko jasne. Droga prowadzi przez park krajobrazowy, wypłaszczoną szeroką doliną. Właściwie nie ma na niej ruchu. Mijamy sporych rozmiarów parking na odludziu i jakieś zabudowania z lat dziewięćdziesiątych. Okazało się że „Dominica” to jaskinia o czym poinformował nas duży betonowy napis. Naprawdę piękna trasa, soczysta zieleń i gęsto nasadzone drzewa po obu stronach szosy.

Przejeżdżamy obok budek maleńkiego prowincjonalnego przejścia granicznego i już jesteśmy na Węgrzech. Mijamy jakiś ośrodek wypoczynkowy, skałki , ładny zadbany teren z restauracją. Straszne zadupie, ale piękne. Jak już wspomniałem, mapy Węgier też nie mamy, więc na pierwszym skrzyżowaniu w najbliższej wiosce stajemy przed dylematem… w prawo czy w lewo?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dobrze, że pamiętałem, że mamy kierować się na Miskolc, a zapytany przez nas autochton pokazał palcem w prawo. W końcu udało nam się dojechać do głównej drogi już za Putnok’iem. Okazało się, że motocyklista z Plešivec wskazał nam najkrótszą drogę na Węgry. Przynajmniej trochę pozwiedzaliśmy:P Prujemy na Debrecen, gdzie odbijamy na Hajdúszoboszló, w którym z racji późnej pory zamierzamy przenocować.

Pewnie większość z was odwiedziła to miasteczko w dzieciństwie z rodzicami. Dla tych, którzy nigdy nie słyszeli o Hajdúszoboszló wspomnę, że słynie ono z brunatnych bogatych w liczne minerały i pierwiastki wód leczniczych. Kompleks basenów, Aquapark i Spa są oblegane głównie przez Polaków i Rumunów. Na uliczkach miasta, panuje odpustowa atmosfera jak nad polskim morzem. Parkujemy przy wejściu do kompleksu i już po chwili zagaduje nas starszy pan oferując nocleg na kwaterze. Nocne wyjście na piwko i spać bo jutro czeka nas 280 kilometrów do Hunedoary.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Robimy małą przerwę na najbardziej uczęszczanym węgiersko-rumuńskim przejściu granicznym w Bors. Przejazd przez Oradea, mimo ruchu, nie nastręczył nam problemów. Przez chwilę, za sprawą wysokich pasiastych krawężników, miałem wrażenie jakbyśmy jechali przez jakieś miasto w Turcji. Dalsza część trasy poszła nam naprawdę gładko. No może poza jednym małym incydentem. Co jakiś czas na krótkich odcinkach wprowadzono ruch wahadłowy. Przed jednym z takich odcinków zatrzymało nas czerwone światło. Słońce bardzo dokuczało, więc postanowiłem podjechać w cień i stanąć na piasku.

Niestety piasek okazał się być kilkucentymetrowym plackiem zastygniętego cementu, straciłem równowagę, noga okazała się za krótka i runąłem na lewy bok. W tym czasie Basia podjechał obok mnie i efektem domina leżeliśmy oboje. Dla obserwatorów musiało to wyglądać przekomicznie. Jednak nam nie było do śmiechu. Kufer wyrwał mi się z zaczepów i porysował się na żwirze. U Basi ucierpiało siodło. I znów poszła w ruch Power Tape, dodatkowo oplotłem całość gumowymi ekspandorami. Na takiej prowizorce przetrwałem kolejne siedem dni:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Hunedoara to miasto znane z przemysłu metalurgicznego. Intensywny rozwój od czasów rewolucji przemysłowej poprzez okres Ceauşescu kiedy to utworzono tu wielki kombinat górniczo hutniczy spowodowały, że miasto jest wręcz odrażające. Obecnie straszą upadłe huty i stalownie, a właściwie ich zgliszcza po masowych wyburzeniach w ostatnich latach.

Pośród tej brzydoty i nudy stoi on, jedyny powód dla którego naprawdę warto tu przyjechać – zamek. Znakomity przykład gotyckiej budowli warownej, wzniesiony za czasów węgierskiego panowania na tych ziemiach w XV wieku. Z czasem zyskał kilka elementów renesansowych i barokowych. W obecnym kształcie, ulokowany nad doliną rzeki Cernej, przypomina zamek rodem z bajek Disney’a. Do głównej bramy prowadzi długi drewniany most wsparty na wysokich kamiennych filarach.

