Saska Szwajcaria

Wciąż nie pojmuję jak to się stało, że przez tyle lat nie byłem świadomy istnienia tego miejsca. Niecałe 3 godziny samochodem z Wrocławia, pół godziny na południowy wschód od Drezna. Dotrzeć tu można również pociągiem lub statkiem parowym. Idealne miejsce na weekend a nawet na 4 dni. Raj dla miłośników pięknych widoków, zamków i pałaców, wspinaczki, rowerowych i motocyklowych przejażdżek.

Wycieczkę warto zacząć od malowniczej starówki w miejscowości Pirna. Na typowym dla niemieckich miasteczek kwadratowym rynku z ratuszem po środku znajdziecie miłe restauracyjiki. Polecam Marieneck gdzie skonsumowałem pyszną soliankę, uraczyłem się bardzo dobrą kawą i przetestowałem miejscowe ziołowe nalewki.

“Stadt Wehlen” najstarszy z dziewięciu parowców kołowych pływających po Łabie (Elbe). Niewątpliwie dodają uroku wycieczce, a dzwięk parowego gwizdka niesiony echem przez doline tworzy niesamowity klimat.

https://www.saechsische-dampfschiffahrt.de/en/across-the-elbe/ships/

Z Kurort Rathen prowadzi najkrótrza droga na Bastei. Można również przepłynąć promem na drugą stronę rzeki by stamtąd podziwiać skaliste klify.

http://www.kurort-rathen.de/en/

Kurort Rathen – Miłośnicy dwóch kółek również się nie zawiodą, gdyż wszystkie leżące nad rzeką miasteczka połączone są ścieżką rowerową ciągnącą się po obu stronach rzeki.

Widok z Bastei na południową część Rathen. W tle po prawej góra Lilenstein.

Widok z Bastei w stronę Stadt Wehlen. Najwyższy punk widokowy znajduje sie 190 metrów nad taflą rzeki.

Kamienny las. Widok z Bastei na Północ. W dolinie znajduje się również  teatr na otwartym powietrzu.

Zdięcia absolutnie nie odadają perspektywy i przestrzeni.

Największ atrakcja Saskiej Szwajcarii, czyli ponad 70 metrowy piaskowcowy most zbudowany w połowie XIX wieku. Wznosi się 40 metrów pnad dno wąwozu.

Pozostałości zamku Neurathen. Zaraz obok mostu na Bastei. Wstęp płatny 2Eur, widoki warte są znacznie więcej.

http://www.saechsische-schweiz-magazin.com/13-felsenburg-neurathen-bastei.html

Miejscowość Chribska w czeskiej części Saskiej Szwajcarii zwanej tutaj…Czeską Szwajcarią. Charakterystychne dla tego regionu i występująca również w Polsce w okolicach Bogatyni domy przysłupowe.

Tu mieszkał Frodo

Przy skalnej bramie znajduje się letni pałacyk “Sokole Gniazdo” sam w sobie stanowiący atrakcje z racji usytułowania i architektury. Oczywiście strudzeni wędrowcy mogą liczyć tutaj na zimne piwko i knedliki.

Miejscowe skały cieszą się wielką popularnością wśród amatorów wspinaczki.

Niewątpliwie największa atrakcja Czeskiej szwajcarii czyli Pravčická brána (niem. Prebischtor). Największy naturalny skalny most w Europie. Szeroki na 26,5 i wysoki na 21 metrów. Wstęp do pałacyku i na platformy widokowe płatny 3Eur co stanowi naprawdę małą cenę za zapierające dech w piersi widoki.

http://www.pbrana.cz/pl/

Kamienica przytulona do skał przy wieździe do Hřenska. To niewielkie miesteczko ciągnące się ciasnym skalnym wąwozem jest najniżej położoną miejscowością w Czechach. Stąd najbliżej do Pravčickiej brány. Inną popularną atrakcją w okolicy jest Edmundova souteska czyli wąwóz Edmunda po którym pływać można czymś na podobieństwo gondoli skrzyżowanej z łodzią flisacką.

http://www.hrensko.cz/inpage/edmundova-souteska/

Malusieńka wioseczkana na granicy niemiecko-czeskiej, składająca się właściwie z jednej krótkiej uliczki. Tutaj rozpoczyna się i kończy wiele szlaków turystycznych. Ktoś wpadł na pomysł, że da się na turystach zarobić i zbudował tu mały Disneyland. W zrekonstruowanym młynie wodnym podziwiac mozna działający drewniany mechanizm, mąka się miele, kółka się kręcą ludzie się cieszą. Przez okna zajrzeć można do piekarni by obserwować panią piekarzową ubraną w strój ludowy wyjmującą gorące bochny chleba z gorącego pieca. Zaraz obok powstał nowoczesnz lokalnz mikrobrowar z ekologicznym bio piwem. Jestnawet muzyka na żywo i mała zaimprowizowana knajpka na otwartym powietrzu. Wszystko ładnie piękne ale troszkę jakby sztuczne.

http://www.schmilka.de

Domy przysłupowe w Bad Schandau

Bad Schandau nie ma klimatycznego ryneczku, ale znajdziesz tu wiele ciekawych drewnianych domów stojących wzdłuż rzeki. Wartą uwagi atrakcją jest również orignalna wieża widokowa. Jednak przede wszystkim miejscowaość kojaży się z zabytkowym żółtym tramwajem kursującym do wodospadu Lichtenhainer.

http://www.ovps.de/verkehrsmittel/kirnitzschtalbahn/443/

Jak dla mnie twierdza Koenigstein jest w pierwszej 3 must see zaraz obok Bastei i skalnej bramy. Gigantyczna twierdza wybudowana na piaskowcowych skałach robi ogromne wrazenie a widoki z jej murów zapierają dech.   Wstęp 10 eur + parking 4,5eur, ale zdecydowanie warto.

http://www.festung-koenigstein.de/pl/

Tutaj znajdziecie wiele ciekawych informacje o wszystkich miejscowościach i atrakcjach regiounu wraz z propozycjami tras wycieczek.

                                               http://www.saechsische-schweiz.de/en/region/places.html                                                                                                                                   http://www.entdecke-sachsen.de/                                                                                      http://www.wandern-saechsische-schweiz.de/Auswertung_beliebteste_Wanderung.asp

Advertisements

Durrës, prawie najlepsza plaża na świecie

To drugie największe miasto w Albanii liczy sobie niecałe 120 tyś. mieszkańców. Znajduje się tu najważniejszy i największy port w kraju. Jednak najbardziej znany jest jako nadmorski kurort z szeroką i długą na kilka kilometrów plażą. Podobno w sezonie ciężko znaleźć na niej miejsce…taki tłok:P Właściwie więcej atrakcji nie ma:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Około pierwszej w nocy docieramy do przejścia granicznego z Albanią. Celnik z poważną miną otwiera przesuwane drzwi naszego busa, zbiera wszystkie paszporty po czym udaje się do dyżurki. Panuje niczym nie zmącona cisza, a twarze zaspanych pasażerów nie zdradzają oznak inteligencji. Po dwudziestu minutach dwóch panów w zielonych mundurach powraca z paszportami. Ku naszemu zdziwieniu Włoszkę poproszono o zapłacenie za wizę, czym była równie zdziwiona co my. Może to kara za wtargnięcie do kraju podczas drugiej Wojny Światowej. Przez chwilę poczuliśmy dumę z faktu, że nasz MSZ tak wspaniale dogadał się z niewątpliwą potęgą jaką jest Albania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaciekawieni sytuacją zagailiśmy do czarnowłosej niewysokiej dziewczyny. Roberta, bo tak miała na imię nasza nowa włoska koleżanka samotnie podróżowała przez Bałkany już nie pierwszy raz. Wracała właśnie z Kosowa i miała ze sobą jedynie maleńką czarną walizeczkę na kółkach. Niejednej dziewczynie nie starczyłoby miejsca nawet na kosmetyki:P Właściwie to Roberta pochodzi z Sardynii, a tam wszystkie kobiety mają metr pięćdziesiąt w kapeluszu. Droga stała się niesamowicie kręta, ale kierowca sprawiał wrażenie jakby jeździł tędy od dziecka i znał dokładnie każdy centymetr tej trasy. Mieliśmy przynajmniej taką nadzieję bo gnał jak szalony oświetlając okolicę długimi światłami.

Dookoła panowała „albańska ciemność”, bezksiężycowa noc i niebo też wydawało się całkowicie czarne… bez gwiazd. Co jakiś czas podskakiwaliśmy na nierównościach asfaltu lub wciskaliśmy się w fotel na ostrych zakrętach. Po jakiejś godzinie zatrzymaliśmy się w przydrożnym zajeździe by poczekać na ciągnący się za nami autobus. Kuba, ciekawy pieczątki, zajrzał do paszportu, a gdy znalazł ją na wewnętrznej stronie okładki lekko się zirytował:P „Albania”, odrzekłem i wybuchliśmy śmiechem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jako, że Roberta znakomicie mówiła po angielsku, a w Albanii najłatwiej dogadać się po włosku, robiła za naszego tłumacza. Z przypadkowej rozmowie z palącym papierosa kierowcą, dowiedziała się że nie jedziemy przez Tiranę do Durrës tylko najpierw na wybrzeże, a dopiero potem do stolicy. Wydało się to nam trochę nie logiczne, dlatego do tej pory sądziliśmy że jedziemy prosto do Tirany. Włoszka też jedzie do Durrës na prom do Bari, więc ucieszyliśmy się że będziemy mieli towarzystwo. Po godzinie oczekiwania dociera do nas autobus i ruszamy w dalszą drogę, którą z resztą całą przespaliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O czwartej nad ranem wysiadamy na głównym dworcu autobusowym w Durrës. Spory pusty plac otoczony nieciekawymi budynkami. Ciemno, głucho i ani żywego ducha. Roberta dyskutuje coś z kierowcą i po chwili bus odjeżdża razem z nią. Nawet nie zdążyliśmy się pożegnać. Zostaliśmy sami, nie wiedząc nawet w którą stronę się kierować. Po kilku minutach nadjeżdża autobus i wysiada z niego nasza włoszka. Okazało się, że po przesiadce do busa w Macedonii, jej bagaż został w autobusie. Od razu zrobiło się raźniej, a kierowca wskazał nam drogę do portu.

5

Po dwudziestu minutach błąkania się po opustoszałych ulicach dotarliśmy do miejsca gdzie miało się znajdować wejście do portu. Okazało się jednak, że to główny wjazd dla ciężarówek a nie terminal pasażerski. Zaczynało już świtać, więc postanowiliśmy przejść się do oddalonego o zaledwie kilkaset metrów centrum. I tu doznaliśmy pierwszego szoku. Jakaś pani zamiatała chodnik i ulicę! Przecież złego słyszeliśmy o albańskich miastach, powinno być brudno i strasznie, a tymczasem ciężko było doszukać się choćby peta na chodniku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Doszliśmy do prostej jak strzała, wyłożonej kamiennymi płytami ulicy Bulevardi Epidamn, która stanowiła główny deptak centrum miasta. Podświetlona dwoma rzędami lamp wbudowanych w nawierzchnię, przypominała trochę pas startowy. Po obu stronach, kolorowe dwupiętrowe i w większości zadbane kamieniczki. Przed nimi rząd niewysokich, ale idealnie symetrycznych i dorodnych palm. Trzysta metrów dalej ulicę zamyka potężna bryła Wielkiego Meczetu. Zburzony w 1967 roku w ramach walki komunistycznych władz z religią, został odbudowany dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobiło się już całkiem widno i nabraliśmy ochoty na poranną kawkę, naszej koleżanki nie trzeba było namawiać w końcu była włoszką. Przed jedną z kafejek ustawionych było kilka, wyglądających na bardzo stare greckie, może rzymskie, kolumn. Weszliśmy do środka. Pusto, ale nie ma się czemu dziwić bo nie było nawet siódmej rano. Miły starszy, lekko posiwiały, pan powitał nas z uśmiechem, a Roberta rozpoczęła konwersację. Właściciel pozwolił jej nawet na samodzielne przygotowanie kawy. Rozbawiona dziewczyna wskoczyła za bar i ze sprawnością zawodowca obsłużyła wielki syczący parą ekspres. Potem przyznała nam się że kiedyś pracowała w kawiarni. Zapowiadał się słoneczny i sympatyczny dzień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nieopodal stoi masywna kamienna wieża wzniesiona w okresie gdy Durrës stanowiło posiadłość Republiki Weneckiej. Wraz z przyległymi do niej murami jest najlepiej zachowanym fragmentem fortyfikacji miejskich. Od kilkunastu minut szwendaliśmy się z plecakami i małą walizeczką na kółkach w poszukiwaniu jakiegoś zakwaterowania. Nie mieliśmy za bardzo koncepcji. Po chwili jednak zatrzymał się obok nas jakiś stary samochód, a jego kierowca wołał coś w stylu „Hotel, hotel”. Wysłaliśmy Robertę na negocjacje. No cóż, pokój ze śniadaniem za 15 euro od osoby, ale że nie chciało nam się łazić i szukać przystaliśmy na ofertę.

