Niesamowita Fadime

Zastanawiacie się pewnie czym jest, albo gdzie leży Fadime. Otóż Fadime nie jest czymś, ale kimś. Kimś kto dwa razy bardzo pomógł nam w podróży po Turcji. Dwa razy więc dwa miejsca, Mersin na południowym wybrzeżu i Gebze nieopodal lotniska Sabiha Gökçen na wschód od Istambułu. Całkiem ciekawa historia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Żal nam było opuszczać Kapadocję, to jedno z tych miejsc w którym można by zostać na zawsze. Idziemy na śniadanie nie spiesząc się i delektując ostatnimi chwilami w Göreme. Pakujemy się opieszale i koło dziesiątej zaczynamy łapać stopa w cztery osoby. Marta i Joko* wybierali się do Konyi, a my do Mersin, ale część drogi pokrywała się więc postanowiliśmy jechać razem. Przejechaliśmy wspólnie około siedemdziesięciu kilometrów, głownie ciężarówkami, aż do Aksaray skąd każdy pojechał w swoją stronę. Skierowaliśmy się na południe trasą Ankara – Adana, a potem odbiliśmy na zachód. Ostatnie pięćdziesiąt kilometrów przejechaliśmy z niemieckimi Turkami, więc można było się dogadać.

Spotkanie – Mersin

Pierwsze wrażenia, niesamowita wilgotność i koszmarny upał. Zupełnie inny klimat niż w Kapadocji. Miasto wygląda na sporawe, architektonicznie niespecjalnie ciekawe. Dookoła klockowate bloki w odcieniach żółci i pomarańczy. Wygląda jak większość miast południowego wybrzeża. Idziemy szeroką ulicą, która zdaje się nie mieć końca. Kilka dni wcześniej udało nam się znaleźć nocleg na HospitalityClub.org (strona była bardzo popularna przed pojawieniem się couchsurfing.com). Mamy adres do babeczki, ale za cholerę nie jesteśmy w stanie znaleźć tego miejsca, szczególnie że nie mamy mapy. Nikt z zapytanych przechodniów nie potrafi nam pomóc.

Szczęście jednak nas nie opuszcza. Na stacji benzynowej podchodzimy do policjantów, a oni pakują nas w radiowóz i mówią że podwiozą. Jak się za chwilę okazało, nie do końca wiedzieli gdzie znajduje się adres, którego szukamy. Pada pytanie „Do kogo jedziecie?”, więc odpowiadam że do Fadime. Policjant pyta dalej „Znacie ją, to wasza znajoma?” odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie znamy przecież znaleźliśmy ją w Internecie. Policjant robi zdziwioną minę „Jak to nie znacie? Nie wiecie do kogo jedziecie?”. Chwila zastanowienia i kolejne pytanie „…a znacie numer jej telefonu?”, tak się składa że znamy. Policjant wklepuje numer na klawiaturze i zaczyna mówić coś do słuchawki. Domyślam się, że Fadime wytłumaczyła mu jak dojechać do jej domu, bo ruszyliśmy z kopyta. Jedziemy krętą drogą wspinając się na pobliskie wzgórza skąd rozpościerał się widok na całe miasto i błękitne morze w oddali.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dojeżdżamy do ogrodzonego osiedla składającego się z kilkunastu dwupiętrowych domów otoczonych tropikalną zielenią. Po środku dostrzegamy sporych rozmiarów basen, zapowiada się super. Nie wiemy jak się tam dostać więc policjanci pytają sąsiadów, który do dom. Młoda dziewczyna, która podeszła do ogrodzenia, jak na studentkę przystało, mówiła całkiem nieźle po angielsku. Wyglądała na skonsternowaną widokiem policjantów podwożących backpackerów i pytających o Fadime. Ajdza, bo jakoś tak było dziewczynie na imię, dzwoni do Fadime i wyjaśnia sprawę. Okazało się, że nie spodziewała się nas tak wcześnie i będzie w domu dopiero wieczorem, a na koniec poprosiła sąsiadów o zaopiekowanie się nami do jej powrotu.

Zostaliśmy zaproszeni do środka przez, uradowaną gośćmi, mamę Ajdzy. Niesamowicie pozytywna atmosfera, traktują nas jak długo niewidzianą rodzinę, która wpadła niespodziewanie z wizytą. Zdjęliśmy buty i już na wstępie dostaliśmy napoje dla ochłody. Pani domu dużo mówiła i cały czas się uśmiechała, jej córka tłumaczyła na bieżąco z tureckiego na angielski. Na stole pojawia się leczo z dziwnej rośliny, zieloną fasolkę w strąkach ugotowaną razem z białą fasolą typu jasiek, sałatka warzywna, jakieś zielsko jakby rukola, ryż, obowiązkowo chleb, a do picie Cola. Wszyscy obecni domownicy zajmują miejsca przy stole. Najadamy się do syta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po smacznym obiedzie zasiadamy na kanapie w pokoju gościnnym i gaworzymy chwilkę z babcią. Babcia jest przesympatyczna i przezabawna. Cały czas się cieszy i coś do nas mówi, a młoda robi za tłumacza. Na koniec przenosimy się na taras i gawędzimy aż do zmroku. Kiedy zrobiło się całkiem ciemno zauważyliśmy, że basen jest podświetlany i zaczęła rosnąć we mnie chęć zanurzenia się w nim i zmycia z siebie soli wykrystalizowanej z całodniowego potu:P

Nagle ktoś woła do nas po angielsku z balkonu sąsiedniego domu „Chodźcie teraz do mnie, zapraszam”. Odpowiedziałem, że nie trzeba bo nam tu dobrze. Kobieta z balkonu odpowiedziała „Skoro tak, to przyjdźcie jak będziecie gotowi” i wróciła do środka. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to właśnie była Fadime. Poczułem się trochę głupio z uwagi na to jak ją potraktowałem, no cóż wpadki się zdarzają.

Fadime jest sześćdziesięciojednoletnią nauczycielką chemii na miejscowym uniwersytecie i tak właśnie wygląda. Niewysoka, chuda, zasuszona z cerą pomarszczoną od papierosów i oparów chemicznych. Niesamowicie bystra intelektualnie, dynamiczna, energiczna, dużo mówi z manierą typową dla nauczycielek chemii z długim stażem. Włada kilkoma językami w tym angielskim i francuskim. Zatwardziała ateistka, przypominam że jesteśmy w kraju islamskim, ma też ciągoty feministyczne. Świetna babeczka. Mieszka razem ze swoją siostrą i bratanicą. Nietypowa rodzina jak na Turcję.

Instalujemy się w jednym z pokoi na piętrze i oboje z Agą biegniemy do podświetlanego basenu na wieczorną kąpiel.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Z rana czeka na nas śniadanko. Pyszny biały ser pleśniowy, oliwki, konfitury z płatków róży, marmolada ze skórek dzikiej pomarańczy, miód, małe pomidorki, mięta, szałwia. Wszystko własnej roboty na bazie składników z przydomowego ogródka. Na koniec lemoniada ze świeżych cytryn z dodatkiem mięty. Po tym pysznym poranku, Fadime zawozi nas po drodze do pracy na główną do Mersin. Postanowiliśmy, że skoro już jesteśmy nad morzem to spędzimy dzień na miłym leniuchowaniu w stylu turysty z europy. Mimo, że Mersin ma swoją szeroką i piaszczystą plaże, postanowiliśmy udać się do odległego o 50 km Kizkalesi, bo ktoś kiedyś polecił.

Transport na stopa jak zwykle nie nastręczył nam trudności i godzinę później byliśmy na miejscu. Miejscówka okazała się strzałem w dziesiątkę. Z szerokiej piaszczystej plaży rozpościera się widok na dwa spore zamki. Jeden z nich stoi na lądzie, a drugi kilkaset metrów dalej wyrasta prosto z błękitnej wody. Jest jeszcze przed południem, a drobny przyjemny piasek rozgrzany jest już do czerwoności. Stwierdziliśmy, że trzeba pożyczyć leżaki i parasol jeśli chcemy przetrwać ten dzień bez oparzeń drugiego stopnia. Odpoczynek na plaży był miło odmianą. To jedyny dzień w ciągu czterotygodniowej podróży, który spędziliśmy na opalaniu i leżeniu plackiem. Po południu, kolejny miły kierowca podwozi nas z powrotem do Mersin.