Do zamku dojeżdżamy poprzez industrialny teren pełen niewiadomego przeznaczenia instalacji, rur i silosów. Po przekroczeniu bramy na przedzamcze znajdujemy się w zupełnie innym świecie. Brukowana droga, drewniane małe stragany wzdłuż muru, kamienna zabudowa i mniej lub bardziej kiczowate rycerskie akcenty. Jakoś nie mieliśmy parcia na zwiedzanie zamku od środka szczególnie że po długiej trasie szybko udzieliła nam się sielankowa atmosfera tego miejsca. Napawaliśmy się widokiem na zamek i zieloną dolinę. Od tego wszystkiego zgłodnieliśmy, więc ulokowaliśmy się w tutejszej „średniowiecznej” restauracji. Było miło, a o ile dobrze pamiętam jedzenie znośne, ale szału nie ma.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zachodzące słońce oświetlające rozgrzane mury zamku ostatnimi pomarańczowymi promieniami, zmobilizowało nas do pomyślenia o miejscu na nocleg. Nie podobała nam się perspektywa nocowania w tym szkaradnym mieście, więc poszedłem popytać autochtonów. Otwarte drzwiczki w kamiennym murze, a w środku kilkanaście osób i co najważniejsze komputer. Okazało się że ta gromadka młodych ludzi to bractwo rycerskie, a jeden z nich wyglądający na szefa mówił nawet trochę po angielsku. Powiedział, że tu niedaleko nad jeziorem jest pole namiotowe i pokazał mina ekranie monitora trasę dojazdu. Niestety nie mieli drukarki, ale byli na tyle mili, że naszkicowali małą mapkę długopisem na papierze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do oddalonego o niecałe 10 kilometrów jeziora Cinciş prowadzi świetna wijąca się jak wąż, w górę i w dół szosa, kolejna atrakcja dla motocyklistów. W pewnym momencie rozpościera się z niej wspaniały widok na wody jeziora, powstałego w skutek spiętrzenia wód rzecznych betonową zaporą. Niesamowite, że tak blisko paskudnego miasta znajduje się zielona i miła dla oka oaza. Teraz uwaga, bo będzie gleba numer trzy:) Niepewnie minęliśmy pierwszy camping, a do drugiego zdecydowaliśmy się wjechać. No i dobrze bo więcej ich nie było.

Jako, że szosa była wąska i ruchliwa, a wjazd na camping prowadził gruntową drogą stromo w dół, nie zatrzymałem się przy bramie żeby nie stracić równowagi. Kilkanaście metrów niżej stanąłem na wypłaszczeniu i od razu wdałem się w konwersację z Przemkiem, Polakiem który biwakował tu z rodziną. Nagle słyszę wołanie, obracam głowę ku wjazdowi, a tam jakiś mały facet z czarnym wąsem krzyczy do mnie i coś gestykuluje. Myśląc, że chodzi mu o opłatę, olałem go chwilowo wracając do rozmowy. Po chwili zjeżdża Basia i oznajmia, że skręcając w dół na camping miała glebę i to dlatego do mnie machali:P Taki ze mnie kumpel:P Na szczęście obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pan z wąsem po Rumuńsku i na migi wyjaśnił nam, że należy się po jednej lei (Rumuńska waluta) za osobę i za motocykl oraz 2leie za namiot. Razem 3 złote za osobę! Za chwilę okazało się, że pyszne lane piwko kosztuje 3,5 złotego! Żyć nie umierać! Nasz pierwszy nocleg w tym kraju, a już tyle pozytywnych niespodzianek.