9

Załadowaliśmy się do samochodu i kilka minut później wysiedliśmy przed naszym hotelem, zaledwie kilka kroków od portu. W bocznej uliczce, co wtedy jeszcze nas zdziwiło, stał sporych rozmiarów spalinowy generator prądu. Właściwie to stoją one przy większości budynków. To typowe dla większych miast Albanii z uwagi na niewydolność sieci energetycznych.

Hotel nie wyróżnia się niczym specjalnym, troszkę zalatuje smrodkiem z pobliskiego portu, a może to problemy z kanalizacją. Jak na kurort przystało, baza hotelowa w Durrës jest ogólnie bogata. Stoją tu dziesiątki kilkupiętrowych budynków przypominających trochę ubogą wersję scenerii z turystycznego, tureckiego wybrzeża. Pokój nieduży, ale w sumie bez zastrzeżeń. Zaprosiliśmy Robertę do skorzystania z prysznica, oczywiście z racji tego że jesteśmy gentelmanami, zajęła łazienkę jako pierwsza. Nasza włoska przyjaciółka poszła dowiedzieć się o prom do Bari, a my w tym czasie udaliśmy się na przechadzkę nabrzeżem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od weneckiej wieży przechodzimy przez park przechodzący w bulwar ciągnący się wzdłuż brzegu Adriatyku. Mijamy, mocno komunistyczny z wyglądu i pobazgrany graffiti, pomnik partyzanta. Straszne brzydactwo. Deptak wygląda na nowy. Równiutko ułożone betonowe kostki, kwietniki, kamienne ławeczki, kosze na śmieci, stylizowane latarnie, młode palmy i agawy. Wzdłuż promenady stoją wysokie na kilka lub kilkanaście pięter pomarańczowe, błękitne i kremowe hotele. Całość robi świetne wrażenie i zaczynamy się zastanawiać skąd biorą się te negatywne stereotypy o albańskim  nieładzie i syfie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na odpowiedź nie musimy długo czekać. Jakieś dwieście metrów dalej jak za cięciem magicznego noża kończy się zadbana nawierzchnia, kończą się ławeczki, kwietniki i zaczyna się betonowa prowizorka. Dalsza część wygląda jak porzucony kilkanaście lat temu plac budowy. Tu hałda ziemi, tam kępa krzaków i cały czar prysł. Kropką nad „i” jest betonowy odrażający szkielet, wychodzącego na kilkadziesiąt metrów w morze, pomostu. Chcieli mieć „pier” jak w Brighton, ale zabrakło im rozpędu. Plaża przy ozdobionym bazgrołami molo pozostawiała wiele do życzenia. Dało by się jeszcze znieść ten ciemno szary piasek przypominający muł, ale zapach zgniłej wody przywiewany od strony największego w kraju portu, to już lekka przesada. Jednak miejscowym to nie przeszkadzało, a amatorów kąpieli nie brakowało.

12

Cyknęliśmy kilka fotek i wróciliśmy do hotelu na umówione spotkanie z Robertą. Okazało się że najbliższy prom do Bari odpływa dopiero około 23:00, czyli za jakieś 12 godzin. W związku z tym postanowiliśmy wybrać się wspólnie na wycieczkę do Tirany. Gdy dotarliśmy na dworzec, w niczym nie przypominał tego pustego smutnego placu. Między kilkunastoma chaotycznie ustawionymi autobusami tłoczyły się grupki podróżnych. Upał i kurz. Coś takiego jak rozkład jazdy nie istnienie. Naganiacze głośnym wołaniem oznajmiają dokąd jedzie dany autobus, po czym zainteresowanym sprzedają bilet. Jak zwykle w takich miejscach i tu koleś chciał nas naciąć, bylibyśmy w plecy stówkę gdybyśmy nie podsłuchali, że Tirana chodzi za 200 leków. Autobus odjedzie gdy się zapełni, ale na szczęście niewiele już brakuje. Dzięki Bogu Klima działa. W międzyczasie sprzedawca wody i bananów próbuje namówić nas na zakupy. Uff… ruszamy!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***(Relację z Tirany znajdziecie w kolejnym wpisie)***

Po powrocie do Durrës maszerujemy jeszcze zobaczyć ruiny największego na Bałkanach rzymskiego amfiteatru z początku II wieku. Niesamowite jak długą historię ma to miasto. Założone ponad sześćset lat przed naszą erą przez Greków, zaczęło nabierać znaczenia jakieś pięćset lat później stając się punktem początkowym ważnej rzymskiej drogi Via Egnatia. Długa na siedemset kilometrów Via Egnatia prowadziła przez całe Bałkany do Tesalonik i dalej do miasta Bizancjum. Dyrrachium, bo tak nazywało się wtedy Durrës stało się najważniejszym portem na wschodnim wybrzeży Cesarstwa Rzymskiego. Właśnie tędy przetoczyły się wojska Juliusza Cezara podczas wojny domowej w 48r. p.n.e., a kilkaset lat później siły krucjaty idące na Konstantynopol. Do dzisiaj zachowały się jedynie ciekawe ruiny amfiteatru oraz mizerne pozostałości łaźni oraz rotunda.

14

Zastanawialiśmy się jak zakończyć ten długi i pełen wrażeń dzień. Najlepszym pomysłem wydał nam się zakup piwka i spędzenie reszty wieczora na nagrzanym palącym słońcem betonowym molo. O dziwo nawet po zmroku kręci się więcej ludzi niż w dzień, panuje jednak przyjazna atmosfera, poza tym po ciemku nie widać niedoróbek budowlanych.

Było już po dziesiątej wieczorem i nadszedł czas by odprowadzić Robertę na prom. Okazało się, że wejście do terminala promowego znajduje się zaraz obok dworca autobusowego. To Europa drugiej kategorii więc panuje tu wielki chaos i spoty tłok.

15

Aby dojść do kas trzeba najpierw przejść przez niewielki bazar. Na słabo oświetlonym placyku wysypanym żwirem stoją rozstawione stragany. Jest duży grill, na którym smażą się wielkie szaszłyki i kawałki mięsa, a smakowity zapach sprawia że od razu poczuliśmy się głodni. Są też stragany z ciuchami i z najróżniejszymi pamiątkami z Albanii z Kosowa. Roberta bezskutecznie próbuje ustalić o której przypływa prom. Ostatecznie okazuje się będzie dopiero o pierwszej. Żegnamy się czule z naszą przyjaciółką z Sardynii i udajemy się do hotelu na zasłużony odpoczynek.

Co do długiej piaszczystej plaży to ona naprawdę istnieje i podobno jest fajna, ale nie udało nam się na nią dotrzeć:P

Data wizyty: Sierpień 2008r.

Ochryda, „Bułgaria lat 80-tych”

Znów liczyliśmy na łut szczęścia, stojąc z wystawionym kciukiem na zakurzonym poboczu wąskiej acz ruchliwej drogi. Jeden po drugim zatrzymywały się obok nas małe busiki relacji Skopje – Ohrid i przez gwałtownie otwierające się drzwi kierowcy zachęcali dynamicznymi gestami do wejścia na pokład. Szkopuł w tym, że nawet gdybyśmy chcieli wydać 5 Euro na bilet to i tak w środku nie było dla nas miejsca, nie mówiąc już o naszych plecakach. Busiki pękały w szwach i nie było nawet gdzie stanąć, a perspektywa jazdy z nosem przyklejonym do przedniej szyby w przeładowanym pojeździe i trzydziestostopniowym upale raczej nas nie zachęcała.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak zwykle opłaciło się trochę poczekać i już po chwili siedzieliśmy w klimatyzowanym busie, będąc jedynymi pasażerami nie licząc kierowcy i jego wspólnika. Chłopaki za darmoszke podwieźli nas do bramek autostrady. Po kilku minutach zajechał obok nas samochód oczywiście na szwajcarskich blachach. W środku przesympatyczni rodowici Szwajcarzy z Macedonii:P Podobnie jak w Turcji, rodowici Niemcy z czarnymi wąsami:P Ojciec i syn. Z pierwszym dogadujemy się łamanym niemieckim, z drugim zaś łamanym angielskim. Synek bardzo zabawny, dość masywny, wylansowany, mówi że ćwiczy boks i chce mieć Audi A7.

Kilka kilometrów dalej, biorą jeszcze na stopa jakiegoś miejscowego dziadka. Autostop jest tu dość powszechny. Na jednej z przełęczy zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze na kawkę i burka, a ojciec uznał za punkt honoru żeby za nas zapłacić. Zapewniał, że Macedończycy to bardzo gościnny naród i że nie mamy się tu czego obawiać. Niestety niebawem musieliśmy się z nimi pożegnać i utknęliśmy na jakiś czas w miasteczku Kicevo.

Natrętni taksówkarze nieustannie podchodzili do nas i proponowali transport do oddalonego o 65 kilometrów Ohrid. Cena schodziła w dół, ale my mieliśmy twarde postanowienie, że za więcej niż 4 Euro nie jedziemy. W końcu podjechała do nas taksówka z młodym mówiącym po angielsku pasażerem i kierowca przystał na naszą stawkę. Na koniec wycieczki dostaliśmy jeszcze po nektarynce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jakiś miły, napotkany na ulicy człowiek pokierował nas do czegoś w rodzaju informacji turystycznej gdzie zaopatrzyliśmy się w poglądową mapkę okolicy. Upatrzony wcześniej kamping „Gradishte” znajduje się na wschodnim brzegu jeziora, 15 kilometrów od centrum miasta. Bez trudu odnaleźliśmy przystanek busów, które co kilkanaście minut wiozły miejscowych i turystów na plażę w pobliżu naszego kampingu. O dziwo, okazało się że są dwa rodzaje busów miejski za 60 i prywatny za 80 denarów. Oczywiście poczekaliśmy na ten tańszy:P

Dotarliśmy na recepcję, gdzie miły pan wyglądający na ostrego imprezowicza spisał nasze dane i dał jakiś numerek. Nie wiedzieliśmy jeszcze ile tu zostaniemy, ale to panu nie przeszkadzało i powiedział, że zapłacimy przy wyjeździe. Zeszliśmy głównym traktem w stronę jeziora, bo kamping położony jest nad samiuśkim brzegiem. Przed nami rozpościerał się piękny widok na spokojną błękitną wodę, długą plażę szczelnie wypełnioną ludźmi i wysokie zielone góry w tle. Zapragnęliśmy natychmiast wbiec do jeziora, ale postanowiliśmy najpierw zrobić rekonesans.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przeszliśmy przez część kampingu gdzie w cieniu drzew stały dziesiątki przyczep kampingowych zagospodarowanych jak domki letniskowe. Były wieśniackie plastikowe płotki, stoliki, krzesełka, parasole, grille, dmuchane baseniki i imitujące trawę wykładziny. Wygląda na to, że ludzie spędzają tu cały letni sezon. Znalazł się nawet jeden samochód z Polski. Gdy dotarliśmy do pola namiotowego, okazało się że tam również cienko z miejscem.