Fadime prowadzi ekologiczny tryb życia. Oszczędza wodę, prąd, ma kompostownik, robi przetwory z tego co wyhoduje w ogródku. Ma szeroką wiedzę na temat roślin.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siedzieliśmy przy stole, a ona zapytała czy chcemy naturalną gumę do żucia. Nie bardzo wiedzieliśmy o co dokładnie chodzi, ale z ciekawości odpowiedzieliśmy że chcemy. Przyniosła jakąś dziwną roślinę, obrał ją z liści, aż został sam środek. Biały, gruby może na centymetr i długi na cztery, balasek. Podała mi jeden i pouczyła żebym żuł aż zmięknie. Dziwne wrażenie, faktycznie jakbym gryzł kawałek twardej gumy. Po krótkim czasie korzonek zaczął mięknąć i wydzielać delikatny sok o smaku zbliżonym do świeżych nasion słonecznika. Bardzo ciekawe doświadczenie, niestety do dzisiaj nie wiem co to była za roślina, może Aga pamięta.

Na obiad dostajemy durum (dzisiaj powiedzielibyśmy wrap:) z wątróbką. Co prawda ja wątróbki nie znoszę i na sam zapach smażonej w cebulce robi mi się niedobrze, ale tym razem się skusiłem. Nie wiem czy to dlatego, że byłem bardzo głodny i wiedziałem, że nic innego nie dostanę, czy może za sprawą przypraw, zjadłem ją ze smakiem.

Fadime uznała zapewne, że skoro zapewnia nam wikt i opierunek to teraz my powinniśmy zrobić coś dla niej i zagoniła nas do roboty. Poprosiła nas o pozrywanie brzoskwiń z drzewa w ogrodzie. Nie wypadało odmówić, szczególnie że jak się później okazało brzoskwinie były przesłodkie:P Kiedy wypełniliśmy po brzegi trzy duże torby, pochwaliła nas za dobrze wykonaną pracę. Dumni z wykonanego zadania udaliśmy się zamoczyć spracowane ciała w basenie.

Wieczór minął nam na kolacyjnych pogaduszkach. Tym razem zaserwowała nam panierowane köfte, to coś w stylu małego mielonego. Fadime zapytała kiedy wracamy do Polski, więc odpowiedziałem, że za dwa tygodnie mamy samolot z Istambułu. Po chwili zastanowienia stwierdziła, że to się świetnie składa bo ona będzie w tym czasie wizytować brata, który mieszka dosyć blisko lotniska Ataturka. „Koniecznie się odezwijcie” powiedziała, po czym dodała „Załatwię wam nocleg, a rano zawieziemy was na lotnisko”. Nie ukrywam, że bardzo spodobał nam się ten pomysł, nie pamiętałem jednak z którego lotniska lecimy.

***

Wstajemy wcześnie, żeby pożegnać się z Fadime zanim wyjdzie do pracy. Po śniadaniu, żegnamy się ze wszystkimi i ruszamy dalej. Na drogę dostajemy kilo brzoskwiń i mrożone köfte z kolacji. Dochodzimy do pobliskiej autostrady i ześlizgujemy się po zboczu, przechodzimy przez barierkę i wystawiamy kciuka.

(Opis dalszej części podróży znajdziecie we wpisie „Gaziantep, kilka dni w komunie”)

***

Dwa tygodnie później – Gebze

 Jesteśmy pięćdziesiąt km od Ankary w drodze do naszego ostatniego przystanku w Turcji – Istambułu. Zatrzymujemy czarne, stare Audi. Za kierownicą chudy facet z czarnym wąsem, a na miejscu pasażera młodszy sympatyczny z brzuszkiem. Obaj elegancko ubrani w czarne spodnie i białe koszule z kołnierzykiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dowiadujemy się, że jadą do Gebze czyli prawie do samego Istambułu. Super, wsiadamy. Mimo, że żaden z panów nie włada obcym językiem, udaje nam się dogadać za pomocą trzydziestu słów, których zdążyliśmy się nauczyć podczas dotychczasowej podróży.

Przypominamy sobie, że Fadime obiecała nam nocleg w Istambule, więc postanowiliśmy zadzwonić do niej i uprzedzić, że nadjeżdżamy. Do tego celu używamy tureckiej karty sim, którą sprezentował nam Emre z Konyi. Gdy Fadime dowiaduje się, że kierowca jedzie do Gebze, a nasz lot jest z lotniska Sabiha Gökçen, prosi o przekazanie telefonu kierowcy. Po kilku minutach rozmowy wąsaty pan oddał mi telefon. Fadime tłumaczy, że pojedziemy z kierowcą do jego domu i tam przenocujemy, a on następnego dnia zawiezie nas na lotnisko.

Gwoli wyjaśnienia, wtedy wiedzieliśmy, że to lotnisko jest po azjatyckiej stronie, ale nie wiedzieliśmy, że na dalekim wschodnim skraju miasta. Okazało się, że z Gebze jest do niego tylko 25 km, czyli dwa razy bliżej niż z centrum Istambułu i trzy razy bliżej niż z domu brata Fadime.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Troszkę, dziwna sytuacja, nie wiem do końca jak się zachować. Nasi dobroczyńcy wyglądają sympatycznie, ale przecież to totalnie obcy ludzie i w dodatku mówią tylko po turecku. Kierowca dzwoni do kogoś i zastanawiamy się o czym rozmawia. Może dzwoni do żony poinformować, że będą mieli gości, a może do jakiegoś handlarza żywym towarem, że ma dwoje frajerów na zbyciu. No cóż, nie mając alternatywy godzimy się na propozycję noclegu u kierowcy. Po drodze zatrzymujemy się na obiad w przyjemnej przydrożnej restauracji. Pochłaniamy gulasz mięsny i sałatkę warzywną. Oczywiście Turcy pokrywają rachunek, uznając to za punkt honoru.

Ciekawostką jest, że podróżujący w długiej trasie mogą spożywać posiłki w czasie dnia podczas Ramazanu. Podobno wystarczy już 100km:)

Pan z wąsami najadł się i teraz prowadzi jak szalony ile fabryka dała. Na miejsce dojeżdżamy około godziny dziewiętnastej, czyli niedługo przed oficjalnym zachodem słońca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W progu wita nas żona kierowcy z chustą na głowiei ich dwie córeczki pięcio i dwuletnia. Mieszkanie nieduże, skromne, ale w pełni wyposażone i bardzo zadbane. Na kuchence bulgoczą w garnkach różne specjały. Dochodzi 19:38, to znaczy że można już zacząć świąteczną obiadokolację. Stół zapełnia się potrawami. Jest köfte, ręcznie robione domowe frytki, zupa, fasolka, ryż, warzywa, a do popicia Cola. Zasiadamy wspólnie do jedzenia, wszystko bardzo smaczne tylko w ilościach nie do przejedzenia. Nawet ja już nie daję rady. Agnieszka wciąż czuje się niezbyt dobrze po zatruciu, którego apogeum miało miejsce dwa dni wcześniej w Ankarze. Prawie nic nie zjadła, ku zaskoczeniu i niezrozumieniu gospodyni. Próbowaliśmy wytłumaczyć, cała sytuacje ale było ciężko. Gospodyni chciała dawać Adze jakieś leki, ale udało się to wyperswadować w taki sposób by nie urazić pani domu.

Po kolacji siadamy wszyscy w pokoju gościnnym z telewizorem, a po chwili dołącza do nas ten młodszy grubszy facet z samochodu wraz ze swoim kilkuletnim synkiem. Bawimy się trochę z dzieciakami i próbujemy przy pomocy słownika dogadywać się ze starymi. Nie jest łatwo. Pokazujemy im trasę naszej podróży i objaśniamy jakie miejsca odwiedziliśmy. Kiwają głowami z uznaniem. Zapewne w wielu z tych miejsc nigdy nie byli.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyglądamy na zmęczonych, więc gospodyni domyśla się o co chodzi i przygotowuje dla nas łóżko w oddzielnym pokoju. Oczywiści oficjalnie jesteśmy z Agą małżeństwem, to ułatwia wiele spraw i zapobiega niepotrzebnym pytaniom.