Rozbijamy się obok polskiej rodzinki i popijając piwko miło konwersujemy. Okazało się, że Przemek miał kiedyś Afrykę (AfricaTwin, większa siostra Transalp’a). Opowiadają nam gdzie byli i dokąd warto pojechać, przemili ludzie. Mimo, że zrobiło się już ciemno nie mogliśmy sobie odmówić kąpieli w jeziorze. Wygląda na to, że to miejsce jest dość popularne wśród miejscowych, którzy licznie zjechali swoimi brykami po wiejskim tuningu, by połączyć się w grupki i imprezować przy muzyce. O ile pamiętam to jedna z grup siedziała przy ognisku i nawet mieli gitarę. Przyjemny klimat.

Przecisnęliśmy się na plażę i krok po kroku zanurzaliśmy się w czarną jak smoła wodę. Myśleliśmy, że to będzie orzeźwiająca kąpiel, ale woda okazała się być cieplejsza niż latem w zatoce Kotorskiej. Dosłownie zupa. Do tego ten klimat. Większość linii brzegowej jeziora nie była oświetlona, co dodawało tajemniczości i pozwalało bez przeszkód obserwować utkane gwiazdami niebo. Wspaniałe zakończenie długiego dnia i potwierdzenie, że warto było tu przyjechać.

Trzeba się wyspać bo jutro wielki dzień. Spełnienie naszego małego marzenia – Transfogarska!

(Dalsza część podróży we wpisie “Sibiu i Câlnic, na szybko“)

Data wizyty: lipiec 2012r.

Maramureş, zielono i wiejsko

Od Sigishoary przejechaliśmy już ponad 200 kilometrów. Dookoła pofałdowany krajobraz zielonych pagórków. Droga 17C zaczęła lekko wspinać się po zboczach. Czułem, że jesteśmy już blisko, ale tego co ujrzeliśmy żadne z nas się nie spodziewało. Pośrodku pustkowia wyrosła przed nami wielka rudobrązowa drewniana brama. Wysoka na jakieś 10 i szeroka na prawie 20 metrów rzeźbiona ludowym motywem typowym dla tych stron. To tutaj zaczyna się Maramureş.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co prawda brama wygląda na świeżo postawioną, a obok buduje się jakaś knajpa, ale robi to fajne wrażenie. Czuję się jakbyśmy wkraczali do jakiejś innej tajemniczej krainy, jakbyśmy cofali się w czasie. Jak się miało niebawem okazać dużo się nie pomyliłem. Ten region różni się znacząco od tego co do tej pory widzieliśmy podczas naszej ponadtygodniowej podróży.

Kilkanaście kilometrów dalej zaczyna się Parcul Naţional Munţii Rodnei czyli Rodniański Park Narodowy. Podobno jest tam jakiś rezerwat biosfery UNESCO i inne cuda typu Natura 2000.

Na terenie całego parku piętrzą się wysokie góry, coś jak trochę mniejsze Tatry. Podobno jest tam naprawdę uroczo, a widoki warte są kilkugodzinnej wspinaczki. U stóp owych gór na południu leży miejscowość Borşa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z tego co wiem, to nie ma w niej nic specjalnego, ale jest świetnym punktem wypadowym na górskie szlaki. Nie pamiętam dlaczego akurat tam zdecydowaliśmy się przenocować, chyba po prostu tak wyszło. Na camping „Borsa Tourism” wiodły nas liczne drogowskazy, wydaje mi się że dzień wcześniej wypatrzyliśmy go w Internecie. Po dojechaniu pod wskazany adres troszkę się zdziwiliśmy bo pole namiotowe było naprawdę maleńkie. Wyglądało raczej jak ogród za domem.

Wjechaliśmy przez otwartą bramę koło pensjonatu i od razu spotkaliśmy się z życzliwym powitaniem. Jeszcze nie wyłączyliśmy silników, jeszcze nie ściągnęliśmy kasków, a już jacyś ludzie nawołują nas rękami i okrzykami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod niewielkim zadaszeniem znajdowała się łazienka, kibelki i prowizoryczna kuchnia na otwartym powietrzu. Przy stole siedziało kilka osób, zdaje się że konsumowali jakiś obiadek nakładając z wielkiego gara. Chyba makaron. Podszedł do nas facet z wąsem, przypominający troszkę Gomeza z rodziny Adamsów. Z początku myśleliśmy, że to Rumun, ale okazało się że gospodarz jest Belgiem i mimo wieku bardzo dobrze mówi po angielsku.