W sumie nie ma się czemu dziwić, jesteśmy w najbardziej popularnym, bo jedynym, miejscu wakacyjnego wypoczynku całej Macedonii. Jezioro Ochrydzkie to największe i najgłębsze jezioro na Bałkanach oraz najstarsze na całych świecie. Trzy razy większe niż Śniardwy i trzy razy głębsze niż Hańcza. W dodatku znajduje się prawie siedemset metrów nad poziomem morza i otoczone jest pięknymi górami. Zasilane jest podziemnymi źródłami, a wypływa z niego tylko jedna rzeka. Ze względu na kamieniste wybrzeże woda jeziora jest krystalicznie czysta, a w zależności od głębokości mieni się odcieniami niebieskiego i błękitu z turkusem włącznie. Brakuje tylko palm.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zmęczeni upałem i bezowocnym szukaniem miejscówki na nasz skromny namiot z Tesco, zrzuciliśmy plecaki i ochłodziliśmy nasze ciała, od wewnątrz… piwkiem. Wyostrzone zmysły od razu zauważyły stojącego nieopodal Land Rovera na poznańskich blachach i postanowiliśmy zagadać do jego właścicieli. Tak zaznajomiliśmy się z rodzinką 2+1 , która wracała właśnie z off-road’owej wycieczki po Albanii. To od nich usłyszeliśmy najbardziej trafny opis panujących tu warunków „Bułgaria lat 80-tych”. Co prawda żaden z nas nie był wtedy w Bułgarii, ale po kilku godzinach i obchodzie całego kampingu zrozumieliśmy o co im chodziło.

Najciekawszym zjawiskiem, niewątpliwie wartym opisania był stan sanitariatów, które bez krzty przesady można by nazwać „sralnio-szczalniami”. Otóż, jak to bywa w życiu czasem trzeba pozbyć się zbędnego balastu i w tym celu udałem się do pawilonu oznakowanego literami „WC”. Nie powiem, z zewnątrz nic nie wskazywało na to co się tam dzieje. Pisuar działał bez zarzutu, niestety ktoś zapomniał podłączyć rurę odprowadzającą i złoty płyn lał się prosto pod nogi klienta. Co piętnaście minut przychodziła pani ze szlauchem i obficie zmywała wykafelkowaną podłogę. Cztery kabiny i ciężkie chyba blaszane, malowane olejną, drzwi. Brak klamek mnie nie odstraszył, przecież to nic wielkiego bo w kiblu na dworcu PKP w Gliwicach też ich nie ma:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Uchylam pierwsze drzwi, dziura w stylu wschodnim czyli na Małysza i to akurat zaleta, ale na tym zalet koniec. Z dziury wystaje czterdziestocentymetrowej wysokości brązowa „wieża Babel”, wrażenia wzrokowe spotęgowane zostały doznaniami węchowymi. W kabinie obok wszystko połamane, a w kolejnej z otworu wyglądał „Jabba the Hutt”. Została ostatnia. W porównaniu do pozostałych była bardzo czysta, nawet ktoś przewlekł sznurek przez otwór po klamce. Świetny patent, wygodna pozycja do trzymania drzwi i utrzymywania odpowiedniej pozycji zjazdowej. Szkoda tylko, że dziura w drzwiach była tak wielka, że co chwilę ktoś przez nią zaglądał. Zrezygnowałem uznając, że higieniczniej i mniej stresująco będzie załatwić się w krzakach. Niestety do takich wniosków doszły również setki moich poprzedników, na szczęście wszystko tu szybko wysycha na wiór.

Długi dzień zakończyliśmy wykwintną kolacją w postaci bułki z konserwą, całość popijając miejscową Rakiją, niestety nie tak dobrą jak ta którą częstowano nas w Serbii.

***

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Duchota zmusiła nas do ewakuacji z namiotu już przed ósmą rano, w takich warunkach nie da się spać. Z ręczniczkami pod pachą udaliśmy się prosto na plażę, zlokalizowaną zaledwie kilka kroków dalej i ucięliśmy sobie jeszcze krótką drzemkę. Obudził nas gwar i śmiechy dzieci pluskających się w wodzie. Jako, że nie jesteśmy fanami cudzych dzieci, starszych panów z dużymi owłosionymi brzuchami, ani pań z obwisłym tym i owym, ruszyliśmy na poszukiwanie bardziej rozrywkowego otoczenia.

Skuszeni dobiegającą z daleka muzyką skierowaliśmy się na drugi koniec plaży, gdzie skupiła się młodzieżowa część entuzjastów słońca i wody. Panowała tu powszechna moda na duże przyciemniane okulary z białą obwódką, uznaliśmy to za wieśniacki macedoński lans rodem z lat osiemdziesiątych:P Przy głównym wejściu na plażę ustawiony był duży bar, a dziewczyny w bikini popijały kolorowe drinki relaksując się na leżaczkach. Co jakiś czas do brzegu podpływał niewielki statek wycieczkowy, właściwie to raczej statek-imprezka bo dudniąca z niego muzyka, zagłuszała tę plażową:P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przez większość dnia rozkoszowaliśmy się urokami plaży i pięknymi widokami. Jezioro jest naprawdę rozległe, a z uwagi na wysokość położenia i wilgotność, powietrze nie było idealnie przejrzyste co momentami utrudniało dostrzeżenie drugiego brzegu.

Po południu wyprawiliśmy się na chwilę do Ohrid uzupełnić zapasy i kupić mapę okolicznych gór. Bardzo kusiła nas perspektywa zdobycia Galičicy i zachłyśnięcia się widokiem z jej szczytu. Niestety zaczął kropić przelotny deszczyk i jak na złość nie mogliśmy znaleźć żadnego sklepu z mapami. Gdy w końcu trafiliśmy do agencji turystycznej okazało się że jest już zamknięta, mimo iż szyld głosił „Open 10:00 -20:00”, a była siedemnasta:P

Po powrocie na kamping poszedłem do naszych poznańskich sąsiadów wypytać o Albanie, bo niewiele o niej wiedzieliśmy a słyszeliśmy różne dziwne rzeczy. W świetle latarek, bo zdążyło się już ściemnić, przestudiowaliśmy mapę i koncepcję trasy, którą chcieliśmy przebyć pociągiem. Poznaniacy byli w Albanii nie jeden raz i roztoczyli przed nami wizję potwierdzającą wszystkie najgorsze stereotypy o tym kraju. Fatalny stan dróg, dziura na dziurze i łata na łacie, do miast wjeżdża się przez wielkie wysypiska śmieci, 70% samochodów to stare mercedesy, pociągi nie mają szyb, mafia i gangsterzy, brak prądu w miastach, a w małych wioskach ludzie rzucają w obcych kamieniami:P Przeszył nas dreszczyk emocji i poczuliśmy z Kubą że teraz jeszcze bardziej chcemy tam pojechać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Dzisiaj pogoda znów dopisała i z samego rana postanowiliśmy wybrać się do Ochrydy by tym razem porządnie ją  zwiedzić. Trzeba przyznać, że stare miasto, choć niewielkie, jest niezwykle urokliwe. Charakterystyczne białe domki oblepiają tarasowo wzgórze nad samym brzegiem jeziora. Architektura typowa dla terenów zajmowanych niegdyś przez imperium osmańskie. Szachulcowe dwu i trzypiętrowe domy kryte pomarańczową dachówką. Jednak najcenniejszymi budowlami są liczne bizantyjskie cerkwie oraz ruiny wczesnochrześcijańskich świątyń.

Wspinamy się wąskimi uliczkami. Panuje tu atmosfera rozluźnienia i relaksu. Od czasu do czasu napotykamy jakąś starą Zastawę lub motorynkę własnej konstrukcji. Mijamy, znaną z banknotów 1000-denarowych, cerkiew św. Zofii z unikalnymi freskami z XI wieku. Jeszcze kilka uliczek i już rozpościera się widok na całe stare miasto i niewielki port jachtowy z długim kamiennym falochronem. Wybrukowaną ścieżką docieramy do najbardziej rozpoznawalnej budowli w Macedoni. Na wysokiej skale, kilkadziesiąt metrów nad taflą jeziora stoi XIV wieczna cerkiew św. Jana Teologa, którą zobaczyć można w katalogach biur podróży na całym świecie. Muszę przyznać, że widok ceglanego kościółka na tle jeziora i wznoszących się w oddali potężnych gór, naprawdę urzeka, szczególnie o zachodzie słońca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejna ścieżka przez niewielki lasek doprowadza nas na szczyt wzgórza, na którym znajduje się rozległe i badane już od lat stanowisko archeologiczne. W tym miejscu ponad 1000 lat temu znajdował się pierwszy na świecie słowiański kompleks uniwersytecki założony przez św. Cyryla i św. Metodego. Ci panowie, zwani również apostołami Słowian, jako pierwsi przetłumaczyli biblię na język słowiański, a przy okazji wynaleźli alfabet głagolicę która dała podwaliny obecnej cyrylicy! Obaj panowie zakończyli życie w IX wieku, a ich dzieło kontynuowali równie wielcy uczniowie. Jednym z nich był obecny patron Ochrydy, św. Klemens którego pochowano w istniejącym do dziś klasztorze św. Panteleimona, którego z resztą był fundatorem.

Niewysoka ceglano-kamienna budowla z kilkunastometrową dzwonnicą doskonale wpisuje się w krajobraz, a jej usytuowanie z widokiem na jezioro jest wręcz bajeczne. Historia oraz piękno tego miejsca zaowocowały w 1980 roku wpisaniem miasta wraz z jeziorem na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To jednak nie koniec atrakcji. W niewielkiej odległości od ruin uniwersytetu znajduje się twierdza bułgarskiego króla Samuela, który to panował na tych terenach na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia. Co ciekawe przeniósł stolicę państwa właśnie do Ochrydy co sprawiło, że miasto stało się średniowieczną metropolią.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Właściwie do dzisiaj zachowały się jedynie fortyfikacje okalające i kilka baszt, ale po remoncie w 2003 kilkunastometrowe kamienne mury prezentują się okazale. Po większości z nich można swobodnie spacerować, a 360-cio stopniowa panorama warta jest wdrapania się na blanki. Przy odrobinie szczęścia można tu spotkać muzykanta w tradycyjnym stroju grającego na tradycyjnych macedońskich dudach. Na jednej z wież dumnie powiewa wielka czerwona flaga ze złotym promienistym słońcem.

Po tak intensywnym spacerze zasłużyliśmy na dobrą kawkę. Skierowaliśmy się do przystani gdzie wzdłuż nabrzeża jedna przy drugiej ulokowane były restauracyjki z drewnianymi pomostami zawieszonymi nad taflą jeziora. Można tu było dopłynąć nawet własną łódką. Niesamowity widok na jezioro, klif oblepiony białymi domkami, do tego lekka chłodząca bryza i doskonałe espresso… czego chcieć więcej. Szczególnie, że kawa kosztowała zaledwie 60 denarów czyli 3 złote, a restauracja wyglądała na drogą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po tej jakże miłej chwili relaksu, udaliśmy się do agencji turystycznej po mapę gór. Gdy zapytałem panią dlaczego wczoraj o 17-tej było już zamknięte, bez zastanowienia odpowiedziała „A niby kiedy mam załatwiać swoje sprawy, musiałam iść do banku”. Tutejsi ludzie są wyluzowani, zdążyliśmy się już przyzwyczaić do bałkańskiego poczucia czasu. Tu nikomu nigdzie się nie spieszy, a rozkłady jazdy w sumie nie istnieją:P Bo po co ktoś ma się stresować, że autobus się spóźnia:) Poprosiłem o mapę parku Galičica, a pani podała mi złożoną płachtę białego papieru na której wyrysowane były dwa szlaki i kontury masywu, granica z Albanią i kawałek jeziora. Skala była ale chyba tylko dla ściemy, to raczej przypominało mapę skarbów narysowaną na kolanie przez domorosłego kartografa. No cóż, nic innego nie znaleźliśmy więc dobre i to.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czekał nas jeszcze długi spacer na dworzec autobusowy żeby sprawdzić w jakich godzinach odchodzą autobusy do Albanii. Po dwudziestu minutach marszu dotarliśmy na miejsce. Panował tam straszny nieład, a okolica sprawiała wrażenie jakby spadła na nią bomba. Zapukaliśmy do małej budki i na migi staraliśmy się wytłumaczyć kolesiowi o co nam chodzi. Słabo nam szło, ale po kilku minutach udało się ustalić, że kursy do Tirany startują z oddalonej o kilkanaście kilometrów Strugi o 23:30, a bilet kosztuje 650 denarów. Nie byliśmy pewni czy dobrze zrozumieliśmy, ale i tak nie było kogo zapytać żeby to potwierdzić. W drodze powrotnej zakupiliśmy wielkiego pysznego melona i z apetytem skonsumowaliśmy na falochronie przystani jachtowej. Trzeba wracać bo jutro czeka nas wyprawa w góry.