***

Jako, że samolot mamy dopiero po południu to młodszy z naszych dobroczyńców postanawia zapewnić nam do tego czasu rozrywkę. Przyjeżdża po nas po śniadaniu i jedziemy do niego. Mieszka w całkiem ładnym i nowocześnie urządzonym domu. Okazuje się, że mimo brzydkiego dziecka ma bardzo ładną młodą żonę:P Prowadzi nas do komputera i prosi byśmy dodali go na Fejsie. Potem przez chwilę uczymy się nawzajem kilku zwrotów w naszych językach.

Następnie jedziemy na wycieczkę po okolicy, zahaczamy o zamek i punkt widokowy z widokiem na morze i na statki stojące na redzie.

Wracamy do mieszkania, pakujemy nasze graty i zaczynamy żegnać się z domownikami. Przyznam, szczerze, że była to dla mnie dość krępująca sytuacja. Ci ludzie tak wiele dla nas zrobili, a ja nie wiedziałem w jaki sposób należycie im podziękować. Bariera językowa uniemożliwiała nam wytłumaczenie jak wiele to dla nas znaczyło i jak bardzo jesteśmy wdzięczni.

Bezinteresowna pomoc, obcych ludzi, których najpewniej widzimy ostatni raz w życiu…

Na lotnisko przyjeżdżamy o czasie i 3 godziny później lądujemy w Dreźnie, a stąd już rzut beretem do Wrocławia, gdzie skończy się nasza pięciotygodniowa tułaczka.

Data wizyty: sierpień 2009r.

Advertisements

Kastamonu, po prostu miasto

Zastanawiałem się czy w ogóle wspominać o tym mieście. Właściwie to nic specjalnego tutaj nie ma, a już na pewno nic po co warto byłoby tu specjalnie przyjechać. Popatrzyłem jednak na zdjęcia i stwierdziłem, że mimo faktu iż miasto niczym się nie wyróżnia to ma przyjemny klimat i małomiasteczkowy spokój.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potraktujcie ten wpis jako dopełnienie ciągłości podróży. To po prostu drobny przystanek w czarnomorskiej strefie podczas drogi z Safranbolu do Amasyi.

***

Żegnamy się z gospodarzem i jego rodziną, zostawiamy w prezencie pocztówkę z Wrocławia. Wychodzimy na główną ulice w stronę starego Safranbolu i wyciągamy karteczkę z napisem Kastamonu. Zaraz zbiega się kilka osób i zaczynają zastanawiać się jak tam dojechać, choć my dobrze wiemy jak bo mamy mapę, do jasnej cholery.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jakby tego było mało obok nas w cieniu siada jakaś “cyganka” z piątką dzieci biegających i wykrzykujących coś po Turecku:P Takie zbiegowiska nie sprzyjają łapaniu stopa więc prosimy by odeszli, ale oni w ogóle nie kumają o co chodzi. W końcu tracimy cierpliwość i zaczynamy iść dalej, a za nami jakichś dwóch palantów, jak rzep!:P Zatrzymuje się zielony, zdezelowany bus z wieśniakami wiozącymi towary na bazar w centrum.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wdrapujemy się na tył samochodu i już jedziemy w towarzystwie, pietruszki i marchewki. Wysiadamy na głownej i tu już idzie gładko. Zatrzymujemy nową czarną Hondę, jasna skóra i inne duperele. W środku młoda nowoczesna rodzinka 2+2 i teściowa:) Kobiety biorą dzieci na kolana i mimo że auto jest pięcioosobowe jedziemy nim w 7 osób prosto do Kastamonu. W Europie takie rzeczy się nie zdarzają. Mimo, że to aż 120 km to podróż się nie dłuży i upływa na pogawędce z młodymi rodzicami. Oboje dobrze ubrani, a panie nosiły chusty na głowach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dość szybko z pomocą autochtonów znajdujemy hotel. Niestety ten najtańszy, o którym mówił przewodnik został wyremontowany i już nie jest tani:( Hotel, w którym się zatrzymaliśmy nie był super tani, ale po 17-tej miała być ciepła woda, przynajmniej tak nas zapewniono. Nagle przez uchylone okno naszego pokoju dobiegł dziwię bębnów. Wyjrzałem zaciekawiony na ulicę. Jakiś miejscowy zwyczaj o którym niestety niewiele mi wiadomo. Najpierw idą faceci ze sporymi bębnami, a za nimi grupka ludzi, wygląda to jak mini orszak weselny, ale nie ma pary młodej. Jest za to mały samochód dostawczy, na którego pace stoli odświętnie ubrany chłopiec.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mogę się tylko domyślać, że to coś w rodzaju tradycyjnego obrządku przemiany młodzieńca w mężczyznę i zapewne ma coś wspólnego z religią islamską. Wybaczcie moją ignorancję.
Idziemy pozwiedzać, lecz nie ma tu wiele ciekawych miejsc. Przez środek miasta idzie zadbana ładna ulica z rzeką po środku i małymi zielonymi skwerkami. Kilka wskazówek od policji i wdrapujemy się na wzgórze zamkowe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Widok rozległy, miasto z góry wygląda przeciętnie choć przyjemnie, nic oprócz wysokości nie robi wrażenia:) W lokancie zjadamy nasz pierwszy lahmacun, cieniutkie ciasto, jakby maca, na wierzchu cienka warstwa mięsa z ziołami i sosem pomidorowym, dość pikantne… pyszota i do tego tanie bardzo tanio, zapijamy tradycyjnie ayranem. Ściemnia się. Wracamy do hotelu na odpoczynek.

(Opis dalszej części podróży znajdziecie we wpisie „Amasya, grobowce królów Pontu”)

Data wizyty: sierpień 2009r.

Jaskinia Ballıca i prywatni przewodnicy

Nieopodal miasteczka Turhal znajduje się jedna z największych i najciekawszych jaskiń Turcji. W jej wnętrzu znajdziemy ciekawe formy naciekowe. Najbardziej charakterystyczne są stalaktyty, które z uwagi na kształt nazywane są stalaktytami cebulowymi. Okoliczna ludność jest bardzo gościnna i dumna ze swojego regionu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dwa rodzaje sera, dziwna kiełbasa, oliwki, dżem morelowy i truskawkowy, miód, ogórki, pomidory, ciasto i herbata. Wszystko pyszne i byłoby idealnie gdyby nie barbarzyńska pora, o której wstaliśmy. O 9:00 wyruszamy. Stopa łapiemy od razu, pan częstuje nas cukierkami i kupuje wodę. Niestety przejeżdżamy z tym kierowcą jedynie 10 km. Co to dla nas, przecież to Turcja, znów łapiemy. Przyglądamy się chwilę ludziom zbierającym warzywa na polu koło drogi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nagle i nieoczekiwanie woła nas pracująca tam kobieta. Wymachuje rękami, coś krzyczy. Jesteśmy trochę skonsternowani, ale Aga przełamuje się i idzie sprawdzić o co jej chodzi.  Obserwuję całą sytuację z kilkunastu metrów czekając na rozwój wydarzeń. Po chwili dostrzegam Agę wracającą z wielkim arbuzem i kilkoma dojrzałymi pomidorami. Na dokładkę dostaliśmy jeszcze kilka ogórków. Zatrzymuje się samochód, a w nim dwaj faceci około czterdziestki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak to zwykle bywa w tych stronach, żaden z nich nie mówi w innym języku niż turecki. Udaje nam się jednak wytłumaczyć, że zmierzamy do jaskini Ballıca nieopodal Turhal.

Będąc w Istambule, miejscowy Turek tłumaczył nam, że im dalej na wschód tym czas wolniej płynie i ludzie mają go więcej. Podejrzewam, że jest to podobna różnica w pojmowaniu czasu do tej z północnych i południowych Włoch.