Szybko zasugerował nam miejsce gdzie możemy się rozbić i wskazując na jedyny stojący już namiot powiedział, że to Polacy i że wyszli w góry. O ścianę budynku oparty był mocno zdezelowany krosowy motocykl. Wyglądał całkiem ciekawie, ciężko było się domyślić marki z racji wielu przeróbek. Wszelkie zbędne elementy jak lusterka czy światła, dawno zostały wymontowane. A na dokładkę cały pokryty był błotem z ostatniej przejażdżki. Poczuliśmy się jak w domu:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie tracąc czasu zapytałem czy mają piwo. Mario, wysoki chudy dwudziestokilkuletni koleś, sprawiał wrażenie zadomowionego w obejściu. Dopalając papierosa, nienaganną angielszczyzną, zasugerował by iść za nim. Weszliśmy do małego pomieszczenia z tyłu domu, które okazało się być składzikiem skrzynek z miejscowym browarem. Nie pamiętam już czy był to Ciuc, Ursus, Timişoreana czy Silva, ale był chłodny, a zapach chmielu poprzedzony sykiem otwieranej butelki doprowadził mnie do ekstazy:P Nic tak nie orzeźwia po długiej podróży jak dobre piwko. Wróciliśmy do stolika, co by lepiej się lepiej zapoznać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gospodarz Kris przyjechał tu z Belgii na początku lat dziewięćdziesiątych i tak mu się spodobało, że postanowił się tu osiedlić na stałe. Kupił ziemię, wybudował pensjonat i działa na rzecz promowania regionu. Więcej informacji możecie znaleźć na http://www.borsa-turism.com. Mario, ten wysoki młody, okazał się być Holendrem. Opowiedział nam o świetnym projekcie, który aktualnie realizuje w pobliskich górach. Wraz ze wspólnikiem, który finansuje inwestycję pracując w Holandii, wydzierżawili spory kawał gruntu pośród wysokich gór razem z lasem, genialnym widokiem i całym inwentarzem.

Niebawem pojawiła się możliwość wykupu gruntu, co oczywiście uczynili. Nie pamiętam dokładnie jaką kwotę podał, ale nie były to kosmiczne pieniądze, chyba 40 tysięcy Euro. Następnie zaczęli skupować stare drewniane domy i inne budynki, które chcą systematycznie przenosić na swój grunt.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczy wyszły nam na wierzch, gdy usłyszeliśmy koszt takiej operacji. Mario pokazywał nam zdjęcia na komórce i mówił, że ten dom kupił za 150, a ten za 200 Euro. Tak, dobrze widzisz! Podobno za drugie tyle grupka roboli rozbiera dom na części, przewozi na miejsce i składa z powrotem do kupy.

Patrzyliśmy na niego podejrzliwie, prosząc by powtórzył, bo nie wierzyliśmy własnym uszom. Pomyłka słowna nie wchodziła w grę, bo jego angielski był bez zarzutu. Uwaga, a teraz wyjaśniam na czym polega business. Otóż, Rumunia jest chyba jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym w parkach narodowych zezwala się na off-road. Holendrzy wpadli na pomysł by organizować motocyklowy off-road dla turystów z Europy Zachodniej. Drewniane domki posłużą za bazę noclegową i biesiadną, a motocykl wraz z GPS’em, na który wklepana jest trasa, będzie można wypożyczyć u nich na miejscu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pomysł realny do realizacji, bo na pewno znajdą się zapaleńcy dla których wydanie 2 tysięcy Euro na taką rozrywkę to niewiele. Więc Mario siedzi kilka miesięcy w roku w Borsie, załatwiając formalności w ślimaczym tempie i brnąc poprzez biurokratyczną dżunglę. Zimę spędza w Holandii gdzie realizuje się w zawodzie mechanika samochodowego i motocyklowego. Więcej informacji na temat projektu i jego realizacji znajdziecie na fejsowym fun page’u „SC Offroadventure Srl”. Dodam jeszcze tylko, że Mario wsparł nasz Złombolowy wyjazd Zieloną Nyską kwotą 100 Euro, a my odwdzięczyliśmy się logo firmy na przednich drzwiach:)