***

Wstaliśmy gdy było jeszcze ciemno, chcąc w ten sposób uniknąć upału podczas wspinaczki na górę. Ubraliśmy buty trekkingowe, spakowaliśmy w jeden plecak zapas wody, chleb, konserwę i o 6:00 wyruszyliśmy w poszukiwaniu szlaku. Mapa była cholernie niedokładna, a szaruga świtu nie ułatwiała sprawy. Obok czegoś co przypominało slamsowate obozowisko pasterza owiec, znaleźliśmy ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta o czym świadczyła spora ilość bobków zalegająca wzdłuż niej. Niestety próżno szukać tutaj jakiegokolwiek oznakowania szlaków. Idziemy tak wśród krzaków i niewysokich drzew dobre dwie godziny, aż robi się całkiem widno.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Docieramy do małej polanki, na której obok drewnianego stołu i ławek ustawiona była tablica z mapą parku Galičica. Robimy krótką przerwę i ustalamy dalszy plan działania. Przez kolejne dwie godziny maszerujemy krętą asfaltową drogą aż na przełęcz. Przy małej przydrożnej kapliczce odbijamy na gruntową drogę prowadzącą co naszego celu. Jest dopiero jedenasta a słońce grzeje niemiłosiernie i nie ma co liczyć na cień. Na tej wysokości nie ma już żadnych drzew, jedynie białe głazy i trawa. Wzdłuż drogi stoją metalowe słupy wysokiego napięcia, ale kable są pozrywane i zwisają niedbale. Ostatni słup jest złamany w pół, ciekawe co się tu stało. Ciekawe też po co prowadzić linię przez drugą co do wysokości górę w okolicy.

Półtorej godziny i kilka litrów wylanego potu później, dotarliśmy na szczyt. Galičica, to właściwie nie góra a pasmo. Najwyższy szczyt wznosi się na wysokość 2254m n.p.m., chcieliśmy wejść właśnie na ten ale niestety na naszej mapie nie były zaznaczone wysokości… nie było też nazw. W sumie to na chybił trafił wleźliśmy na jeden ze szczytów, podejrzewam że jakieś dwa tysiące metrów. Na górze robimy sobie kilkudziesięciominutową przerwę na drugie śniadanie i napawanie się zapierająca dech w piersi panoramą. Z tej wysokości, leżące prawie 1300 metrów niżej, jezioro Ochrydzkie wciąż robi wrażenie swoimi rozmiarami. Daleko w dole majaczy wioska Trpejca i dopiero w 12-sto krotnym zumie aparatu białe i pomarańczowe kropki zlewają się w kształty budynków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W oddali, prze lekko mleczne nieprzejrzyste powietrzem dostrzec można albańską część wybrzeża. Z podekscytowaniem kierujemy wzrok na gór, przez które już jutro zmierzać będziemy do Tirany.

Odwracamy się o 180 stopni ku wschodnim zboczom i obserwujemy z zaciekawieniem drugie co do wielkości jezioro w Macedonii, jezioro Prespa. Położone około 900m n.p.m., swoimi wodami obmywa granice trzech państw. Gdzieś tam za mgłą kryje się tajemnicza i jeszcze mi nie znana Grecja.

Jest tak niemiłosiernie gorąco, że decydujemy się schodzić na dół asfaltem. Trasa dłuższa, ale łatwiejsza. Mieliśmy szczęście, że złapaliśmy stopa bo droga wiła się jak wąż z jednego trawersu na drugi i dojście do kampingu zajęłoby nam kilka godzin. Przemiły Macedończyk w białym klimatyzowanym SUV’ie zlitował się nad nami. O dziwo znał kilka zdań po polsku z racji tego, że prowadzi hotel w Austrii i zatrudnia Polaków. Pół godziny później grzaliśmy się już na plaży.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem, leżąc w namiocie i szykując się do snu usłyszeliśmy znajomą melodię śpiewaną po macedońsku przez grupkę młodych ludzi na pobliskiej plaży. Nostalgiczna, bałkańska, przejmująca. Dopiero gdy doszli do refrenu zorientowaliśmy się, że znamy ten utwór w wersji Kayah & Bregovis „Byłam Różą”. Piosenka utuliła nas do snu.

***

Za ostatnie pieniące kupujemy na śniadanie po trzy pączki. Czekamy aż upał zelżeje żeby dostać się do Strugi. Leżymy w cieniu i się nudzimy, by w końcu o 16:00 wyruszyć do Ohrid. Jeszcze kawka na wzmocnienie i już jedziemy busem do oddalonej o kilkanaście kilometrów Strugi. Gdy dotarliśmy tam koło 19-tej, dworzec autobusowy był już zamknięty i żadnych informacji na temat połączeń do Albanii. Zaczęliśmy zaczepiać ludzi na ulicy i pytać, ale nikt nic nie kumał. W końcu wpadłem na pomysł, żeby napisać na kartce kilka słów kluczy przy wykorzystaniu słowniczka z przewodnika. To podziałało i po chwili tłoczyło się koło nas kilkanaście osób i dyskutowały na temat tego jak nam pomóc. Biegali i pytali przechodniu i taksówkarzy na własną rękę. Byle tylko pomóc. Przemili ludzie. Po około godzinie udało nam się ustalić, że autobus faktycznie odjeżdża o 23:30 spod jakiejś restauracji nieopodal.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobiło się już ciemno, więc postanowiliśmy coś zjeść i przejść się do centrum obejrzeć miasteczko. Po drodze zaszliśmy do przyjemnie wyglądającej piekarni i u przemiłej młodej ekspedientki zamówiliśmy burki z mięsem. Okazały się tak pyszne, że wzięliśmy jeszcze na wynos. Struga to miłe miasteczko i o dziwo późnym wieczorem głównym deptakiem spaceruje znacznie więcej ludzi niż w Ohrid. Przez środek miasta przepływa jedyna rzeka wypływająca z jeziora Ohrydzkiego. Spodobała nam się jej nazwa „Czarny Drin”:P. Wzdłuż obu jej brzegów jedna przy drugiej ulokowane są dziesiątki restauracyjek, knajpek i hoteli. Wszystkie udekorowane kolorowymi światełkami i lampionami, co tylko dodaje uroku, można by rzec… romantycznie:P Jest i drewniany mostek i widok na jezioro.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O 23:00 stawiliśmy się w miejscu, z którego rzekomo odjeżdża autobus. Z pobliskiej restauracji wyszedł facet w rozpiętej białej koszuli, wyglądający trochę jak kierowca na fajrancie. Powiedział, że sprzedaje bilety. Sprawiał dobre wrażenie, więc poszliśmy z nim i wypisał nam dwa kwitki, za 650 denarów każdy. Czekamy, czekamy, nic nie przyjeżdża a my zaczynamy się zastanawiać czy aby koleś nas nie ocyganił. Po chwili pojawiają się jeszcze dwie osoby z walizkami, a to dobry znak. Po 20 minutach przyjechał pusty bus więc mogliśmy wybrać sobie miejsca, ale powiedziano nam że czekamy jeszcze na  autobus. W końcu nadjechał i on, po czym część ludzi przesiadła się do busa. W śród nich była sympatycznie wyglądająca, acz niewysoka Włoszka. Udało się, ruszyliśmy.

(Dalsza część podróży we wpisie: “Durrës, prawie najlepsza plaża na świecie“)

 

Data wizyty: Sierpień 2008r.

O matko Kanion Matka

Kanion Matka to, obok Ohrid’u, najbardziej urzekające miejsce w całej Macedonii. Był dla mnie nie lada zaskoczeniem. Jest jak oaza spokoju, zaledwie 17km od miejskiego wysuszonego i kamienistego klimatu Skopje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Można tam dojechać taksówką, miejskim autobusem ze stacji głównej lub po prostu na stopa. Polecam podróż autobusem ze względu na to że bilet kosztuje mniej niż 3 złote, a alternatywą jest 10 Eur za taksówkę i na pewno będą chcieli was okantować. Nam taksówkarz powiedział, że autobusy do kanionu nie jeżdżą. Tak dotrzecie do miejscowości Saraj, a dalej najlepiej na stopa. Po drodze napotkać można np. albańskie wesele.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kiedy już dojedziemy do parkingu, gdzie rozpoczyna się szlak w głąb kanionu, czeka nas nie lada zaskoczenie. Ze względu, że jest to dość popularne miejsce, pierwsza część drogi wygląda jak trasa nad Morskie Oko. Idziemy w tłumie ludzi poruszających się w japonkach lub na szpilkach (sic!). Staramy się jednak nie zwracać na to uwagi i skupić na dość ciekawym górskim torze kajakowym.

3

Tutaj nurt rzeki jest jeszcze wartki, ale zaledwie 500m dalej wszystko się zmienia. Swoistą bramą do kanionu i strażniczką zaginionego świata endemicznej natury jest wielka zapora z elektrownią wodną. To dzięki niej po drugiej stronie utworzone zostało jezioro Matka, które lazurem wody wypełnia całą dolinę i tworzy niepowtarzalny mikroklimat. Widoki na całej długości kanionu są tak fantastyczne, że wręcz niemożliwe do opisania – trzeba to zobaczyć na własne oczy!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znajdują się tu dwie przepaście oraz dziesięć jaskiń, przy czym największa z nich ma ponad 170 metrów długości. Zobaczymy tam typowe formacje ze stalaktytami i stalagmitami na czele. Strome skaliste zbocza o wszelkich odcieniach szarości tworzą, wraz z soczystą zielenią drzew i błękitem wody, iście bajkowy krajobraz.

5

Kanion jest też domem dla niezliczonej ilości gatunków flory i fauny, a jedna piąta z nich to okazy występujące jedynie na tym obszarze.

Dodatkową atrakcją są XIV-wieczne klasztory i cerkwie usytuowane u podnóży monumentalnych gór nad samym brzegiem jeziora. Najbardziej znanym jest Klasztor Św. Andrzeja, a raczej cerkiew na planie krzyża, która po nim pozostała. Mimo, że jest niewielkich rozmiarów, warto zajrzeć do środka ze względu na świetnie zachowane oryginalne malowidła ścienne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Obok znajduje się restauracja z tarasem zawieszonym nad wodą. Większość turystów kończy swój spacer w tym miejscu, ale dla mnie to co warte uwagi dopiero tu się zaczyna. Dalej prowadzi, wykuta w skalnej ścianie, ścieżka o szerokości może ok. 60 cm, która w żaden sposób nie jest zabezpieczona. Można poczuć dreszczyk emocji gdy stąpasz na krawędzi kilkudziesięciometrowej przepaści.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mieliśmy pecha, bo zaraz po dotarciu do restauracji zaczęła się ulewa i trwała przez następne trzy godziny. Popołudnie spędziliśmy grając w karty przy piwku. Nie chcieliśmy ryzykować chodzenie po mokrych skałach i poprosiliśmy o możliwość rozbicia namiotu tuż powyżej restauracji. Właściciel się zgodził.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dowiedzieliśmy się również, że na noc wejście do kanionu jest zamykane, także znaleźliśmy się w ekskluzywnym gronie tych którzy mają okazję spędzić noc w tym niesamowitym miejscu.  Wstaliśmy skoro świt. Uwielbiam moment kiedy przecieram rano oczy i powoli dociera do mnie gdzie tak naprawdę jestem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Słońce jeszcze nie zdążyło wedrzeć się w dolinę, ale widać było że zapowiada się piękna pogoda. O tej porze na szlaku nie było nikogo poza nami. Mgła majaczyła nad taflą jeziora, kompletna cisza, czysta natura i gdzie okiem sięgnąć żadnych oznak cywilizacji. Ciepłe promienie słońca powoli złociły skalne ściany, a my z zapartym tchem chłonęliśmy atmosferę niczym nie zmąconego poranka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po półtoragodzinnym marszu postanowiliśmy zawrócić. Naprawdę gorąco polecam odwiedzenie tego miejsca. Odnajdziecie tam spokój i zobaczycie zupełnie inny obraz Macedonii kojarzącej się raczej z górskimi pustkowiami i pożółkłą od słońca trawą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

12

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Data wizyty: lipiec 2008r.