Ci panowie są tego najlepszym przykładem. Obaj zadbani, obaj w koszulach z kołnierzykiem, czyste buty. Sprawiali wrażenie jakby jechali gdzieś coś załatwić.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Stwierdzili jednak, że też przejadą się do jaskini, no i dobrze bo okazało się, że ta jaskinia jest na jakimś totalnym zadupiu i to pod górę. Widoki bardzo kojące, wokół zielone pagóry i wzgórza. Po drodze panowie zadają dużo pytań oczywiście po Turecku. Bez zastanowienia kupują nam bilety i wchodzą razem z nami. Jaskinia ładna, gdzie nie spojrzeć coś zwisa albo wyrasta z podłogi:P Mogła by być lepiej oświetlona. Siedzimy tam jakieś 20 minut. Ciekawa atrakcja, ale szczerze mówiąc liczyłem na coś wyjątkowego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem wiozą nas z powrotem i zapraszają na obiad. Fajna restauracja. Jako, że nikt nie potrafi nam wytłumaczyć czym dokładnie są wypisane w menu potrawy, nasi towarzysze prowadzą nas do kuchni i pokazują co możemy wybrać. Zaglądamy do lodówki pełnej mięsa i do pieca. Bierzemy szaszłyk z bakłażanem, z żeberkami i plastrami ziemniaków, wszystko zapiekane w piecu plus grillowane warzywa. Pyszne, przepyszne, genialne!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście za posiłek również zapłacili nasi nowi tureccy przyjaciele. Jak już wcześniej wspomniałem, panowie mieli sporo czasu wolnego. Dalej zaczęli obwozić nas po wszystkich okolicznych atrakcjach, na wszystkie wzgórza w okolicznych miasteczkach. Na wszystkie ruiny zamków i punkty widokowe. Najciekawsza okazała się być restauracja na dachu, ze sztucznym wodospadem i świetnym widokiem. Trochę zalatuje kiczem, ale co tam. Widocznie uznali, że zabawią się w ambasadorów regionu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szczerze mówiąc to zaczęliśmy się już niecierpliwić. Komunikacja szła nam słabo i byliśmy już trochę zmęczeni po kilku godzinach ich towarzystwa. Nie mogliśmy wytłumaczyć, że troszkę nam się spieszy bo szmat drogi jeszcze przed nami, a nie chcieliśmy by noc zastała nas w jakimś nieznajomym miejscu. Nareszcie, zostawiają nas w Zile na drodze prowadzącej do Kapadocji. Droga krótsza, ale za to mało ruchliwa. Przejechaliśmy 10 km i utknęliśmy na największym zadupiu jakie kiedykolwiek widziałem. W ciągu godziny nie przejechał żaden samochód. W końcu coś jedzie. Niestety w przeciwnym kierunku. Trudno, wracamy do Zile i Turhal.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Idziemy z plecakami jakieś 3 km bo droga w remoncie, jemy arbuza na stacji paliw. Słońce chyli się ku zachodowi. Czujemy presję czasu, a nikt nie chce się zatrzymać. Powoli robi się szaro. Bierze nas kolo do samochodu wyładowanego sprzętem muzycznym. Okazuje się że pije piwo i jest już nieźle wcięty, a prowadzi. Na szczęście kończy się paliwo, ktoś holuje nas do stacji. Korzystamy z okazji i się ewakuujemy. Noc spędzamy w przydrożnym polu kukurydzy.

***

Wstajemy o świcie, jest jeszcze dość chłodno. Nocka pod chmurką zrobiła swoje, jesteśmy zmasakrowani i długo dochodzimy do siebie. Przebieramy się na przydrożnym przystanku i ustawiamy na drodze. Słonko zaczyna miło przygrzewać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bierze nas ciężarówka. Zabawny koleżka, we flanelowej koszuli i z dwudniowym zarostem. Próbujemy gadać po Turecku. Wysiadamy na początku Tokat. Przechodzimy przez miasteczko i w herbaciarni w centrum spotykamy tego samego kierowcę. Funduje nam herbatę, a potem wiezie do skrzyżowania z drogą Ankara – Sivas. Jest wesoło. Dalej bierze nas dziadek, który kilkanaście km dalej zatrzymuje się obok swojego domu przy ulicy i mówi że tu mieszka, więc dalej nie jedzie. Przebieramy się na poboczu , bo zrobiło się gorąco i zaczynamy łapać. Z okna domu woła nas starsza pani i zaprasza na śniadanie…

(Opis dalszej części podróży znajdziecie we wpisie „Kapadocja, kraina wróżek”)

Data wizyty sierpień 2009r.

Gaziantep, kilka dni w komunie

Przed 1921 rokiem miasto znane jako Antep. Przedrostek Gazi został dodany aby uhonorować opór miasta przed najeźdźcą w czasie wielkiej wojny niepodległościowej. Perłą miasta i bezsprzecznym powodem by się tu zatrzymać jest muzeum mozaiki. Gaziantep słynie również z najlepszych w Turcji pistacji i najsmaczniejszej baklavy.

DIGITAL CAMERA

Kierowca TIR’a, którym jedziemy dzwoni do znajomego i już za chwilę przesiadamy się do innej ciężarówki by kontynuować podróż do Gaziantep. Nowa piękna autostrada wije się w górę i w dół pomiędzy górami by od czasu do czasu przewiercić je bogato oświetlonymi tunelami. Wysiadamy na jednym ze zjazdów 80 km od naszego dzisiejszego celu. Zaczyna się zabawa. Zatrzymuje się czarna fura w stylu wehikułów Łada lub Tata. W środku trzech ucieszonych facetów, ich wygląd sugeruje że są prowincjonalnymi burakami. Nic to, wsiadamy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zanim jednak wsiedliśmy, z tylnego siedzenia musiał wygramolić się wąsaty pan z wystającym brzuchem, w kapciach i w kapeluszu, który wcześniej tam leżał rozwalony jak król. Cała ekipa bardzo rozbawiona i podejrzanie podjarana tym, że mogą nas wziąć. Wsiadamy z Agą do tyłu, ja w środku, a z drugiej strony dosiadł się troszkę młodszy koleś i prawie się do mnie przytulał. Fakt było ciasno, pamiętałem też o skróconym dystansie który tu panuje, ale czułem się dziwnie. Muzyka na maksa i gaz do dechy z górki na pazurki. Zachowywali się jakby byli zjarani, albo pierwszy raz jechali autostradą bo strasznie się podniecali, gestykulowali i zadawali nam mnóstwo pytań. To była męcząca jazda.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wysiedliśmy przy terminalu autobusowym. Tureckie dworce autobusowe wyglądają prawie jak terminale lotnicze i są ulokowane na obrzeżach miasta. Trzeba przyznać, że trzymają tu wysoki standard podróży, autobusy wygodne, klimatyzowane, a steward podaje herbatkę. Tak słyszałem, bo nie mieliśmy okazji skorzystać, przecież jedziemy na stopa. Dolmuszem, czyli taką turecką marszrutką, dojeżdżamy do centrum na Ataturk Bulvari, gdzie mamy spotkać się z Magdą. Magda jest naszą przyjaciółką z wrocławskiego Klubu Podróżników BIT i również zapaloną podróżniczką. Prowadzi nas do domu, w którym mieszka wraz z innymi członkami programu EVS (European Voluntary Service). Niezła komuna, wygląda to trochę jak dom kolonijny. Mieszka tu ze dwadzieścia osób różnej narodowości Polacy, Włosi, Niemka, Hiszpan, Macedończyk no i oczywiście Turcy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szybki prysznic, jedzenie i idziemy na spacer. Na ulicy dzieci sprzedają dziwny czarno-brunatny płyn w plastikowych workach zawiązanych na węzeł. Nie wygląda zachęcająco. Później wyjaśniono nam, że to tradycyjny napój, który spożywa się w tych stronach podczas ramazanu. Ciężko opisać smak tej mikstury, najpierw bez smaku potem słodkie. Podobno to na bazie ziół, ale w życiu czegoś takiego nie smakowałem, fuj. Jest inny napój, który wręcz uwielbiam nazywa się Szalgam. Kolor czerwony, trochę jak sok z buraków z domieszką wody z ogórków kiszonych, lekko gazowany i przyprawiony na pikantnie. Okazało się, że to napój z kiszonej czerwonej marchwi. Bardzo zdrowy i orzeźwiający. Słyszałem, że niektórzy zapijają tym Raki:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Wieczór spędzamy na tarasie wraz ze wszystkimi domownikami. Jest piwko Efez, najbardziej popularna marka w Turcji, nargile i jest człowiek z gitarą. Nie można zapomnieć o Raki, czyli najbardziej znanej krajowej wódce. Jeśli ktoś nie przepada za anyżkiem to lepiej niech nie próbuje. Do Raki najczęściej dolewa się wody i wtedy dzieje się magia. Przezroczysty bezbarwny płyn zmienia kolor na mleczny, jest i cała tradycja i ceremonia podawania Rakii, ale już jej nie pamiętam:P Wieczór wzbogaca wspólna nauka tańca w świetlicy. Dobrze jest pobyć w większym gronie, to zawsze daje energię na dalszą podróż.