Innym razem, kiedy przed Lidlem na Obornickiej Nyska odmówiła posłuszeństwa, okazało się że Mario akurat jest we Wrocławiu i choć widział taki wehikuł po raz pierwszy w życiu, szybko ją naprawił. Do dzisiaj nie pojmuję tego zbiegu okoliczności. Pomógł też Basi naprawić motocykl, gdy w tym roku po raz kolejny odwiedziła Rumunię. Oczywiście wszystko za darmoszkę:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracając do stołu i opisywania siedzących przy nim ludzi, pominę pewną kobietę bo w sumie nic o niej nie pamiętam. Jest jednak jeszcze jedna barwna postać warta napomknięcia. Pan sąsiad zza drewnianego płota ni w ząb nie mówił w innym języku niż Rumuński. Wyglądał trochę jak rolnik, właściwie to miał coś z Pawlaka z „Samych swoich”. Słowo, które najczęściej powtarzał to „palinka”. W pierwszym momencie nie wiedzieliśmy o co gościowi chodzi, po chwili jednak wrócił z szerokim uśmiechem i sporą flaszką w dłoni. Nie trzeba specjalnej bystrości by domyślić się, że palinka to po prostu domowej roboty bimber.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nazwą tą określa się ogólnie wszystkie węgierskie i rumuńskie wódki pędzone z owoców. To taki odpowiednik Jugosłowiańskiej Rakiji. Zaraz znalazły się małe kieliszeczki i rozpoczęła się degustacja. Musze przyznać, że towar pierwszej jakości, o ile się nie mylę śliwowica z dodatkiem miodu. Właścicielowi flaszki brakowało kilku zębów i chyba kilku klepek bo nic nie kumał a ciągle się śmiał i błaznował:P W miedzy czasie wrócili Polacy, chłopak i dziewczyna, ale jakoś nie byli specjalnie towarzyscy, więc nie pamiętam nawet skąd zawitali ani jak się nazywali.

Dobrze, że namiot rozłożyliśmy wcześniej bo zmęczenie i kilka kropel alkoholu spowodowały, że padliśmy jak kawki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rano obudziło nas jak zwykle piękne słońce. Pogoda wręcz nas rozpieszczała. Rozłożyliśmy i przestudiowaliśmy mapę, pogawędziliśmy jeszcze z gospodarzami i przygotowaliśmy się do drogi. Próbując wycofać obładowanym motocyklem, straciłem równowagę i położyłem się razem z nim na miękkiej trawce. Nic takiego, zdarza się, z resztą to nie pierwsza gleba w tej podróży, szczególnie że nieszkodliwa. Bywa to czasem żenujące, ale co tam, Mario przybył mi z pomocą.

Ostatnie pożegnania, uściski i ruszamy w dalszą drogę przez urokliwe wioseczki Maramures. Właściwie gdzie by się nie ruszyć wszędzie jest pięknie. Zielone wzgórza i pagórki, wysokie stogi siana na łąkach i słomy na licznych poletkach. Obrazki jak z sprzed wielkiej rewolucji przemysłowej. Właściwie wszystko robi się tu ręcznie i przy pomocy koni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co jakiś czas mijamy grupki rolników zmierzające na pole. Każdy trzyma w dłoniach wysokie na prawie trzy metry drewniane grabie z trzema długimi pazurami do układania słomy. Częściej niż samochody, mijają nas furmanki zaprzężone w jednego konia.