Dalsza część podróży we wpisie “Ochryda, “Bułgaria lat 80-tych“”

Skopje, beton i osmańska starówka

Sytuacja na granicy serbsko-macedońskiej przywoływała obrazy z polsko-niemieckich przejść granicznych z lat dziewięćdziesiątych. Kolejka samochodów i autobusów w obu kierunkach i ruszający się jak muchy w smole celnicy. Jacyś ludzie wyładowują zawartość bagażnika na pobliski stolik, by po chwili pod bacznym okiem znudzonego pana w mundurze, załadować brudne gacie z powrotem. O dziwo większość aut jest na niemieckich lub szwajcarskich blachach, a w każdym z nich pięcioosobowa rodzina i koniecznie pan z czarnym wąsem:P

IMGP4443

Do stolicy docieramy około dwudziestej. Szaruga zdążyła już otoczyć miasto, wedrzeć się na jego ulice i szybko ustępowała czarnym zasłonom nocy. Wygramoliliśmy się z autobusu na nieciekawy ciemny plac. Przed nami chyba najbrzydsza budowla w tym mieście. Główny dworzec kolejowy znajduje się kilkanaście metrów nad poziomem ulicy na platformie wspartej kilkudziesięcioma betonowymi palami. Może to i praktyczne, bo na dole znajdują się stanowiska dla autobusów, parkingi, sklepiki i budki z fastfoodem, ale całość prezentuje się koszmarnie. Kolorytu dodają wielkie krzykliwe bilbordy oblepiające bryłę dworca. Wielka bezduszna przestrzeń, w dodatku ciemno, a my nie wiemy dokąd iść.

Po wielokrotnym pytaniu o drogę docieramy do starej części miasta, na której ma znajdować się nasz hostel o wdzięcznej nazwie „Kekac”. Niestety kolejny raz przekonujemy się, że mapa z przewodnika jest jedynie mapką poglądową. Poszukiwania dodatkowo utrudnia brak tabliczek z nazwami uliczek. Nie ma nawet kogo zapytać, dzielnica sprawia wrażenie opustoszałej. Po czterdziestu minutach błąkania się w tym labiryncie, gotowi byliśmy zrezygnować. Jakiś podejrzany typek wskazuje nam drogę i w końcu odnajdujemy nasz oryginalny hostel z równie oryginalnym właścicielem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolorowe ręcznie malowane bazgroły pisane macedońskim alfabetem przypominającym cyrylicę informują że czynne całą dobę. Nigdy bym się nie spodziewał, że za tym zapaździałym ogrodzeniem można znaleźć nocleg. Chwytam za klamkę. Zamknięte. Z rozczarowaniem patrzymy na siebie i człapiemy dalej. Nim uszliśmy pięć metrów, coś zachrobotało, usłyszeliśmy nawoływanie „Kekac, Kekac?”. Odwróciwszy się ujrzeliśmy w uchylonych metalowych drzwiach lekko zaniedbanego faceta z wąsami. Uśmiechał się, a to dobry znak. Szerokimi gestami rąk zapraszał nas do środka.

Po przekroczeniu progu znaleźliśmy się na betonowym podwórku i mimo, że leżała tu sterta jakichś gałęzi to było schludnie i pozamiatane:P Nasz gospodarz okazał się bardzo miły. Nie przeszkadzało nam, że nosi lekko pożółkły podkoszulek i brakuje mu paru zębów, ogólnie był trochę zasuszony. Cały czas coś mówił, a my ni w ząb nie rozumieliśmy. Przez drewnianą klimatyczną werandę weszliśmy zobaczyć co oferuje hostel. Właściwie był tylko jeden pokój i wyglądał jakby nie był remontowany od stu lat, ale to tylko dodawało mu uroku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pożółkłe ściany ze śladami wilgoci w narożnikach. Stare meble jak po babci i klimatyczna lampa sufitowa dająca przyjemne ciepłe światło. Mimo, że warunki dalekie były od tak zwanych standardów poczuliśmy się tu jak w domu. Okno wychodziło na podwórko i małą murowaną przybudówkę, w której znajdowała się łazienka. To dopiero coś! Pomieszczenie trzy na dwa metry, na jednej ścianie umywalka, na drugiej kibel typu wschodniego czyli na Małysza, a w rogu markotnie zwisał bojler i wąż służący za prysznic. Rdzawe zacieki i niechlujnie pomalowane ściany. Powiem szczerze, że to najgorsze warunki jakie spotkałem kiedykolwiek w hostelu, a jednocześnie miejsce które będę pozytywnie wspominał do końca życia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do starej części chatki, w której mieszkaliśmy dobudowany był pokój z wielką szybą i drzwiami wychodzącymi bezpośrednio na podwórko. Na starej rozkładanej kanapie okrytej kraciastym kocem rodem z głębokiej komuny, całymi dniami wylegiwał się właściciel. Jego głównym zajęciem było oglądanie telewizji z małego kineskopowego telewizora, który działał przez 24h na dobę. Byliśmy tu jedynymi gośćmi, ale czuliśmy się bezpiecznie.

Wieczorem do starego, bo tak ochrzciliśmy naszego gospodarza, zajrzał znajomy. Wyglądał jak bezdomny zbieracz złomu, w dodatku miał bardzo donośny i debilny śmiech, który słyszeliśmy tej nocy jeszcze wiele razy. Ten obskurny hostelik na opustoszałej starówce Skopje wrył mi się w pamięć jeszcze z jednego powodu. To tutaj pierwszy raz w życiu usłyszeliśmy zawodzenie muezina, które rozbrzmiewało z minaretu pobliskiego meczetu. Magiczna chwila, jest w tym coś nostalgicznego i hipnotyzującego.

IMGP4428

***

„Jak zwykle Grzesiek nie chciał wstać. Plan był 8:00 wstajemy, a wyszło jak zawsze; 10:00 śniadanie”, napisał Kuba uzupełniając strony dziennika podróży. Pieczywo, przypominające coś pomiędzy chlebem a bułką, smarujemy pasztetem i doprawiamy zygzakiem ketchupu.

Stara część Skopje leży na północnym brzegu, przedzielającej miasto na pół, rzeki Vardar. Gdyby nie macedońska flaga powiewająca na kamiennej wierzy tutejszej twierdzy, można by pomyśleć że jesteśmy w jakiejś małej tureckiej wiosce. Wąskie handlowe uliczki i ich niska zabudowa czasy świetności mają już za sobą. Najstarsze zabytki architektury tureckiej takie jak hammam czyli łaźnia lub karawanseraj, porasta trawa i chaszcze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Stojący na niewielkim wzniesieniu i dominujący nad starym bazarem XV-wieczny meczet wezyra Mustafy Paszy. To największa świątynia muzułmańska w Macedoni, przeczytaliśmy że również najpiękniejsza więc wybraliśmy się to sprawdzić. Oblepiony rusztowaniami jakoś nie ujął nas specjalnie, meczet jak meczet. Nie dało się wejść do środka, ale podobno wnętrze jest bogato zdobione, a budowla przetrwała do dzisiejszych czasów w oryginalnym stanie. Pięcioletni remont, który rozpoczął się w 2006 roku w całości sfinansował rząd Turcji.

Trzeba przyznać, że starówka ma swój niepowtarzalny klimat. Labirynt wąskich brukowanych kamieniem zakręconych uliczek. Panuje tu spokój i atmosfera relaksu. Nie ma zbyt wielu knajpek i sklepików, a co najciekawsze nie ma właściwie żadnych turystów. Ta część miasta sprawia wrażenie zaniedbanej, od lat niedoinwestowanej na wpół opuszczonej dzielnicy. Hmm, zastanawiam się nad przyczyną tego faktu. Zapewne po rozpadzie Jugosławii Macedonia znalazła się w ciężkiej sytuacji gospodarczej.

IMGP4442

Stare miasto wygląda trochę jak skansen, oaza historii, turecka wioska wciśnięta w macedońskie nudne miasto. Aby się z niego wydostać przechodzimy szeroką brukowaną ulicą przy której stoi stylizowany na osmański wielki koszmarkowaty pawilon z kinem i sklepami. Całość znajduje się na betonowej platformie, kilka metrów nad sześciopasmową drogą szybkiego ruchu.

Rozwiązanie godne architektów lat siedemdziesiątych. Trzeba przyznać, że mimo wszystko nie wygląda to najgorzej i stanowi swego rodzaju bramę na starówkę. Idąc dalej prosto, docieramy do kamiennego mostu o dwunastu przęsłach. Ta osmańska budowla to jeden z topowych zabytków Skopje oraz najważniejszy symbol miasta i główny element jego herbu.

IMGP4408

Most wiedzie ze starej czarszji na główny plac nowej części miasta położonej na południowym brzegu rzeki Vardar. Plac Macedonii jest podobno największym placem w kraju. No cóż, nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Wyłożony kamiennymi płytami, z kwiatową rabatką na środku, otoczony nieciekawymi budynkami. Nuda przez duże „N”. Całe miasto jest jakieś nudne.

Nie potrafię opisać uczucia do tego miejsca. Nie jest brzydko, ale nie ma na czym oka zawiesić. Ulice, kilkupiętrowe budynki z późnych lat sześćdziesiątych aż do dziewięćdziesiątych. Można odnieść wrażenie, że przez ostatnie dziesięć lat nie było tu żadnych nowych inwestycji. Nie ma ławeczek, fontann, rzeźb, pustka. Totalna stagnacja. Nie widać też turystów.

IMGP4412

Ciężko powiedzieć co jest przyczyną tego, że w Skopje się nic nie dzieje, ale w zrozumieniu sytuacji mogą pomóc dwa zdarzenia. Pierwsze z nich to trzęsienie ziemi w 1963 roku, którego epicentrum znajdowało się dokładnie pod miastem. Zginęło wtedy 1070 osób, a siedemdziesiąt pięć procent miasta uległo zniszczeniu. Zawaliły się hotele, kina, banki i dach hali głównej dworca kolejowego. Z tego ostatniego ostała się tylko fasad części, w której znajdowała się poczta główna. Na pamiątkę tragedii fasada poczty została zachowana w niezmienionym stanie. Charakterystyczna bryła budynku z wielkim zegarem, którego wskazówki zatrzymały się na godzinie 5:17 kiedy to wystąpiły pierwsze wstrząsy. Obecnie znajduje się tu muzeum.

Trzęsienie ziemi wyjaśnia, dlaczego miasto jest takie nudne architektonicznie. Dobrze znamy urbanistyczne wizje architektów lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych z naszego własnego podwórka. Pomocy w odbudowie udzieliło wiele krajów i postaci, między innymi japoński modernistyczny i postmodernistyczny architekt Kenzō Tange znany na świecie choćby z projektu Centrum Pokoju w Hiroszimie. Prawdą jest, że w Skopje znajdziemy wiele betonowych perełek, jednak my nie poznaliśmy się na ich pięknie:P Jestem pewny, że wielu zboczonych architektów byłoby w stanie zachwycić się niejednym koszmarkiem.

IMGP4448

Drugim zdarzeniem mającym wpływ na kondycję Skopje i całej Macedonii był rozpad Socjalistycznej Federalnej Republiki Jugosławii. Gdy kraj odzyskał niepodległość, zaczęły się problemy ekonomiczne. Niewydolna gospodarka nie była przyzwyczajona do samodzielności. Nagle by wyjechać do Serbii lub innego kraju federacji trzeba było postarać się o paszport i wizę. Serbowie przestali przyjeżdżać na wakacje nad jezioro Ohrydzkie, bo woleli udać się nad czarnogórskie morze bez paszportu. Macedończycy utracili wiarę w siebie i atrakcyjność swojego kraju co spowodowało turystyczną i gospodarczą stagnacje. Jako wisienkę na torcie dorzucić trzeba malwersacje i korupcję na wysokim szczeblu w okresie zmiany ustroju.