Zasypiam w świetlicy na sofie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Wstajemy o dziewiątej na lekkim leniu. Płatki z jogurtem i konfiturą różaną na śniadanie. Troszkę słabo tu z dyscypliną i organizacją, wszystko dzieje się bardzo powoli i nikt do końca nie jest pewny co i o której. Nie ma co narzekać, bo obiady przychodzi gotować kucharka, smażone bakłażany, frytki, surówka i zupa,  żarcia jest do rozparcia. Mała sjesta i wybieramy się na bazar. Nie wiele różni się od bazarów w innych tureckich miastach. Kopczyki różnych słodyczy, turkish delight z Safranbolu, dziwaczne orzechy włoskie na sznurku w bliżej nieokreślonej galaretowatej polewie bez wyraźnego smaku, są też trójkątne „ciasteczka” z pistacjowym proszkiem w środku i sprasowana masa pistacjowa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znajdziemy tu również worki przypraw, ziół i małe warsztaty rzemieślnicze. Jednak jest coś z czego bazar w Gaziantep słynie na cały kraj, najlepsze pistacje i najlepsza baklava. Do tej pory mieliśmy już okazję popróbować baklavy i musze przyznać, że ta konkretna z bazaru w Antep jest zdecydowanie najlepsza.

Zjadamy kolacje i wspólnie oglądamy jakiś film i idziemy grzecznie spać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Przedpołudnie znów schodzi na przyjemnym leniuchowaniu. Na obiad gulasz z pomidorów, ryż, posiekane kawałki kurczaka i mizeria. Teraz czekamy na wycieczkę. W ramach EVS Magda i jej znajomi z różnych krajów pracowali, o ile się nie mylę, wspólnie z dziećmi i młodzieżą z biednych terenów zapełniając im czas wolny i otwierając je na świat. Idziemy do warsztatu, w którym młodzież zajmuje się wyrabianiem mozaik i biżuterii i przyglądamy się jakiś czas. Dość szybko nam się nudzi, więc idziemy z Martą i Olą do muzeum mozaiki.

DIGITAL CAMERA

To nie lada gratka na skalę światową. Mozaiki zostały odkryte dopiero w latach 80-tych XX wieku, gdy spod warstwy ziemi pól uprawnych odsłonięto ruiny starożytnego greckiego miasta Zeugma. Z miasta zachowały się głownie posadzki i dna basenów, ale to właśnie na nich było najwięcej mozaik. W 2000 roku część z nich musiał być w bardzo krótkim czasie przeniesiona do muzeum w Antep ponieważ obszar wykopalisk miał zostać zalany wodą w związku z budową tamy na Eufracie. Ekspozycja rozrasta się wraz z restauracją kolejnych znalezisk. Znakiem firmowym całej „kolekcji” jest „Gypsy Girl” czyli twarz cygańskiej dziewczyny. Mozaiki są naprawdę piękne i warto wstąpić do tego muzeum, szczególnie że poza nimi baclavą i pistacjami nic więcej w tym mieście niema.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na kolację zupa na jogurcie z soczewicą, mięsem i makaronem. Brzmi jak miszmasz, ale bardzo smaczna.

***

O 3:30 budzi mnie głośne bębnienie, dobiegające z ulicy. Okazuje się, że podczas Ramazanu codziennie mniej więcej o tej porze, bębniarze budzą ludność żeby coś zjadła przed wschodem słońca by miała siłę na cały dzień. Ciekawy zwyczaj.

***

Rano żegnamy wszystkich i ruszam do Urfy. Dziś trochę żałuję, że nie pojechaliśmy do Aleppo w Syrii, bo z Antep to jedyne 97 km.

Data wizyty sierpień 2009r.

Konya, kolebka derwiszów

Miasto słynące przede wszystkim z mauzoleum mędrca Mevlana i bractwa wirujących derwiszów. Znane jest również z wyrobów złotniczych i silnego ośrodka akademickiego. Mówi się że jest miastem konserwatywnych poglądów, aczkolwiek ciężko jest się tego dopatrzeć chodząc jego ulicami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ali wywozi nas na autostradę do Konyi. Ali jest pilotem wojskowym i ma bardzo ładną dziewczynę. To właśnie u tych niezwykle miłych ludzi ze świetnym angielskim znaleźliśmy nocleg w Adanie. Gdybym palił, to nie zdążyłbym wypalić bo już zatrzymał się chętny do podwiezienia samochód. Dwóch kolesi w wielkim pickupie. Kierowca starszy grubasek koło pięćdziesiątki i jego młody współpracownik lekko wylansowany dwudziestojednoletni przystojniaczek. Dość spokojnie i powoli, przejedziemy z nimi jedną trzecią drogi. Tak nas polubili, że przed rozstaniem zaprosili na obiad. Wioseczka trzy domy na krzyż, więc nie było wielkiego wyboru i ulokowaliśmy się w restauracji małego lekko kiczowatego hoteliku. Mają tu same mrożonki, w których trudno się doszukać tureckich akcentów, ale trudno nie wypada odmówić. Czekanie się przeciąga więc młodszy wyjmuje laptopa by znaleźć Agę na Fejsie. Jest wyraźnie podniecony możliwością dodania do swoich znajomych zagranicznej blondynki. Do starego zadzwonił jego syn i tak się zajarał, że przekazał telefon Adze, żeby z nim chwilę porozmawiała.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przechodzimy obok do jadalni, jesteśmy jedynymi gośćmi. Scena trochę jak z gangsterskiego filmu gdzie mafia spotyka się w pustej restauracji. Wrażenie to potęgował fakt, że stary zachowywał się tu jak stały bywalec. Stół już zastawiony jedzeniem. Jest pide, Adana kebab, jakieś odgrzewane kotleciki drugiej świeżości i Cola. Kiedy już zmęczyliśmy wszystko i siedzieliśmy wzdychając z wydętymi brzuchami, poszli do samochodu i przynieśli pudełko baclavy z Antep. Nałożyli nam po trzy, a ja już po pierwszej miałem dosyć bo to przecież słodkie jak cholera. Patrzyłem na Agę i miałem wrażenie, że zaraz zsunie się z krzesła na ziemię z przejedzenia. Na koniec tradycyjnie herbatka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cała biesiada trwała chyba ponad godzinę. Po wyjściu zrobiliśmy sobie pamiątkowe fotki. Zabawne jest, to że dwa dni później Aga znalazła na Fejsie fotkę z młodym, a stary został z niej odcięty. Na koniec stary zaproponował, że kupi nam bilety na autobus do Konyi, ale najbliższy był za 2 godziny więc grzecznie podziękowaliśmy.

Koniecznie chcieli nam pomóc, więc zatrzymali dla nas przejeżdżający samochód i kazali nas gdzieś zawieźć. Chwile później dojechaliśmy do drogi na Konyię, a tam kierowca wysiadł i złapał dla nas busa. W taki właśnie sposób, pustym klimatyzowanym busem za darmo dojechaliśmy do Konyi i nawet dostaliśmy poduszki pod głowę, więc się zdrzemnęliśmy. Niech żyje autostop w Turcji!:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

O 15-tej byliśmy już na miejscu, nie jest już tak upalnie i parno jak na wybrzeżu. Poszliśmy w umówione miejsce by spotkać się z Emre, kolesiem z CouchSurfingu. Zawiózł nas do weekendowego domku z ogrodem w bardzo przyjemnej zielonej dzielnicy. No niezły luksus. Jest TV z satelitą, łazienka cały domek tylko dla nas. Emre musiał wracać pomóc ojcu w sklepie, więc zostawiliśmy plecaki i zabraliśmy się z nim z powrotem do centrum. Aga nie czuje się najlepiej, ma jakąś niestrawność. Dwa dni później w Ankarze okaże się, że to ostre zatrucie. Pospacerowaliśmy wokół wzgórza parkowego pełnego kwiatów i dalej w okolice Mevlana muzeum.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kierujemy się do kafejki internetowej, chyba największej jaką w życiu widziałem. Nie przesadzę jeśli powiem, że było tam kilkaset komputerów, w dodatku było tanio i naliczanie co 5 min.