Na pierwszy ogień wzięliśmy „Wesoły cmentarz” w Sapancie (więcej na ten temat możesz przeczytać w poprzednim wpisie). Po drodze, w sumie chyba przypadkiem, a może to Basia nas tam doprowadziła, natknęliśmy się na klasztor w Barşana. Stojąca tutaj cerkiew z początku drugiej dekady XVIII wieku jest jedną z licznych świątyń wpisanych na listę UNSECO. Jej wieża do niedawna uznawana była za najwyższą drewnianą budowlę w Europie, ale ustąpiła miejsca niedawno wybudowanej cerkwi w Sapancie. I znów widzę mieszkańców Gliwic, którzy czerwienieją ze złości i krzyczą coś o swojej drewnianej radiostacji:P (pozdrawiam Folmera).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od 1997 roku wokół cerkwi zaczęto wznosić nowe budynki klasztoru żeńskiego. Wszystkie nowe budowle zachowane są w tym samym stylu co cerkiew. Powstała między innymi nowa brama z wieżą oraz kilka budynków mieszkalnych. Cały teren otoczony jest drewnianym płotem, a wewnątrz spacerować można licznymi krętymi alejkami i podziwić wspaniale utrzymany ogród kwiatowy. Jest też magiczne źródełko z równie magiczną wodą, której można spróbować korzystając z jednego z przygotowanych emaliowanych kubeczków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalej postanowiliśmy odwiedzić kilka wiosek polecanych przez przewodnik. Niestety plan mamy napięty więc przez większość z nich po prostu przejeżdżamy, a szkoda bo niektóre obejścia to dzieła sztuki. Do tradycyjnej zagrody od strony ulicy wejść można przez sporych rozmiarów drewnianą rzeźbioną bramę. Te bramy to wizytówka regionu i są ich tu dziesiątki. Budownictwo drewniane zostało tutaj doprowadzone niemal do perfekcji. Panuje bardzo przyjazna atmosfera. Niektórzy mieszkańcy ubrani są w tradycyjne haftowane stroje i z uśmiechem machają gdy ich mijamy. Kilka kilometrów przed Budeşti przy drodze pod zadaszeniem stoi dziwaczna drewniana maszyneria. Coś jakby młockarnia, tartak i młyn w jednym. Całe ustrojstwo napędzane jest kołem wodnym, nie jest to żadna wystawa ani muzealna rekonstrukcja i jest używane do dzisiaj przez okolicznych mieszkańców! Tutaj naprawdę ma się wrażenie jakby czas stanął w miejscu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Budeşti zatrzymujemy się na chwilkę przy cerkwi Św. Mikołaja z 1643 roku. Ciekawa wieża z czterema mniejszymi wieżyczkami tworzącymi koronę. Ruch na drogach jest niewielki więc delektujemy się motocyklowym spacerkiem po żywych skansenach. Co jakiś czas, pomimo upału, zatrzymuję się by zrobić zdjęcie. Basia już chyba weszła w tryb motozombie. Temperatura i kolejne przejechane kilometry dają nam się we znaki. Gdy dojeżdżamy do ostatniej na naszej trasie cerkiewki w Surdeşti, Basia pada na trawkę w cieniu i stwierdza, że tak będzie leżała:P Ja nie odpuszczam i idę zajrzeć do wnętrza bo przewodnik powiedział, że warto. Właściwie to jedyna drewniana świątynia, do której wszedłem podczas podróży po Rumuni. I było warto.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cerkiew Świętych Archaniołów stoi tu, wśród drzew, od 1721 roku otoczona drewnianym płotkiem i dobrze się ma. Po przekroczeniu progu czekam chwilę by oczy przyzwyczaiły się do zmiany natężenia światła ograniczonego małymi okienkami, choć wspomaganego przez drewniane żyrandole. Wszystkie sklepienia pokryte były polichromiami, a na ścianach jedna przy drugiej w pozłacanych ramach, wisiały ikony z wizerunkami świętych. Dodatkowo całe wnętrze udekorowane było chustami i obrusami obszytymi kolorowymi. kwiatowymi ludowymi wzorami. To wszystko w połączeniu z intensywnym zapachem starego drewna i przyjemnym chłodkiem, bardzo mnie zrelaksowało. Usiadłem na chwilkę by odetchnąć. Przy wyjściu wrzuciłem kilka Lei do skrzyneczki na datki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do tej pory myślałem, że to Polska jest europejską „stolicą” bocianów, ale po wizycie w Maramureş zaczynam w to wątpić. Nie ma tu wioski, ani słupa, czy komina na którym te wielkie biało czarne ptaszyska nie uwiły sobie gniazda. Ot taka refleksja:P

Szkoda, że już musimy opuścić tę piękną krainę. Na pewno wrócę tu niebawem. Basi już się to udało w tym roku:)

(Dalszy ciąg podróży znajdziecie we wpisie “Săpânța, niebiesko i sielsko“)

Data wizyty: lipiec 2012r.