Po nieudanej próbie odnalezienia informacji turystycznej, której zapewne już tu nie ma bo po co skoro nie ma turystów, skierowaliśmy kroki na dworzec autobusowy. Chcieliśmy sprawdzić ile kosztuje bilet do Kanionu Matka i do Ohrid. Przy głównym wejściu od razu zaczepił nas koleżka wyglądający na cwaniaka, oferując przejazd do Ohrid za 10 euro. Troszkę nam zeszło zanim zrozumiał, że wybieramy się tam dopiero za dwa dni a nie dzisiaj. W okienku dworcowej informacji, miła i całkiem zgrabna pani oznajmiła że nie wie gdzie w tym pięknym mieście znajduje się Tourist Information. Dowiedzieliśmy się za to, że bilet do Ohrid kosztuje 500 denarów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy wyjściu zaatakował „przemiły” taksówkarz, który koniecznie chciał nas zawieźć do Kanionu Matka za 10 od osoby, a w dwie strony z rabatem za 35 euro. Chyba na głowę upadł, pomyśleliśmy. Ale on nie dawał za wygraną. Próbował na migi i łamanym angielsko niemieckim wmówić nam, że do kanionu nie da się dojechać autobusem, bo za wąsko i zbyt kręta droga. Gdy podszedł do nas pracownik dworca by spytać po angielsku czy może w czymś pomóc, taxi driver wkroczył do akcji. Zaczął coś mówić po macedońsku, żeby ten przetłumaczył. Po krótkiej wymianie zdań dworcowy odmówił współpracy. Nie zrozumieliśmy słów które wypowiadali, ale mowa ciała nagabującego zdradzała nieszczere intencje.

Może nawet by nas przekonał gdybyśmy jechali dzisiaj, ale nam zależało na transporcie jutro. Nie zrażony dał nam swoją wizytówkę z numerem telefonu i wytłuszczonym napisem „KLIMA”. Ciężko mi uwierzyć, że ta jego nędzna taksóweczka ma klimatyzację inną niż opuszczane szyby.

Na jednym z peronów stała biała budka wyglądająca na kasę biletową. Okazało się, że autobus w okolice kanionu kursuje dwa razy dziennie, a bilet kosztuje jedyne 45 denarów czyli mniej niż trzy złote. „A więc nic dodać nic ująć, taksówkarze są wszędzie tacy sami”, zanotował Kuba w dzienniku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Postanowiliśmy, że do Matki pojedziemy jutro i spróbujemy tam przenocować. Tymczasem, żeby nie marnować reszty dnia postanowiliśmy wspiąć się na najwyższą szczyt w okolicy, by zobaczyć panoramę okolicy. Już od przyjazdu mieliśmy na to ochotę. Góra Vodno, u której stóp leży Macedońska stolica to naprawdę potężny masyw wznoszący się na wysokość 1066 m n.p.m. Właściwie z całego miasta dostrzec można gigantyczny krzyż ustawiony na jej szczycie, który kusi by się do niego wdrapać.

Krzyż Milenijny upamiętniający dwa tysiące lat chrześcijaństwa, ufundowany został przez Macedoński Kościół Prawosławny ze składek wiernych z całego świata. Mierzy 66 metrów i podobno jest największym krzyżem chrześcijańskim na świecie! Tak im muzułmanie zaleźli za skórę, że teraz muszą leczyć kompleksy:P

IMGP4381

Podjechaliśmy autobusem w pobliże góry i zaczęliśmy wspinać się krętą drogą prowadzącą po zboczu. Skończyły się zabudowania i teraz otaczał nas już tylko gęsty zielony las. Ruch na tej trasie był raczej marny, ale postanowiliśmy złapać jakąś okazję. Chwilę później jechaliśmy już z miłym lekarzem w dodatku świetnie mówiącym po angielsku. Tak się składa, że pan doktor wybierał się właśnie na szczyt, a my potrzebowaliśmy przewodnika. Dojechaliśmy do parkingu w połowie drogi na górę. Doktorek znał stromą ścieżkę, która prowadziła aż na szczyt.

Powiedział, że robi tę trasę kilka razy w miesiącu dla zdrowia. Patrząc na nasze sandały, otworzył bagażnik i zaproponował swoją zapasową parę górskich butów, ale okazały się za małe. Pan doktor mimo średniego wieku ruszył pod górę żwawym krokiem. Facet lubił mówić. Opowiadał nam o historii miasta, o trzęsieniu ziemi, o tym jak źle się dzieje od rozpadu Jugosławii i że Macedończycy mają problem z poczuciem narodowej dumy. Czuć było żal w jego słowach gdy wspomniał o braku pomysłu rządu na rozruszanie gospodarki i turystyki.

IMGP4379

Tuż obok wielkiego krzyża z metalowej kratownicy wybudowano owalne schronisko o kamiennej elewacji i drewnianych oknach wyposażonych w brązowe drewniane okiennice. Wstąpiliśmy do środka, a czasie kiedy my z Kubą studiowaliśmy zawieszoną na ścianie trójwymiarową mapę okolicznego terenu, pan doktor przyniósł nam pysznej miętowej herbaty. Po opróżnieniu kubeczków i zrobieniu kilku zdjęć panoramy miasta ruszyliśmy w drogę powrotną. W dół szło nam znacznie łatwiej więc po pół godzinie znów byliśmy przy samochodzie.

Tak się doktorkowi miło z nami gawędziło, że zaczął nam się tłumaczyć dlaczego nie może zabrać nas na obiad. Powiedział, że już kilka razy obiecał żonie że będzie na sobotni obiad w domu i gdyby znów to przełożył to miałby przekichane:P Oczywiście my nie chcieliśmy się naprzykrzać, więc po dojechaniu do centrum serdecznie podziękowaliśmy za dzisiejszą wycieczkę i rozstaliśmy się z naszym kompanem.

Gospodarz hostelu, nie wstając z kanapy i nie odrywając wzroku od telewizora, podniósł rękę na powitanie i zaciągnął się osiemdziesiątym czwartym dzisiaj papierosem. Prysznic w naszej latryno-łaźni był nie lada wyzwaniem i raczej koniecznością niż przyjemnością. To był długi dzień więc nie mieliśmy kłopotów z zaśnięciem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rano, kiedy Kuba i gospodarz jeszcze smacznie spali, wymknąłem się na spacer po starówce w poszukiwaniu czegoś dobrego na śniadanie. Błąkałem się bez jakiegokolwiek planu po uliczkach, które na przemian wspinały się łagodnymi stopniami by za chwilę za zakrętem znów kierować się w dół. Uwielbiam, takie zwiedzanie. Skręcę tu, a może tam, a co tam znajdę za rogiem… to jak słuchanie radia, nigdy nie wiesz jaka piosenka będzie następna.

Zero presji, maksimum satysfakcji. W końcu dotarłem do uliczki na której miejscowi od rana rozkładają swe kramiki. Zaciekawiła mnie pewna instalacja z miedzianych rurek i dużego zbiornika. Przeczucie mnie nie zawiodło, to aparatura do pędzenia bimbru. Naprawdę cacuszko, a podobne można było kupić na co trzecim straganie. Dotarłem w końcu do sporego bazaru i po zaopatrzeniu się w różne smakołyki wróciłem do Kuby czekającego na śniadanie.

Spakowaliśmy się szybko i sprawnie po czym pożegnaliśmy wąsatego gospodarza i nasz ulubiony hostel „Kekac”. Po niedługim marszu dotarliśmy do dworca…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalsza część podróży we wpisie “O matko Kanion Matka

Data wizyty: lipiec 2008r.

***

Projekt 2014

Postanowiłem dopisać na koniec kilka słów o tym jak bardzo zmieniło się Skopje od czasu naszej wizyty z Kubą w 2008. Miasto, które odwiedziliśmy, dziś wygląda całkowicie inaczej. W 2010 roku rząd wprowadził tzw. „Projekt 2014”, którego zadaniem ma być ożywienie centrum miasta i nadanie mu atrybutów stolicy. W związku z tym wybudowano kilka potężnych budynków na nabrzeżu rzeki w okolicach starego mostu. Jednym z nich jest nowy gmach muzeum, powstają też nowe budynki rządowe.

Ponadto w centralnej części Placu Macedonii ustawiono gigantyczną fontannę przypominającą karuzelę, zwieńczoną rzeźbą faceta na koniu. Są też lwy, a w nocy całość rozbłyskuje tęczą świateł. Oprócz tego w okolicy ustawiono jeszcze kilkanaście pomników przedstawiających ludzi i zwierzęta, a ze środka rzeki wytryskują dwie fontanny. Projekt wart 500 milionów euro wzbudził wiele kontrowersji. Przeciwnikom nie podoba się robienie ze stolicy lunaparku i krytykują kiczowatą formę metamorfozy.

W 2012 roku miałem okazję ponownie być w Skopje w trakcie podróży Zieloną Nyską po Bałkanach. Nie poznałem tego miasta, jest zupełnie inne, pełne turystów, gwaru, nowych monumentalnych budowli, ale jak na mój gust władze troszkę przedobrzyły. Dla mnie miasto utraciło klimat. Niewątpliwym plusem jest remont starówki i wybudowanie kolejki linowej na górę Vodno. Resztę musicie ocenić sami.

Niš, rakija i czaszki

W 272 roku urodził się tutaj Konstantyn Wielki, tak to on utworzył stolicę Cesarstwa Wschodniego w Konstantynopolu. To również on był pierwszym rzymskim cesarzem, który zezwolił na praktykowanie chrześcijaństwa, a następnie ochrzcił państwo. W tym miejscu mógłbym zakończyć opis Niszu, bo jak dla mnie miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania. No ale liczą się ludzie, którzy byli przemili i perypetie które nam się wydarzyły, więc postarałem się coś sklecić, będzie jednak krótko.

Zaczęło się od tego, że w Belgradzie z racji nieporozumienia z szefem hostelu spóźniliśmy się na poranny pociąg. Później twardo przez trzy godziny próbowaliśmy wydostać się do Niszu autostopem, ale nasze starania spełzły na niczym i z rogatek miasta wróciliśmy na stację kolejową Belgrad Główny. Mieliśmy fart bo do odjazdu pociągu zostało zaledwie pięć minut. Tym oto sposobem do celu naszej dzisiejszej podróży dotarliśmy po dziewiętnastej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Spacerkiem udaliśmy się do centrum, a dalej do twierdzy, w której znajduje się informacja turystyczna. Zdążyło się już ściemnić, a my pocałowaliśmy klamkę. Tym razem jednak przydał się przewodnik, w którym na małej schematycznej mapce wypatrzyliśmy symbol hostelu. Był bliżej niż się spodziewaliśmy, zaledwie dwieście metrów od kamiennej bramy twierdzy. Na ulicach pusto.

Naciskamy guzik domofonu, charakterystyczne „bzzzzz” zezwala na otwarcie drzwi. Po schodach do recepcji, gdzie wita nas sympatyczny koleś z brodą. Ucinamy sobie standardową pogawędkę z serii „Skąd jesteście”, „Dokąd jedziecie” i lokujemy się na jednym z piętrowych łóżek w przestronnym jasnym pokoju. Pierwsze wrażenia z hotelu „Niš” bardzo pozytywne, wszystko nowe i świeże, Internet jest, ciepła woda jest, nic więcej nie potrzeba. No może poza dobrym alkoholem, ale i to się znalazło kiedy właściciel wyjął z lodówki gruszkową rakiję. Prawdziwa, mocna jad diabli, domowej roboty pędzona przez serbskiego dziadka i w ten sposób gawęda przeciągnęła się do późna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nisz ma właściwie tylko trzy atrakcje i nie będę niesprawiedliwy mówiąc, że wszystkie są słabe:P Zostawiliśmy plecaki w hostelu i ruszyliśmy do, zachwalanej przez przewodnik Bezdroży, „Cele Kula” czyli wieży czaszek. Skusiła nas ciekawa historia. W 1809 roku Serbowie podczas rebelii przeciwko, okupującemu te tereny, Imperium Osmańskiemu stoczyli pod Niszem beznadziejną walkę przeciw trzykrotnie większym siłom wroga.