Konya słynie między innymi ze złotnictwa. Emre pracuje w sklepie jubilerskim ojca. Spotkaliśmy się z nim ponownie po rodzinnej kolacji ramazanowej. Przewiózł nas po mieście, opowiedział co jak i gdzie i pojechaliśmy do naszego domku na herbatkę. Koleś wydaje się być trochę sztywny. Wcześniej słyszeliśmy, że Konya jest bardzo konserwatywna, to i koleś sztywny… może dlatego że przestrzegał wytycznych ramazanu. Pogaworzyliśmy i poszliśmy spać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Wstaliśmy po ósmej bo Emre uprzedził nas że o dziewiątej przychodzi sprzątaczka. Przyszła o 8:40 i mocno się zdziwiła bo nikt nie dał jej znać. Szybki telefon do Emre i wszystko wyjaśnione. Zjadamy śniadanie i wychodzimy do miasta. Kierujemy się do największej atrakcji Konyi, czyli do mauzoleum Mevlany. To on, w XIII w., założył słynne bractwo wirujących Derwiszów które jest jednym z symboli Turcji. Był wielkim mędrcem, poetą, mistykiem i filozofem, a jego dzieła tłumaczone są na wiele języków. Nauczał tolerancji i poszanowaniu dla innych religii. Zachodni świat zna go jako Rumi, a ONZ ogłosiło rok 2007 jego rokiem. Niestety nigdy nie uczestniczyłem w pokazie wirujących Derwiszów, ale podobno jest to, przesączony symboliką, taniec modlitwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Muzeum Mevlany to piękne miejsce. Jest to kompleks budowli z charakterystyczną masywną seledynową wierzą, usytuowany w bardzo zadbanym i obsadzonym kwiatami parku. Całość jest ciekawa architektonicznie i bardzo zadbana. Na dziedzińcu jest mały zabytkowy cmentarz, a wewnątrz głównego budynku kilkanaście sarkofagów nobliwych mężów i samego Mevlany. Sarkofag Mevlany znajduje się dokładnie pod wspomnianą wierzą wyłożoną seledynową terakotą. Niestety w środku nie można robić zdjęć, a szkoda bo sarkofagi, ściany i sklepienia są bogato zdobione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wstępujemy jeszcze do dwóch meczetów i na bazar gdzie odwiedzamy sklep rodziny Emre. Kierujemy się do bogato zdobionej rozległej budowli muzeum pierwszej wojny światowej. Mijamy pomnik ku czci poległych i wchodzimy do środka, a tam niespodzianka. Sporych rozmiarów sala wypełniona jest makietami walk i życia z okresy wspomnianej wojny. Kiedyś sklejałem modele, co prawda w innej skali, ale i tak byłem zajarany. Cały budynek wygląda jak nowy lub tuż po remoncie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Postanowiliśmy przejść przez jeden cmentarzy, bo muzułmańskie nagrobki różnią się od naszych. Na nagrobku stoją dwa małe „obeliski”, w głowie zakończony kulą, a w nogach szpicem. Wiele z nich jest malowanych na różne kolory. Jest również muzeum nagrobków, równie ciekawe jak same nagrobki.

Bardzo podobały mi się nakrycia głowy miejscowych staruszków. Mała czarna wełniana czapeczka z małym czarnym kulistym pomponem. Akurat przechodziliśmy obok sprzedawcy, który na stoliku prowizorycznie skleconym ze starej skrzynki sprzedawał właśnie takie cudeńka. Wziąłem dwie. Zachodzimy jeszcze do banku, ale nikt nie mówi po angielsku, robimy zakupy i zmęczeni wracamy do domu. Zjedliśmy i oddaliśmy się relaksacji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem Emre zabrał nas do kawiarni na wzgórzu z widokiem na miasto. Tutaj pierwszy raz w życiu wypaliłem nargile o smaku cappuccino, gdzie w zbiorniczku zamiast wody było mleko z kawą. Bardzo fajny patent, szczególnie jeśli jeszcze dorzuci się do mleka trochę lodu. Zamówiliśmy sobie po deserku, a potem długo dyskutowaliśmy z Emre, który pokazał w końcu ludzką twarz. Mieliśmy miłą rozmowę o islamie i jego podobieństwach do chrześcijaństwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Rano czekaliśmy spakowani na Emre. Kiedy już się zjawił zrobiliśmy wspólne foto i daliśmy mu na pamiątkę pocztówkę z Wrocławia. Od dał nam kartę sim byśmy mogli dzwonić w razie potrzeby i prosił by ją odesłać jak wrócimy do Polski. Wywiózł nas na drogę do Ankary i powiedział „Have a safe trip.”

Data wizyty 2009r.

Istambuł, brama Azji

Istambuł to miasto symbol, to tysiące lat burzliwej historii i monumentalne meczety. To miejsce gdzie kultura chrześcijańska styka się z islamską, gdzie przebiega umowna granica dwóch kontynentów. Największe miasto Europy, przez które przebiega ważny szlak morski łączący morze Śródziemne z Czarnym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miasto robi niesamowite wrażenie, szczególnie na kimś kto odwiedza je po raz pierwszy, a jego zakres wiedzy historycznej jest na bardzo przeciętnym poziomie, miałem na myśli oczywiście siebie:P Historia przytłacza tu na każdym kroku, podobne wrażenie można odnieść w Rzymie, Atenach lub o czym jeszcze nie miałem okazji się przekonać w Egipcie. Jest to historia tak wybitna i tak znacząca, że życia by nie starczyło na jej zgłębienie. Jakaś dziwna atmosfera tajemnicy unosi się w powietrzu… a może to tylko moja chora wyobraźnia. Nie licząc odwiedzin meczetu w Mostarze, było to dla mnie pierwsze zetknięcie z kulturą islamską. Turcja będąc państwem świeckim, prezentuje postawę najbardziej liberalną ze wszystkich krajów islamskich, ale jednak. Niestety trzy dni to zbyt mało by poznać to miasto, można jedynie „zaliczyć” kilka głównych punktów jak Hagia Sophia, pałac Topkapi, cysterną z głową meduzy, wielki bazar, czy cieśninę Bosfor.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Podstarzały metalowiec dowozi nas 14km za Burgas, ostre zadupie ale po 10 minutach zabiera nas miejscowy luzaczek. Samochód wyładowany jakimiś workami, folkowa muzyczka na maksa i jedziemy:). Wysiadamy na jeszcze większym zadupiu 30km od Przygranicznego M. Tarnova. Mały ruch. Jednak po niespełna kwadransie wziął nas dziadek dobra furą. Teraz już piechotą kierujemy się do oddalonej o 9 km granicy z Turcją. Po drodze znajduję podkowę i zabieram ze sobą na szczęście. Szczęśliwym trafem drogą przejeżdżał strażnik graniczny i podwiózł nas wypytując o cel naszej wizyty na tym odludziu. Pokazujemy paszporty, mijamy zapory, skanery i wykrywacze materiałów radioaktywnych. Kupujemy 30dniową wizę za 15EUR.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ruch na przejściu praktycznie zerowy. Upał i brak cienia. Taksówkarz szukający frajerów proponuje nam podwiezienie do najbliższej miejscowości (12km) za 20EUR!!! Po jakiejś godzinie siedzenia na drodze, a droga nie byle jaka 3 pasmowa z poboczami, nowiutka pierwsza klasa, bierze nas rodzinka 2+3. Jedziemy samochodem w 7 osób:) Bardzo mili ludzie, są na wakacjach i na granice przyjechali tylko po to by sobie zrobić zdjęcie, no i przy okazji nas podwieźć:) Wysiadamy w Derekoy, wioseczka. Nawet nie zdążyłem napisać nazwy kolejnej miejscowości na kartoniku, a juz zatrzymał się samochód na francuskich blachach. Z kierowcą rozmawialiśmy po niemiecku, zabawny koleś… właściwie to Aga rozmawiała a ja wtrącałem „Ja, ja”.