Podobno serbski dowódca w obliczu nadchodzącej klęski wysadził prochownię zabijając trzy tysiące swoich żołnierzy i dwukrotnie więcej Turków. Dowódca wojsk osmańskich miał specyficzne poczucie humoru. Nakazał pozbierać ciała zabitych Serbów z pola walki , następnie obedrzeć je ze skóry a z prawie tysiąca czaszek wybudować wierzę, która ustawiona przy drodze na Stambuł miała służyć ku przestrodze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale to nie koniec, podobno wypchane bawełną skóry z ludzkich głów zostały wysłane do sułtana jako dowód zwycięstwa. Tak się kiedyś chłopaki zabawiali. Zachęceni i zaintrygowani tą historią nakręciliśmy się na tyle, że poszliśmy piechotą. Było gorąco, nogi nas bolały, a okolica nudna. „Lepiej żeby to było warte półgodzinnego marszu”, rzuciłem do Kuby.

Przy samej ulicy zobaczyliśmy niewielki park, a w nim małą białą kapliczkę. Ale gdzie ta wieża? Zapowiadało się słabo. Za drobną opłatą weszliśmy do środka i zobaczyliśmy ją. Cóż za rozczarowanie. Przed nami sześcian o wymiarach trzy na trzy metry, wyglądający jak cementowa kostka po przejściach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na każdej ze ścian zaledwie kilka czaszek. Podobno do czasu obudowania wieży kapliczką, czaszki odpadły, albo zostały pochowane przez rodziny żołnierzy. No cóż, gdybym nie znał historii tej budowli to uznałbym ją za niewartą uwagi. Nie umywa się nawet do kaplicy czaszek w Czermnej pod Kudową.

***

Pod murami twierdzy znajduje się duże zadaszone targowisko. Zbliżała się pora lunchu więc ruszyliśmy między stragany w poszukiwaniu jakichś owoców. Jak przystało na Serbię, najpopularniejszym towarem jest tu papryka, a mają jej chyba ze sto rodzajów. Małe, duże, krótkie, długie, smukłe, pękate, we wszystkich kolorach tęczy. Wyglądają i pachną smakowicie, my jednak skusiliśmy się na dojrzałego żółtego melona.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na przylegającym do targowiska „dworcu” PKS, sprawdziliśmy godziny odjazdów autobusów do Skopje i udaliśmy się na spacer po twierdzy. No cóż, ta atrakcja również nie powala. Mimo, że teren jest dość rozległy to wygląda raczej jak wielki park otoczony kamiennymi murami.

W środku znajdziemy kilka budynków wzniesionych za panowania Turków i rzymskie lapidarium, ale szczerze mówiąc nie ma się czym podniecać. Ewakuowaliśmy się z twierdzy i ruszyliśmy na podbój starego miasta, które jest trzecią i ostatnią wątpliwą atrakcją Niszu. Właściwie to powinienem powiedzieć centrum, ewentualnie główny deptak, bo stare miasto w tym wypadku tu nie pasuje. Po przejściu przez most nad Niszawą, by szerokim deptakiem dojść do wybrukowanego czerwoną i czarną kostką placu z pomnikiem faceta na koniu.

???????????????????????????????

Ciężko oddać klimat tego miejsca. Porównałbym ten plac do takiej trójwymiarowej pocztówki, na której obrazek zmienia się w zależności od kąta pod jakim patrzymy. Gdy spojrzymy na zachód widzimy niskie kamieniczki z piekarnią, w której serwują najlepsze burki w mieście. Wystarczy jednak obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni by ujrzeć szarą brudną architekturę lat siedemdziesiątych. Nad placem dominuje wysoki i okropnie brzydki hotel „Ambasador”, który wraz z domem handlowym po drugiej stronie ulicy tworzy klimat rodem z PRL’u.

Przejściem podziemnym przedostajemy się na dalszą część deptaku, gdzie rozstawione są liczne ogródki lokalnych imprezowni. Naszą uwagę zwraca ciekawe połączenie szkła i starej architektury. Kilkadziesiąt metrów dalej przy rzeźbie dwóch facetów i psa siedzących przy stole, skręcamy w wąską uliczkę. Po jej obu stronach jedna przy drugiej mieszczą się knajpki, bary i kluby. Taki miejscowy pasaż Niepolda:P

5

Do ciekawostek Niszu należy dodać procedurę wejścia na teren dworca. Otóż przy zakupie biletu otrzymaliśmy metalowy żeton. Należy go wrzucić do automatu przy bramce, aby ta wpuściła nas przez niewysokie ogrodzenie, które z łatwością można przeskoczyć. Patent jednak zdaje egzamin bo na peronach tłoczą się jedynie podróżni z biletami.

Tutaj pierwszy raz spotykamy się z praktyką stosowaną właściwie na całych Bałkanach. Kierowca biorąc od nas bagaże zażądał 40 dinarów, jak się okazało bilet z kasy jest tylko na przejazd. O dziwo, autobus choć nie nowy to bardzo zadbany i czysty w dodatku klimatyzowany. Ostatnie spojrzenie przez szybę na ulice Niszu. Następny przystanek – Macedonia!

Dalsza część podróży we wpisie “Skopje, beton i osmańska starówka

Data wizyty: lipiec 2008r.

Belgrad, Jugosławia w pigułce

Mimo, że odległość z Novego Sadu do Belgradu wynosi niecałe sto kilometrów, to podróż rozklekotanym, ponurym pociągiem dłużyła nam się w nieskończoność. W końcu wyskakujemy na peron i udajemy się w te pędy do informacji turystycznej dosłownie pięć minut przed zamknięciem. Zapytaliśmy o pole namiotowe, o którym przeczytałem w przewodniku. W sumie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego, ale przynajmniej pani wskazała nam miejsce, z którego odchodzą autobusy do Zemun. Z niewielkiego placu, akurat odjeżdżał pasujący nam autobus i w ostatniej chwili wskoczyliśmy na pokład. Kierowca najpierw zażądał 120 dinarów, ale zanim je wygrzebałem zmienił zdanie i przewiózł nas za friko. „Bałkany”, pomyślałem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zapadał zmrok w nieznajomym mieście, a na dodatek zaczął padać deszcz. Na nasze nieszczęście okazało się, że pole namiotowe jest daleko od centrum, szczerze mówiąc to nie wiem po co się tam pchaliśmy, szczególnie w taką pogodę. Jedziemy i jedziemy, skończyły się zabudowania i za oknem tylko czarna mokra plama błyskająca kroplami deszczu. Nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jesteśmy, przez co wysiedliśmy dwa przystanki za wcześnie.

Idziemy więc tym ciemnym odludziem w strugach deszczu i znów mamy fart. Para Francuzów jadących na kamping lituje się, bierze nas ze sobą i zaoszczędza półgodzinnego marszu. Niestety pole namiotowe „Dunav” pozostawiało wiele do życzenia, warunki były spartańskie. Jego atutem miało być położenie tuż nad brzegiem Dunaju, ale niestety było od niego odgrodzone starym płotem z drucianej siatki. Każdy z was wie, że rozkładanie namiotu w deszczu, a potem wchodzenie do niego w mokrych ubraniach nie jest fajne. W nocy oprócz natrętnych świerszczy, hałasowały silniki rzecznych barek, które chyba nam na złość przepływały obok co kilkadziesiąt minut.

***

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Udało się doczekać poranka. Dalej leje. Planowaliśmy wyruszyć o 9:00, a była już 12:10. Może uda się dotrzeć do hostelu na wodzie, który jest gdzieś w połowie drogi między Zemun, a centrum Belgradu. Szybki ciepły prysznic miał tylko dwie zalety, był szybki i ciepły. Deszcz lekko zelżał, czym zmobilizował nas do zwinięcia maneli. Mili Francuzi mieli podwieźć nas do hostelu, ale z braku dobrej mapy wylądowaliśmy w centrum. Stamtąd na piechotę, wróciliśmy przez most do zachodniej części miasta. Deszczyk zelżał, ale nie dawał jeszcze za wygraną.

Zeszliśmy schodkami do rozległego zielonego parku graniczącego z wodą. To tutaj rzeka Sava łączy się z Dunajem, a na środku tego osobliwego skrzyżowania znajduje się ogromna zielona, lecz nie zamieszkana wyspa. Przy brzegu rzeki, na długości ponad trzech i pół kilometra między mostem Brankova a Zemun’em, zacumowane są rozmaite konstrukcje. Kilkadziesiąt, pływających restauracji, domów, statków i barek przekształconych na nocne kluby muzyczne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Idziemy i dojść nie możemy, mijamy ulokowane w parku muzeum sztuki współczesnej i skwerek przyjaźni… tylko czyjej myślę sobie. Dopiero gdy doszliśmy do monumentalnego betonowego gmaszyska, które dominowało nad parkiem, domyśliłem się o czyją przyjaźń chodziło:P Rządowy kolos w kształcie litery „H” jest największym budynkiem w Serbii, a za czasów Jugosławii znajdowało się tam Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Strasznie nam się ten marsz dłużył, a plecaki stawały się coraz cięższe i coraz bardziej mokre, przez co mieliśmy wrażenie jakbyśmy przeszli już z dziesięć kilometrów. W końcu asfaltowa ścieżka rowerowa doprowadziła nas do upragnionego celu. Na pokład weszliśmy po wąskim trapie. Biały statek wycieczkowy, trochę większy od tych pływających na Odrze we Wrocławiu, tak właśnie przeżywał swoją starość – jako Hostel. Do jednej z burt cumował, mały tramwaj wodny i barka, na której urządzony był bar na świeżym powietrzu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bardzo klimatyczne miejsce na nocleg. Wystrój naszej dwuosobowej kajuty pozwolił nam się przenieść w czasy głębokiego PRL’u. Było jednak czysto i schludnie. Na dolnym pokładzie znajdował się również mała knajpka, do której niezwłocznie się udaliśmy. Ku naszemu zadowoleniu okazało się że serwują tutaj pyszne piwko własnej produkcji i to za jedyne 75 dinarów, czyli około 1 euro. Od kiedy jesteśmy w Serbii, wszyscy napotkani przez nas ludzie, którzy słyszeli jak mówimy po Polsku, pytali czy jesteśmy Rosjanami. Facet podający nam piwo, dowiedziawszy się, że jednak nie jesteśmy Rosjanami, z nieznanych nam przyczyn szczerze się uradował.

No ale nie przyjechaliśmy tu siedzieć na tyłkach, więc po krótkim odpoczynku udaliśmy się na szybki rekonesans miasta. Cały czas siąpił deszcz, co sprawiło że miasto wyglądało ponuro i szaro. Właśnie tak wyobrażałem sobie Jugosławię pełną szarych betonowych budynków, ponurą, której ulicami mkną stare auta z Zastavą i Yugo na czele.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mimo wszystko panuje tu przyjazny klimat i jest kilka ciekawych rzeczy do zobaczenia. To właśnie w Belgradzie jedliśmy pierwsze w życiu ćevapčići (czewapcziczi), co prawda po Sarajewsku, ale jednak. Doprawione mielone mięso formuje się w krótkie balaski i grilluje na ogniu, a w wersji bośniackiej wsadza do somun czyli placka w rodzaju pity i dodaje siekaną cebulę oraz pomidory. Od tej pory to danie stało się naszym ulubionym i w różnych formach jedliśmy je właściwie w każdym kraju na Bałkanach.

Po smakowitym obiadku udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do naszej oddalonej o dwa kilometry kajuty, oczywiście przed snem zdążyliśmy jeszcze wypić po dwa browarki w pokładowej knajpie.

***

Rankiem pogoda wciąż była niepewna, ale chwilowo nie padało, więc by nie marnować czasu po szybkim prysznicu, bez śniadania ruszyliśmy zwiedzać. Tym razem skierowaliśmy się do Zemun. Miasteczko na wzgórzu do 1934 roku należało do Węgier, dzisiaj stanowi jedną z dzielnic Belgradu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Charakterystyczną ceglaną wierzę dostrzec można z wielu miejsc wschodniego brzegu Savy, ale najlepszy widok rozpościera się z belgradzkiej twierdzy. Ruszyliśmy wzdłuż Zemunskiej Kei, mijając kolejne pływające dyskoteki i wypasione kluby z jacuzzi. Kawałek dalej widoczek, który często przedstawiany jest na pocztówkach z Belgradu. Dziesiątki maleńkich kabinowych łódeczek, zacumowanych na całej szerokości rzeki. Naprawdę bajkowy obrazek.

XIX wieczna starówka Zemun jest bardzo urokliwa, małe domki przytulają się do siebie po obu stronach pnących się w górę brukowanych uliczek. Panuje tu małomiasteczkowa atmosfera, zupełnie inna niż na starówce Belgradu. Zapach świeżego pieczywa zwabia nas do miejscowej piekarni, gdzie pani piekarzowa właśnie wyłożyła cieplutkie wypieki i bardzo zachwalała.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wzięliśmy dwa burki z mięsem i coś co wyglądało jak wielki okrągły placek z ciasta francuskiego nadziewany lekko kwaskowatym białym serem, a sprzedawany był w trójkątnych kawałkach jak pizza. Jak się okazało to drugie też jest burkiem tylko innego kształtu. Tak w ogóle to burki są genialne i warto pojechać na Bałkany nawet tylko dla nich:) Kochamy burki, a najlepiej smakują z kefirem:)

Z zapakowanym na wynos śniadankiem wdrapaliśmy się na wierzchołek wzgórza pod samą wieżę. Okazało się jednak, że budowla jest w bardzo słabej kondycji, szyby powybijane, a na murze widoczne wyraźne ślady okopcenia po pożarze. Zza drucianej siatki groźnie warczały trzy rosłe psy. Zastanawiam się dlaczego wieża nie została odrestaurowana, ciekawe czy to dlatego, że jest symbolem węgierskiej dominacji sprzed lat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znaleźliśmy ławeczkę i z wielką satysfakcją rwaliśmy kawałki burków popijając kefirem, nawet teraz po latach cieknie mi ślinka. Na wzgórze warto wspiąć się przede wszystkim dla widoku. Widać stąd zarówno dachy starówki w Zemun pokryte zmurszałą dachówką, jak i genialną panoramę szerokiego Dunaju i Savy z ławicami kolorowych łódeczek. Widać też wielką wyspę oraz zabudowania Belgradu w tle.

Z Zemun do centrum jest jakieś siedem kilometrów więc postanowiliśmy pojechać autobusem. Belgrad jest dość zróżnicowany architektonicznie, co widać na pierwszy rzut oka. Podzieliłbym jego przestrzeń miejską na cztery części. Pierwsza to Zemun ze swoim klimatem niewielkiego miasteczka przełomu XIX i XX wieku. Druga część to, powstała za panowania Tito, dzielnica Novi Beograd w której dominuje beton, blokowiska i szerokie arterie. Da się tutaj zauważyć smaczki późnego modernizmu i brutalizm, oznaczający surowość.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znakomitym przykładem tego ostatniego jest dziwaczny budynek Genex Tower zwany „Zachodnią Bramą Belgradu”. Dwa wysokie betonowe bloki połączone u góry kilkupiętrowym mostkiem, całość zaś zwieńczona jest obrotową restauracją w kształcie latającego spodka. Ta 140-metrowa budowla wpisała się już na stałe w krajobraz miasta i wita przybyszów nadjeżdżających autostradą od zachodu.

Trzecia część to centrum gdzie zmiksowane są różne style od XIX wiecznego neoklasycyzmu do XX wiecznych koszmarków epoki Jugosławi. Nie ma zbyt wiele budynku starszych niż sto kilkadziesiąt lat ze względu na liczne wojny. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że te rejon ten pozostawał we władaniu Turków aż do 1878 roku!

Wyskoczyliśmy z autobusu w bliżej nieokreślonym miejscu i udaliśmy się na główny deptak Belgradu czyli Knez Mihailova. Jest to prestiżowa ulica handlowa przy której stoją okazałe kamienice i rezydencje zbudowane po odejściu Turków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Charakterystycznym miejscem jest fontanna, na małym placyku otoczona z jednej strony bogatymi w zdobienia kamienicami, a z drugiej socjalistyczną architekturą nudy. Ta ulica to kontynuacja najstarszego traktu rzymskiego gdy miasto nosiło jeszcze nazwę Singidunum. Właśnie tym deptakiem dochodzimy do najstarszej i ostatniej w mojej wyliczance części miasta czyli twierdzy Kalemegdan.

Moim zdaniem to najciekawsza budowla w Belgradzie. Jest naprawdę ogromna, ulokowana na niewielkim wzgórzu przy ujściu Savy do Dunaju. Wielokrotnie przebudowywana, kryje w sobie kilka atrakcji. Głębokie fosy i wzmacniane czerwoną cegłą wały i kazamaty to efekt przebudowy przez Austryjaków. Część fortyfikacji przypomina kamienny zamek z wieżami i mostem zwodzonym, część pałac, jeszcze inna park. Znajduje się tu otwarte muzeum artylerii z wieloma ciekawymi eksponatami w tym polską „Tankietką” oraz zoo. Są też obiekty sportowe i amfiteatr koncertowy.

Po środku głównej twierdzy stoi wyremontowany biały szachulcowy budynek zapewne z czasów tureckich. Jednak największą atrakcją kompleksu jest genialny rozległy widok z tarasu na murach twierdzy. Na pierwszym planie wielka zielona wyspa, barki zacumowane na Savie i szeroki zbełtany Dunaj. Dalej Novi Beograd ze swoim latającym spodkiem i betonem, a hen daleko dostrzec można ceglaną wieżę w Zemun.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z twierdzy skierowaliśmy się na ulicę Kralja Petra gdzie pod numerem 6 ulokowana jest najstarsza tawerna w Belgradzie. „Kafana Znak Pitanja” czyli po prostu „Kawiarnia Znak Zapytania” liczy sobie prawie dwieście lat i jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji miasta. W 1892 roku, nowy właściciel chciał zmienić nazwę na „Katedralna” lecz władze kościelne wyraziły sprzeciw, a w związku z przeciągającą się dyskusją na kawiarni zawisł znak zapytania. I tak już zostało, nazwa się przyjęła i nad wejściem do dzisiaj wisi stara latarnia z namalowanym „?”.

Wnętrze wygląda na oryginalne, z przewagą ciemnego drewna. Siedliśmy na niskich grubo ciosanych drewnianych zydelkach, przy małym drewnianym stoliku. Z racji ilości gości kelner uwijał się jak w ukropie i nie starczało mu czasu na uprzejmości. Podobno podają tu świetną kawę, więc nie tracąc czasu zamówiliśmy dwie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy zestaw składający się z okrągłej miedzianej tacki, a na niej tygielek z zagotowaną kawą, szklaneczka z wodą i mała pusta filiżaneczka na której spodeczku leżała jakaś galaretka nabita na wykałaczkę. Kawę należy przelać z tygielka do filiżanki i koniecznie wrzucić dwie lub nawet trzy kostki cukru. Galaretka w sumie nie wiem po co bo i tak nie ma smaku:P Dopiero później dowiedzieliśmy się że tak podawana kawa to kawa po Bośniacku. Zapewne spuścizna po Turkach.

***

Jedną z ciekawych atrakcji jest niewątpliwie katedra Św. Savy, do której spacerek od głównego deptaku zajmuje nie więcej niż 25 minut prostą jak strzała ulicą. To największa cerkiew prawosławna na świecie, ponadto znajduje się w dziesiątce największych świątyń ever. Jej budowa rozpoczęła się w 1985 roku i jest w całości finansowana z datków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do roku 2009 została wykończona z zewnątrz białym marmurem, wprawiono również witrażowe okna i dopieszczono kopuły. Przez otwory wejściowe, bo drzwi nie zostały jeszcze zamontowane, zajrzeliśmy do środka. Wnętrze zieje golizną betonu, panowie pędzą z taczkami po drewnianych pomostach, ale przestrzeń i tak robi wrażenie.

***

Do centrum postanowiliśmy wrócić komunikacją miejską. W jednym z podziemnych przejść zauważyliśmy malutki punkt informacji turystycznej i postanowiliśmy zapytać gdzie warto pójść skosztować tradycyjnej Serbskiej kuchni. Zazwyczaj w takich przypadkach ludzie kierują turystów do drogich eleganckich restauracji, bo w sumie tylko one podają tradycyjne dla danego kraju potrawy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdyby we Wrocławiu obcokrajowiec spytałby mnie o tradycyjną polską kuchnię czyli bigos, pierogi, schabowy, żurek to też pewnie wysłałbym go do eleganckiej restauracji w rynku, bo tylko one serwują takie dania. W naszym przypadku ta reguła również się sprawdziła. Miła pani wręczyła nam mapkę i zaznaczyła dwie restauracje na ulicy Skadarlija.

Jak się za chwilę okazało jest to najbardziej niezwykła ulica w centrum Belgradu. Mimo, że nie jest dłuższa nić 400 metrów, stanowi swoistą oazę wśród wielkomiejskich przytłaczających budowli. Uważana jest za mekkę artystyczną, w kolorowych niewielkich kamieniczkach mieszkali malarze, pisarze i poeci. Uroku, brukowanej otoczakami zakrzywionej uliczce, dodają stare latarnie i ławeczki. Panuje tu spokój i miła atmosfera odpoczynku, można zajrzeć do galerii sztuki, jest nawet mały browar.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W wielu kamieniczkach znajdują się hotele i słynne z tradycyjnej kuchni restauracje, z których najbardziej znane to „Trzy Kapelusze”, „Dwa Jeleni” i „Złoty Kielich”. Już od wejścia chwalą się gośćmi, którzy odwiedzili ich progi. Był tu Alfred Hitchcock, Jimi Hendrix, George H. W. Bush i Josip Broz Tito.

Nie byliśmy ubrani zbyt wyjściowo, ale ulokowaliśmy się w jednej z restauracji. Bogate wnętrze, zdobienia sufitów i obrazy na ścianach, a wszystko okraszone bałkańską muzyką graną na żywo. Klimat trochę jak „U Fukiera” na warszawskim rynku. Siedliśmy na cwaniaka, a kelner podał menu. Spoceni w naszych byle jakich T-shirtach baliśmy się, że pobrudzimy obrus idealnie zastawionego stołu.

Nie dokładnie pamiętam co zamówiliśmy, ale były to na pewno różne rodzaje grillowanego na ogniu mięsa i warzyw, głównie słodkiej papryki. Niezbyt to wykwintne, ale za to tradycyjne, świeże i przepyszne. Oczywiście bez piwka się nie obyło. Baliśmy się zajrzeć na rachunek, ale co tam. Czasem można zaszaleć w końcu 40 złotych od głowy za taki klimat… było warto. Powoli zapadał zmrok i ciepłe żółte światło latarni zalało uliczkę Skadarlija.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

***

Wstaliśmy przed 6:00 rano, bo wcześniejszego wieczora postanowiliśmy jechać porannym pociągiem o 7:20 do Nis’u. Z przezorności chcieliśmy wcześniej zapłacić za nocleg, ale właściciel powiedział, że on tu jest od rana, bo śpi w jednej z kajut i jest spoko ekstra. Niestety przeceniłem jego angielski i okazało się, że jedynymi osobami na pokładzie które są na nogach jesteśmy my.

Niestety nie mogliśmy zostawić kasy i się zmyć bo facet miał nasze paszporty. Nie wiedzieliśmy do którego pokoju zapukać. Jest 7:40, czyli już dawno spóźniliśmy się na pociąg. Chodzę po statku i szukam, sam nie wiem czego. Irytująca sytuacja. Na jednej z cumujących do naszego hotelu barek, znalazłem otwarty bar z pełnym asortymentem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pobiegłem szybko po Kubę i już po chwili leczyliśmy zszargane nerwy pyszną darmową Rakiją. Tradycyjny serbski bimber z owoców, najpierw śliwowica, potem morela, jabłko i moja ulubiona gruszkówka:P Troszkę nas to odprężyło.

Postanowiliśmy pójść do sklepu po śniadanie, a gdy wróciliśmy po ósmej wszyscy dalej smacznie spali. Zatem i my poszliśmy na godzinkę w kimę. Później okazało się, że koleś spał dwa pokoje dalej. Okrutny świat:P

Dalszy ciąg podróży we wpisie “Niš, rakija i czaszki

Data wizyty: lipiec 2008r.