DIGITAL CAMERA

***

Wysadza nas gdzieś na autostradzie prowadzącej prosto na most nad Bosforem. Wcześniej mijamy wzgórza całe pokryte domami, wygląda to jak pofalowane morze domów:) Przeskakujemy przez barierki i próbujemy ogarnąć sytuację. Zaglądamy do jakiegoś urzędu, wszyscy bardzo mili z uśmiechem, łamanym angielskim tłumaczą nam jak dojść do przystanku, z którego dojedziemy na Taksim. Wdrapujemy się na skarpę i przechodzimy nad autostradą. Wsiadamy w dolmusza (busa) i docieramy do stacji metra 4.levant i dalej do Taksim square.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wychodzimy na górę i naszym oczom ukazuje się zatłoczona ulica i plac. Całkiem ładne budynki, mnóstwo kebabowni, pomnik na środku placu. Taksim pełni funkcję popularnego miejsca spotkań towarzyskich. Deptakiem w górę i w dół jeździ zabytkowy czerwony tramwaj. Kontaktuję się z Halilem znalezionym wcześniej na CouchSurfingu, niestety jest w pracy i nie może nas odebrać osobiście.

Podaje mi numer do swojego współlokatora. Dzwonie do niego i dowiaduję się, że odbierze nas ich kumpel Koreańczyk:) W miedzy czasie zjadamy dobrego kebaba w bułce i ayran (3,5TL), czekamy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przychodzi po nas Tuna i jego kumpel, również Koreańczyk. Prowadzą nas do mieszkania. Trzeba wspomnieć, że dzielnica Taksim znajduje się na sporym wzgórzu, właściwie są tu same wzgórza. Schodzimy więc ulicą w dół, potem wdrapujemy się na następne wzgórze. Ciekawa dzielnica, sami miejscowi ludzie i dzieci bawiące się na ulicy. Mieszkanie w porządku. Spotykamy tam Amerykanina Roba, który uczy się Tureckiego na 2 miesięcznym kursie. Miło się z nim rozmawia. Idziemy kupić kilka browarów, a potem konwersujemy do późna. Halil, właściciel i nasz host, pracuje do drugiej w nocy wiec zobaczymy go dopiero rano.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Nici z dłuższego spania. O 9:00 budzi nas Halil i oznajmia, że śniadanie w drodze. Przygotował jajecznicę z papryką, pomidory ogórki, świeży chleb i tradycyjnie podaną herbatę (mała szklaneczka ze spodeczkiem, mała łyżeczka i kostki cukru. Miła poranna pogawędka. Halil jest bardzo uprzejmy i ciekawy wszystkiego. Uczy się rosyjskiego, jeździ na motorze, ma 32 lata i nigdy nie był poza granicami Turcji. Jest szefem kelnerów w pięciogwiazdkowym hotelu. Wypytujemy o miejsca warte odwiedzenia i ruszamy w miasto.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Schodzimy naszą wąską uliczką i wspinamy się na Taksim. Dalej w dół głównym deptakiem dla lanserów, mijamy Galata Tower (ładna budowla ale wstęp 10TL więc się powstrzymujemy) i schodzimy do miasta. Za mostem po prawej stronie ciekawa knajpa na trzech kiwających się na falach łajbach faceci smażą świeże ryby i podają na ląd. Idziemy wzdłuż linii tramwajowej, która oznaczona jest jako metro, supernowoczesny tramwaj, oszklone przystanki z bramkami wejściowymi i takie tam. Dochodzimy do parku i pałacu Topkapi. Ludzie tłoczą się przy kasach. Osobna kolejka dla Turków i osobna dla reszty hołoty by mogła zapłacić podwójnie:P Wstęp 20TL + 20TL za harem. Dochodzimy do Hagia Sophia, kolejne 20TL. Zastanawiamy się nad wejściem, może jutro. Budynek faktycznie monumentalny, wyglądający na bardzo stary choć lekko zaniedbany.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Błękitny meczet prezentuje się bardziej okazale, piękna budowla z sześcioma minaretami, a wstęp do środka jest darmowy. To nasz pierwszy kontakt z tureckim meczetem, a ten jest największy w Istambule. Dla turystów przeznaczono boczne wejście, zamknięte podczas modlitw. Kobietom rozdawane są chusty, którymi obowiązkowo zakryć muszą głowę i ramiona. Wszyscy ściągają buty i wsadzają je do foliowych worków pobranych przy wejściu. Oczom naszym ukazuje się wielka zdobiona przestrzeń, cała podłoga pokryta jest miękkim wzorzystym i bardzo czystym dywanem. Na ścianach malowane wzory oraz zdobiona terakota. Z sufitu na długich łańcuchach zwisają wielkie żyrandole. Muzułmańskie kobiety mają osobne, przeznaczone tylko dla nich pomieszczenie. W meczecie panuje spory tłok, w końcu jest on jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji w Istambule.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalej udaliśmy się na stary kryty bazar. Powiem szczerze, że zrobił na mnie wrażenie swoją wielkością, ilością sprzedawanych tam towarów i ich różnorodnością. Uliczki z tkaninami, lampionami, słodyczami, przyprawami, nargile, pamiątkami, ubraniami, dywanami, herbatą itp. Bardzo klimatyczna bazarowa atmosfera, kupcy wykrzykują, zapraszają, dość tłoczno, kolorowo, pachnąco. Całe to targowisko zdawało się nie mieć końca. Wciągnąłem kolejnego kebaba:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak już udało nam się wydostać z tego tłoku skierowaliśmy się do miejsca wskazanego przez Halila by zjeść obiad. Wyszliśmy ze ścisłego centrum za bulwar Ataturka. Poczuliśmy się jak w innym świecie. Tam już nie było turystów, wśród wąskich uliczek siedzieli tylko, w mniejszych bądź większych grupkach, faceci i gapili się na nas. Nie czuliśmy się super komfortowo, bo to był dopiero drugi dzień w Turcji i nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni. Znajdujemy jakąś lokantę (knajpkę). Prawie domowa atmosfera, jakaś babka je razem z dziećmi, więc się ośmieliliśmy. Po środku stał duży piec opalany drewnem. Zaproszono nas do środka, ciężko było się dogadać, jak już mówiłem nie mieliśmy jeszcze wtedy wprawy. Ostatecznie zjedliśmy durum (kebab zawinięty w coś w stylu naleśnika) i Ayran.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec facet wcisnął nam jakiś dziwny deser, zapieczony w glinianej misce, właśnie wyciągnął z pieca. Coś jakby słodka zupa mleczna z ryżem pokryta zarumienionym kożuszkiem:P Nie najgorsze. Na koniec kolejna niespodzianka. Facet wyciąga jakiś płyn w butelce i prosi byśmy wyciągnęli ręce. Po chwili wahania składamy ręce w miseczkę, a on polewa nam je pachnącym płynem z niewielką ilością alkoholu i każe wetrzeć to w dłonie:P Ciekawe. Wygląda na to, że zamiast mycia rąk stosują perfumowanie:P Ja się mieliśmy później przekonać praktyka jest stosowana powszechnie w całym kraju.

Poszliśmy do pięciogwiazdkowego hotelu, w którym pracuje Halil, na sponsorowaną herbatkę. Dzień zakończyła kolejna sesja biesiadowa przy piwku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Dzisiaj z rana wybraliśmy się do przystani promowej i za jedyne 1,TL przepłynęliśmy na Azjatycką stronę miasta. Mój pierwszy raz w Azji. Ładny widok na Europejską stronę. Robimy sobie spacerek wzdłuż wybrzeża. Od razu widać różnicę w cenach, wszystko tańsze. Zapodaliśmy sobie Tavuk donera, bardzo smaczny, mięso świetnie doprawione ziołami. Odwiedziliśmy ze dwa meczety. Postanowiliśmy wykupić wycieczkę stateczkiem wokół cieśniny bosforskiej (7,5TL ok. 1h 15’). Świetna sprawa polecam. Mocno wiało, woda błękitna pofalowana, zapach morza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Płynęliśmy wzdłuż azjatyckiego wybrzeża, pod mostem, do wspinającego się po zboczach obu brzegów cieśniny zamku i drugiego mostu, tam statek zawraca i europejską stroną zmierza na złoty róg. Ze statku podziwiać można oryginalny neogotycki meczet z dwoma minaretami i panoramę starego miasta, gdzie uwagę przykuwają potężne meczety. Poszliśmy ta targ przyprawa, który ciągnie się uliczkami, aż do wielkiego bazaru. Wszędzie dostać można gotowaną (1TL) i grillowaną (1,5TL) kukurydzę, sprzedawaną na ulicznych straganach, właściwie wózkach:P
Wieczorem, wspólnie z Robem znajdujemy na mapie miejscówkę do autostopowania na jutro, a on dodatkowo obczaja dla nas numer autobusu miejskiego, który nas tam dowiezie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Wstajemy skoro świt 6:10, pakujemy się, żegnamy z chłopakami, wychodzimy 7:20. Po godzinie docieramy na azjatycką stronę. Szybki turecki hot-dog na śniadanie. Mamy szczęście, jakiś facet prowadzi nas do autobusu i już jedziemy. Podróż trwała jakieś 40 minut. Wpadamy do Carefoura na śniadanie mistrzów – ayran i bułka. O 9:30 wystawiamy rękę przy drodze i już po 10 minutach jedziemy ze śmiesznym sprzedawcą marmuru. Jego angielski nie był najlepszy ale próbował nas uczyć chińskiego:P Po drodze wstąpiliśmy do Burger Kinga na kawę – beznadzieja:P Dostaliśmy od niego nr telefonu i zaproszenie do siebie do Amasy nad morzem Czarnym. Dojechaliśmy z nim do Izmitu, dzisiaj naszym celem jest Safranbolu.

Data wizyty 2009r.

Şanlıurfa, święte miasto

Przedrostek Şanlı w wolnym tłumaczeniu oznacza „pełna chwały” i został nadany miastu w 1984 roku na pamiątkę waleczności i dzielności mieszkańców podczas wielkiej wojny niepodległościowej lat 20-tych. Jednak Urfa znana jest przede wszystkim z kompleksu świątynnego, w którym znajduje się miejsce narodzin Abrahama i staw ze świętymi rybami. W mieście, do czasów podboju przez Bizancjum, przechowywano legendarny Mandylion. Ormianie zaś uważają, że stąd wywodzi się ich alfabet.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na skrzyżowaniu wysiadamy z ciężarówki, która przywiozła nas z Antep. Niestety to jakieś zadupie i czekał nas długi marsz z plecakami w nieznośnym upale.  Znajdujemy pierwszy lepszy hotel, po wspólnym stwierdzeniu, że potrzebujemy Klimy. Pan na recepcji rozbawił mnie kwotą 90TL za pokój i po chwili targowania zeszliśmy do pięciu dych. Ciasny pokoik, ale czysty, są ręczniki i śniadanie w cenie. Zdecydowaliśmy się na taką rozrzutność ponieważ ostatnie trzy dni spędziliśmy za darmo u znajomych w Antep.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Urfie pierwszy raz poczułem się obserwowany. Wszyscy się na nas gapili jakbyśmy byli kosmitami, albo zwierzętami w zoo. Teraz zrozumiałem dyskomfort, o którym mówiła mi wcześniej Agnieszka. Zdarzało się, że kiedy Aga zadawała jakiemuś facetowi pytanie to on kierował odpowiedź do mnie. Szczytem, choć mi wydało się to zabawne, była sytuacja kiedy Aga zapłaciła w sklepie za zakupy a ja dostałem resztę. Mieszkańcy tego miasta są mocno konserwatywni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Byłem w stanie zrozumieć dlaczego gapią się na Agę, w końcu blondynka z Europy w letniej sukience, ale dlaczego gapią się na mnie. Wtedy mnie olśniło. Pomijając fakt, że byliśmy jedynymi obcokrajowcami na zatłoczonej ulicy, którą szliśmy, to ja byłem jedynym facetem noszącym krótkie spodenki. Nieznośny upał, ponad 30 stopni, a oni wszyscy w długich spodniach, albo jeansach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Męczy mnie już trochę nachalność Turków. Każdy woła do nas „hello”, niby nie ma w tym nic złego, ale sto osiemdziesiąta dziewiąta osoba zadająca te same pytania… czasem można wyjść z nerw:P. Inna sprawa, że tutaj dystans fizyczny jest znacznie skrócony. Jak do ciebie mówią to przysuwają się bardzo blisko, zaczynasz czuć dyskomfort i niepewność. Albo łażą za tobą i nie chcą się odczepić.

***

Z naszego hotelu droga do parku z rybami wiodła wzdłuż zatłoczonego bazaru i co krok naganiacze próbowali nas namówić na obiad. My jednak mieliśmy ochotę na coś lekkiego, czego oni nie mogli zrozumieć i proponowali najdroższe potrawy jakie mieli.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przekroczyliśmy ogrodzenie parku i jakbyśmy weszli do innego świata. Zielone rozległe trawniki, mostki, rzeczki, rabatki, kwitnące kwiatki i inne ciekawe krzaki. Wszystko podlewane automatycznymi zraszaczami. Są ławeczki i spora herbaciarnia przy stawie po którym można pływać łódką wiosłową. Spaceruje tu sporo ludzi i panuje spokojna atmosfera relaksu.

Kierujemy się do groty, w której podobno narodził się Abraham, tak ten sam którego Bóg wystawił na próbę wiary i kazał mu zabić swego syna Izaaka. Koran uznaje proroków chrześcijańskich, uznaje też Jezusa, ale jako człowieka w stu procentach. To miejsce otaczane jest wielką czcią przez różne religie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do groty prowadzą dwa wejścia, osobne dla kobiet i osobne dla mężczyzn. Wchodzę przez niewielkie drzwiczki wyglądające jak okno w białej ramie PCV, dalej wąskim korytarzykiem i już jestem w małym pomieszczeniu z oknem. Trochę to słabe łączyć okno PCV z litą skałą, ale przez szybę zobaczyć można ową grotę. Bardzo mała, właściwie wnęka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ze ściany wystaje kran na fotokomórkę, z którego ludzie nabierają wody i odmawiają krótką modlitwę. Hmm… może gdybym był wierzący to zrobiłoby to na mnie spore wrażenie, jednak ja widziałem tylko fuszerkę ekipy remontowej. Tak czy inaczej miejsce warte uwagi bo tysiące lat temu rodziła się tu historia dzisiejszego świata.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po drugiej stronie parku znajduje się świątynia i zabudowania stawu, a właściwie basenu, w którym pływają i mieszkają święte ryby. Cały kompleks z żółto-piaskowego kamienia, oświetlony promieniami zachodzącego słońca prezentuje się okazale. Wzdłuż długiego brzegu, wysokiego może na metr, stoją ludzie i rzucają rybom, zakupioną wcześniej w pobliskim sklepiku, kukurydzę lub robaki. Ciekawe jak dugo, żyją te karpie bo są ich tam setki. Woda cała się od nich rusza, jeden na drugim walczą o pokarm, a momentami wyglądają jak jedna szara masa. W sumie to nie jestem pewny czy to karpie, a dlaczego są święte to już doczytajcie sami:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec dnia wspinamy się jeszcze na wzgórze zamkowe, do którego prowadzi zadbana ścieżka z punktami widokowymi. Bardzo miły widok, ale musimy się zbierać bo już się ściemnia. Jak tylko muezin wyśpiewa ostatnie słowa ulice stają się na prawie godzinę puste, a domostwa i restauracje wypełniają się po brzegi. No tak przecież to Ramazan. Widząc na ulicy świecące ozdoby z okazji świąt, przez chwilę czuję się jak w Boże Narodzenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 ***

Do jadalni jedziemy windą na piąte piętro. Rozciąga się stąd widok na prawie całe miasto, zabudowania wspinają się na pobliskie wzgórza. Korzystając z hotelowego śniadania postanawiamy się dobrze najeść na zapas. Tradycyjnie, biały słony ser, oliwki, warzywa i ciastko z herbatką na deser.

Dziś wyruszamy do Mardin.

Data wizyty 2009r.